Aruna

Chapter 1: New life (Aruna & Aquaman)

177 postów w tym temacie

GakWGla9DBmttCR1nQJjpRz58nvbVF4PEOvStFp26pICM5M-X1A1nL9FTsqzqKcy74RAPewSwjKD9__oZNAgaKiLH3i3Ts3RidLeWtOypcQ0lA8L-n7NFU27xoDwzGse51S8t1y-

 

Phillipa Westbrook

 

Musiała przyznać się sama przed sobą do dwóch rzeczy.

 

Po pierwsze: poczuciem ciepłej i puchatej satysfakcji napełnił ją moment, gdy Stark stracił na chwilę swoją elokwencję i gładkość wymowy. Równe zadowolenie przynosiła reakcja pani Romanov. Zadowolenie i szacunek zupełnie inny niż zwykłe poważanie dla jej umiejętności i osiągnięć, bardziej osobisty oraz szczery. Taki, który skierowany jest nie ku odległej ikonie, ale osobie z krwi i kości. Nie chodziło o samą groźbę, która była przecież czystym blefem (media rozszarpałyby Akademię na strzępy za stosowanie cielesnych kar), ale o emanujące od kobiety zdecydowanie. Wdowa była twarda i jej słowa zdawały się mieć ciężar kamienia. Takiego, na którym zazwyczaj wyryte są dwie daty i krótkie epitafium.

 

Po drugie: była Ikarem lecącym na skrzydłach z karozepanu ponad oceanem, w którym mieszkały mityczne potwory strachu oraz lewiatan paniki, podczas gdy rozjarzone słońce superbohaterskich pomysłów na to jak ułożyć im - Wspaniałej Dziewiątce i jej - nowe życie przygrzewało coraz mocniej.

 

Wdech. Wydech.

Kontrola.

 

To  będzie piękna katastrofa. Ale jeszcze nie teraz.

Teraz płynęła na obłoku farmakologicznego spokoju i zamierzała się tym cieszyć dopóki mogła.

 

Patrząc na niską dziewczynę - Roxi, przypomniała sobie - mającą z milion pytań, czy na rudowłosego chłopaka w świecącej marynarce, którego entuzjazm spokojnie starczyłby dla jeszcze trzech osób, Phillipa uśmiechnęła się pierwszy raz od czasu wejścia do wieży. Lekko, nieznacznie. I gdy Jocasta powiedziała o współdzielonych pokojach, zupełnym przypadkiem popatrzyły na siebie z tą dziwną dziewczyną o różowych włosach. Uśmiech pogłębił się wtedy doprawiony jakąś niewypowiedzianą zaczepką, jakimś zaproszeniem do psoty. Uniesienie brwi, milczące "wchodzisz w to?". Bo przecież nie było możliwe, by algorytm Jocasty sparował je razem, dobrał jako współlokatorki dwie tak różne osoby. I nie, nie chodziło o bunt przeciwko dorosłym. Raczej o chęć zachowania kontroli przynajmniej nad jednym elementem nowego układu. Dokonania wyboru samemu, zanim ktoś im ten wybór narzuci.

 

I było w tym coś przedziwnie filmowego: oto anonimowy tłum obcych sobie ludzi; oto oni pośród tego tłumu. I nagle:  spojrzenie, milczące porozumienie bardziej wymowne niż tysiące słów. Phillipa marzyła kiedyś o przeżyciu takiej chwili, kalki wyjętej z filmu romantycznego z nią i Tym Jedynym w rolach głównych. Maria zawsze ostrzegała ją, by uważała na to, czego sobie życzy. Teraz miała za swoje, bo zamiast romansu dostała dramat obyczajowy, a zamiast Tego Jedynego metamorfkę o niewyparzonym języku.

 

To będzie zaiste piękna katastrofa. Ale jeszcze nie teraz.

Teraz pozostawały do wyjaśnienia jeszcze dwie ważne dla niej sprawy. Trzecia będzie musiała chwilę poczekać.

 

Jej szkoła - Manhattan Bridge School - znajdowała się krótki rzut beretem od Wieży Starka - i jeśli była szansa, że nie będzie musiała się przenosić, że choć jeden element jej życia nie stanie na głowie...

 

- Którą szkołę ma pan na myśli, panie dyrektorze? - uśmiech spłynął jej z twarzy, gdy zwróciła się do Pyma. - I na kiedy przewiduje transfer?

Edytowane przez rusty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey

 

 - Jasne! - ucieszyła się Eve na propozycję notatek otrzymaną od militarnej dziewczyny. A chwilę potem jej spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem, oceniając po wyglądzie, nieślubnej córki Roszpunki i Wednesday Addams. No i niektóre rzeczy po prostu chwyta się w lot. Bo to było TO spojrzenie. To z cyklu "i już wiesz, że...". No w tym przypadku Eve już wiedziała z kim bierze pokój. I dobrze, problem z głowy! Przynajmniej jeden.

Ale Eve nie byłaby sobą, gdyby tak po prostu wszystko zaczęło się układać. Bo gdy Pym zaczął wymieniać ich kadrę instruktorską to zaczęła wodzić za nimi wzrokiem. A Hercules nadal stał obok Thora. Znowu się zagapiła. Fail. Kurtka jej zaczęła podejrzanie drgać na ciele. Epic fail. Przynajmniej miała oczy na tyle dziwne, że nikt pewnie nie widział gdzie i na kogo się dokładnie gapi. Zawsze coś. Ale to było trochę tak jakby ktoś wykoleił pociąg jej myśli, podpalił stację i jeszcze skakał po maszyniście. I niby wiedziała, że powinna przestać i być... No... konstruktywna. Bo tu się jakby ich losy ważyły. Miała zdawać jakiś test... Wrócić do szkoły... Takiej normalnej, którą nawet kiedyś lubiła, a potem ją zostawiła. A jej serce wolało sobie zacząć trenować stepowanie. To zdecydowanie była najgłupsza fobia świata. No, ale ej! Wychowała się w Salt Lake City. Może to był trop? To miasto jest przesiąknięte bogami, religijną atmosferą i bojaźnią Bożą. Przynajmniej ta część miasta, którą poznała. Najgłupsza fobia świata. Fobia. Zdecydowanie. Spróbowała się przemienić. Bardzo spróbowała. Miała wrażenie nawet, że łuska jej trochę zafalowała, ale to było wszystko. Czyli nic.

 - Eeee... - musiała przecież zapytać. Odwróciła głowę. Udało jej się! Tak było się łatwiej skupić - Jak mam nie używać mocy w budzie? - spytała w końcu - nie ogarniam przełącznika! - poskarżyła się - I jaki test wiedzy? Kiedy go mam?!- przeraziła się. Wywalą ją za głupotę. Na stówę. Na mur-beton. Oni tu przyjmują ludzi o IQ większym niż rozmiar palestyńskich pomykaczy.

Ale jej obawy i tak zeszły na dalszy plan, gdy zaczęła słuchać tego, co mówi Francuz. Aż się wtedy uśmiechnęła. Szeroko i tak, jakby powstrzymywała śmiech. Biedny, bogaty chłopczyk!

 - Masz muffinkę na pocieszenie - podsunęła mu torbę z olbrzymim logo Armii Zbawienia - Wszyscy się częstujcie. Dobre są! 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Uśmiechnęła się na entuzjastyczną reakcję różowej, a jej oczy zaiskrzyły. Ekstra! Nawiązała pierwszy kontakt i być może będzie miała z kim się uczyć! 

- Mogę też pomóc w ogarnięciu materiału. Zawsze trochę łatwiej - dopowiedziała szybko, by nie stracić szansy na towarzystwo przy nauce. - No i fajniej. 

Jednak skoro o nauce mowa, nierozwiązana ciągle była kluczowa kwestia. Zajęcia. Czy zmieści wszystkie kursy na poziomie zaawansowanym obok treningu Avengers? Lepiej dla nich, by zdołała, chyba nie chcą mieć niewyedukowanego smarkacza bez pożytecznej mocy? Pozostanie jej ładnie wyglądać? Obejrzała się na trzy pozostałe dziewczyny. Nope. Rola ładnie wyglądającej też jej nie przypadnie. Edukacja jedyną nadzieją. 

Wbiła surowy wzrok w Starka, jakby znał jej myśli, a ona siłą spojrzenia była w stanie zmusić go do zostawienia jej czasu na naukę. 

Jej jednostronny konkurs spojrzeń przerwała kolejna informacja. Będzie miała współlokatorkę? Ciekawe kto... przynajmniej nie będzie to chłopak, którego najwyraźniej przerażały warunki. Cieszmy się małymi rzeczami. No i dostanie pieniądze za dobre sprawowanie. 

Oczy Roxi były w pewien sposób nieufne, niepewne, kiedy zadała kolejne pytanie, ale postawa i spokojny ton się nie zmieniły. 

- Żadnych bójek, żadnych mocy. Rozumiem. Ale co jeżeli ktoś nas zaatakuje? Albo kogoś słabszego. Nie mówię o atakach agresji, czy robieniu komuś krzywdy, ale o obronie. Nie wiem jaka to szkoła i jacy ludzie, ale mam... różne doświadczenia co do reakcji młodzieży na mutantów - skrzywiła się. Spodziewała się tego co usłyszy: wezwijcie kogoś dorosłego, ale dobrze wiedziała, że łobuzy zwykle są sprytne i wybierają moment gdy nie ma nikogo kto by ich przyłapał. Każda bójka, w której brała udział była koniecznością: chyba, że ktoś jest w stanie patrzeć jak grupa drani okłada jakiegoś dzieciaka. 

I znów, kiedy już była bliska nastroszeniu się, odezwała się ponownie różowa. Trzeba zapytać ją o imię, zanim to przezwisko się jej wymknie. Na ustach Roxi znów zagościł uśmiech, który niebezpiecznie zbliżał się do granicy śmiechu. Armia zbawienia niesie pocieszenie. 

Chyba jej się tu spodoba. Trochę wojskowych zasad, dużo wsparcia i wolności. Interesujący ludzie, których wreszcie trzeba poznać. Odwróciła lekko głowę w stronę pozostałych. 

- Chcemy się jakoś poznać gdy wstęp się skończy? Zintegrować, zanim przytłoczy nas szkoła i okładanie się na treningach? - Była mega ciekawa kim są Ci ludzie. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Gdy łuskowata odskoczyła jak oparzona Kanagatucko cofnął dłoń w geście poddania.

Nie miałem zamiaru ujmować honoru. Myślałem, że się przechwalasz... Biali często tak robią i mają potem pretensje jak się tego nie docenia. Uznałem, że zrobiłaś podobnie.

Czarna wdowa podeszła z chmurnym wyrazem na twarzy rzucając swoje ostrzeżenie. Kanagatucko w przeciwieństwie do drugiego indianina nie skulił się w sobie. Cały czas stał wyprostowany i pewny siebie patrząc kobiecie w oczy.

Nie wiedziałem, że Avengersi stosują kary cielesne na nieletnich. Zapamiętam.

Zanim jednak Natasha zdążyła zareagować swoje pytania zadała łuskowata.

Cichobiegi? Nie znam tych ziół. Masz może przy sobie, abym mógł się z nimi zapoznać?

Ogarnianie wszystkiego co się działo dookoła zdecydowanie było czymś, co samo w sobie wymagało supermocy, bo wszystko działo się bardzo szybko. Na przykład Stark przeczący temu co się właśnie stało. Po jego słowach indianin przyglądał mu się przez chwilę.

Nie wytykacie błędów tylko od razu posyłacie do pokoju medycznego. - Odwrócił znowu wzrok w stronę Nataszy - Wskazówki i porady dotyczą tego jak tam dotrzeć? - Patrzył na nią pewnym wzrokiem czekając czy kobieta jakoś zareaguje i którą wersję potwierdzi... tą która ona roztoczyła, czy tą o której mówi Tony, bo oboje przedstawiali zupełnie inne spojrzenie na to jak tu wszystko się układa.

Edytowane przez Therek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

 

Charlie ciekaw był odpowiedzi na swoje pytanie i na wszystkie inne zresztą też, ale nagle padło słowo, które sprawiło, że jego uwaga przeskoczyła ze spraw ważnych na ważniejsze.

- Muffinki! - ucieszył się uśmiechając jeszcze szerzej niż wcześniej. Jak widać na perspektywę dobrej przekąski Charlie też reagował z entuzjazmem. Tyle, że musiał się jeszcze dopchać do Dinogirl i niesionego przez nią zbawienia w postaci muffinków. Przepychać się do niej jak jakiś buc? Nieeeeeeee... czas na uchylenie rąbka tajemnic. Ot może sprowokuje się jeszcze kogoś?

Nagle więc pod stopami Charliego pojawił się świetlisty dysk, który zdecydowanie nie był efektem przeładowania oświetlenia w jego marynarce. Chwilę potem tak dysk jak i chłopak zniknęli. Na tym się nie skończyło - świetlisty kształt pojawił się bowiem nagle obok Evey i zaraz potem stanął w nim Charlie we własnej, szeroko uśmiechniętej osobie. Chwilę potem jasność zniknęła, pozostawiając chłopaka jedynie w blasku światłowodowego światła.

- TO jest przechwalanie się -  wyjaśnił inidiańskiemu koledze, szczerząc się do niego radośnie. Zaraz jednak jego uwaga skupiła się na torbie Evey.

- Mogę? - upewnił się. - Własnej roboty?

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1byiGYM.jpg

Anaya

 

Na odpowiedź dr Bannera skinęła głową i cofnęła się do szeregu. Po reakcji dotykalskiego Indianina pierwszy raz delikatnie się uśmiechnęła. Był pierwszą osobą od dawna, która sprawiła pozytywne wrażenie w jej oczach. 

 

"Postanowiła spojrzeć na zegarek"

 

Nagle wskazówki zaczęły się kręcić w przeciwną stronę, a po chwili cały zegarek roztopił się niczym śnieg na pierwszym słońcu. Spojrzała na salę, a jej nowi znajomi i Avengersi rozpływali się jeden po drugim. Zrobiło się szaro. Z otchłani zaczął powoli wyłaniać się znajomy obraz. Było to wejście do pokoju. Jednakże zamiast drzwi były kraty. Wielkie mosiężne ozdobione pięknymi wzorami kraty, które lekko się otworzyły. W pomieszczeniu za kratami, była przejmująca ciemność.

 

Tik Tok Tik Tok - wierciło jej dziurę w głowie

 

Zimny dreszcz przeszedł po Anayi, zaczęła mieć kłopoty z nabraniem powietrza do płuc. Odwróciła się i ruszyła biegiem w przeciwną stronę. Na jej drodze stanęły stare spróchniałe drzwi, które bez problemu wywarzyła solidnym kopniakiem. Przeszła do środka, żeby znowu stać naprzeciw kraty, tym razem uchylonej jeszcze bardziej.

 

Tik Tok Tik Tok 

 

Wycofując się z przerażenia, upadła na podłogę. W tym samym momencie zza krat wystrzeliła czarna cienista ręka, ale Anaya w ostatniej chwili uskoczyła. Wiedziała, że sytuacja jest nieunikniona. Wszystkie starania mogły tylko oddalić ten nieubłagalnie zbliżający się moment. To dlatego tak mocno trenowała swoje ciało. Potrzebowała sprawności fizycznej, aby móc chociaż kilka chwil dłużej cieszyć się tym stanem. 

 

Czas dobiega końca.

 

Drzwi otworzyły się do połowy i więcej cienistych rąk wystrzeliło z niesamowitą prędkością. Jedna owinęła się wokół uda, druga ciągnęła lewą dłoń. Trzecia podduszała wijąc się szyi. Anaya krzyczała, że zaraz przyjdzie, że potrzebuje jeszcze chwilki, ale w pomieszczeniu panowała cisza. Tylko usta poruszały się wypowiadając nieme słowa, których nikt, łącznie z dziewczyną nie mógł usłyszeć. Ugryzła duszącą rękę, a ta rozpłynęła się niczym obłok dymu. Z pozostałych dwóch wyrwała się siłą i rozpoczęła kolejny sprint rozbijając barkiem spróchniałe drzwi, które były jedynym wyjściem.

 

Znalazła się w wodzie. Ciemnej,  brudnej wodzie. Bąbelki powietrza ulatywały jej z ust. Wtedy otworzyła oczy. Były mocno przekrwione. Czuła to. Miała kłopot z wyostrzeniem obrazu. Z trudem utrzymywała równowagę, miała przyśpieszony puls i ledwo łapała oddech, ale była tu gdzie chciała, wśród rekrutów Avengers, wśród bohaterów. 

 

Postanowiła spojrzeć na zegarek.

 

Była cztery godziny po swoim rekordzie. Duma ją rozpierała, ale jednocześnie wiedziała co wydarzy się w niedalekiej przyszłości. Wyjęła z torebki wysoko energetyczny napój i tabliczkę czekolady, ale w tym momencie została poczęstowana muffinką, której nie odmówiła. Wgryzła się w miękkie ciasto, kiwając głową do wężowej dziewczyny. Bardzo chciała wytrzymać do końca inauguracji.  
 

Edytowane przez Mitsun

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Gdy Charlie pojawił się między nim a Evey Kanagatucko wskazał go dłonią.

Widzisz, o tym mówiłem. - Powiedział ze spokojem.

Następnie przeniósł spojrzenie Arcana i zrobił zaskoczoną minę numer 4.

Wow, Jak to zrobiłeś?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey

 

 - Wyrąbiste! - podsumowała entuzjastycznie Eve popis rudego ziomala - I jasne, że domowej roboty! - zawołała, jakby oburzona insynuacją, że mogłoby być inaczej - te różowe ja robiłam, a te czekoladowe moja kumpela - wyjaśniła tajemnicę dwukolorowych babeczek  - Żryj babeczkę i nie marudź, panie First Nation - zaproponowała uprzejmie Przybyszowi z Rezerwatu - Cichobiegi będziemy palić kiedy indziej. Możemy też spalić wrotki i biblijne potupacze, mnie za jedno - mrugnęła wesoło - jakoś do tej budy trzeba będzie dojść, nie?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Roxi wzięła głęboki oddech. Łatwo zniknąć w tłumie, gdy każdy nad nią górował, ale zdawało się, że jej głos też całkiem zniknął w tym całym zamieszaniu. Na szczęście nie przeszkadzało jej ginięcie w cieniu innych, tak długo jak miała z kim rozmawiać. 

Z ciekawością przyglądała się używaniu mocy przez kolejnego z uczniów. Na użycie jej mocy przyjdzie zapewne jeszcze czas, gdy będzie bezradna i beznadziejna. Na razie nie miała tego w planach. 

Sięgnęła po ciemną babeczkę, uśmiechając się ponownie i zatopiła się w hałasie jaki był wokół. 

- Super, dzięki - odezwała się do różowowłosej, ale jej myśli były gdzie indziej. Ten indiański chłopak wciąż milczał patrząc w ziemię i coś w niej zaprotestowało. Czy naprawdę tak się przejął ostrzeżeniem, że zamierzał nie patrzeć na nikogo i nie odzywać się? Tak nie mogło być, mieli być drużyną! 

Podeszła do niego pewnym krokiem, zanim zdrowy rozsądek ją powstrzymał i uśmiechnęła się. 

- Gosheven, tak? Jestem Roxi - przedstawiła się ponownie, całkiem przygotowana na to, że większość ludzi nie zapamiętała jej wcześniejszego przedstawienia się. Po sekundzie wahania wyciągnęła na powitanie rękę w której nie trzymała jedzenia, czekając cierpliwie. Nie chciała by chłopak wpadł w panikę gdy kogoś potrąci na korytarzu, bo to też dotknięcie. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven

 

Billy pozostawł milczący i nie podejmował dodatkowych prób socjalizacji. Zdawało mu się że spojrzenia pozostałych przyjętych do Akademii przeszywają go na wskroś. Uniósł zaskoczony głowę słysząc o szkole. Dotychczas ledwo dawał radę łączyć nauki u dziadka, pracę u ojca i lekcje. Choć nie oblał żadnej klasy, to raczej nie miał najlepszych ocen. Za to słysząc o przewidzianym kieszonkowym, oczy zrobiły mu się wielkie jak dolarówki. 300 dolarów, to była kupa kasy. Będzie musiał uważać by woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Radość jednak nie trwała długo, komentarz o ewentualnym ograniczeniu kieszonkowego znów wywołał wątpliwości związane z dopiero co powstałą sytuacją i niepewnością o szkołę.

Kiedy wszyscy otoczyli dziewczynę z łuskami, która najwyraźniej miała jakieś łakocie, Gosheven zdecydował się od niej cofnąć nie chcąc ryzykować kolejnych oskarżeń. Był też pod wrażeniem postawy drugiego Indianina. Odwagi i dumy mu nie brakowało.

Z zadumy wyrwała go jedna z dziewczyn, ta niziutka i z ciemnym makijażem. Nie spodziewał się wyciągniętej eki iu śmiechu. Po krótkiej chwili zmieszania odpowiedział słabym, ale szczerym uśmiechem.

- Tak... może być też Billy... miło cię poznać...

Roxi chyba udało się przełamać klątwę milczenia, bo po chwili młody Apacz zwrócił się do Tony'ego.

- Eee... panie Stark, a kiedy będziemy zaczynać naukę w szkole? - ciekawe jak dużo będą mieli czasu zanim wpakują ich do nowej szkoły i czy podręczniki i inne przybory będą musieli nabyć z otrzymanych kieszonkowych. To ostatnie mogło być nawet możliwe. - I zajęcia w Avengers Academy też?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png
Olek

 

Wydarzyło się na tyle dużo, że polak był nieco przytłoczony całym tym chaosem. Nie żeby to była zła rzecz, całkiem fajnie, że ludzie, i węże, byli żywi. W gimnazjum jego klasa była dość czerstwa, ci wydawali się dużo ciekawsi. Pokusiłby się nawet o stwierdzenie bardziej kolorowa, dosłownie i przenośni, ale w USA to by mu mogli za to ryja obić.
Chciał jakoś powiedzieć tej niskiej dziewczynie, że integracja może być w sumie ciekawa, ale nie zdążył bo ta już przeszła do rozmowy z tym indiańcem który stał teraz ze spuszczoną głową. Drugi czerwonoskóry z kolei, w mniemaniu Olka był zbyt odważny. Na pierwszym dniu w szkole, nie ważne czy to najnudniejsze gimnazjum na śląsku, czy szkoła dla super bohaterów, no nie robi się tak. Do tego jeszcze ta wężowa dziewczyna zaczęła rozdawać babeczki.
W jego umyśle rozbrzmiało jedno słowo odbijane ciągłym echem. "Czekoladowe". Overkill miał jedno pragnienie dorównującego jego potrzebie adrenaliny, "Fenyloetylomina". Uśmiechnął się radośnie, co na jego dotychczas kamiennej twarzy wydawało się wręcz dziwne i jakoś przedostał się między ludźmi, żeby zbliżyć do łuskowatej.
- Hej, mógłbym jedną czekoladową? Uwielbiam czekoladę - powiedział, ponownie, po angielsku, z wyraźną euforią w głosie i na twarzy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Jocasta przekrzywiła nieznacznie głowę i skierowała swoje spojrzenie na Arcana.

- Pan Pym jasno zaznaczył, że dobór współlokatorów ma być waszym decyzją. Jakiekolwiek informacje udzielone przeze mnie w tej materii, mogłyby wpłynąć na waszą decyzję, tym samym sprawiając, że nie byłaby ona wasza, a po części narzucona - wyjaśniła.

- Dzisiaj nie będzie treningów - odparła, milcząca dotąd, Scarlet Witch. - Dziś i jutro będziecie mieli czas dla siebie. Żeby się lepiej poznać i zapoznać z nowym miejscem. Pierwszy trening przeprowadzimy w niedzielę.

Pytanie Louie'go zwróciło uwagę Starka.

- Jesteście częścią Avengers Academy. A to oznacza, że mieszkacie tutaj, żyjecie tutaj i trenujecie tutaj. Avengers Tower to z pewnością nie jest rodowy pałac, wasza wysokość, ale - Stark rozłożył szeroko ręce. - czym chata bogata. I nie musisz rezygnować z kieszonkowego, by korzystać z innych funduszy. Nie zabraniamy wam dostępu do własnych środków finansowych.

- Co do szkoły, to wszyscy chodzicie do jednej - stwierdził Pym. - Poziom waszej dotychczasowej edukacji był różny, podobnie jak zajęć pozalekcyjnych. Będziecie chcieli dokształcać się gdzieś na własną rękę - proszę bardzo. Jednak musicie zdawać sobie sprawę z tego, że wybraliście życie superbohaterów. Życie, które będzie od was wymagało dokonywania wyborów i podejmowania trudnych decyzji na każdym etapie. Pójść na dodatkowy hiszpański, czy przyjść na trening w Avengers Academy? Zostać na zajęciach z lekkoatletyki, czy ruszać ratować miasto? - stwierdził Pym. - Wybory, świadome podejmowanie decyzji i odpowiedzialność - tego również będziecie się tutaj uczyć - następnie Hank przeniósł spojrzenie na Philippę. - New Explorations Into Science, Tech and Math High School - odparł. - Zajęcia rozpoczynacie w poniedziałek. Wszelkie niezbędne formalności są już załatwione. Wtedy też odbędzie się twój test wiedzy - słowa skierował już do Evey.

- Mutanci to też ludzie - stwierdził Hawkeye, przeciągając się nieznacznie na kanapie. - I jest wiele sposobów na to, by stanąć w czyjejś obronie. By obronić samego siebie. Walka, choć najczęściej stosowana, jest tylko jednym z nich. Bystre z was dzieciaki, na pewno coś wymyślicie - uśmiechnął się szeroko i mrugnął do ich dziesiątki.

Romanov ponownie spojrzała na Indianina.

- Najbliższy znajduje się trzy piętra w górę, wschodnia część budynku. Wasze karty dają wam do niego dostęp - odparła tylko. Jeszcze przez kilka chwil mierzyła go spojrzeniem, a następnie zerknęła na Starka, który uniósł nieznacznie brwi ku górze i zrobił minę jakby pytał “Co tym razem zrobiłem?”. Na tym się jednak skończyła. Natasha nic nie odpowiedziała, tylko ruszyła w kierunku części kuchennej, przechodząc pomiędzy Herkulesem i Thorem, którzy rozstąpili się na boki, przepuszczając ją pomiędzy sobą.

- Poniedziałek, ósma rano - Tony przeniósł spojrzenie na Goshevena. - Jak mówił Hank, wszystkie formalności zostały już dopełnione. I jak wspomniała wcześniej Wanda, zajęcia w Avengers Academy zaczniecie w niedzielę. Przed wami dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień na dobrą zabawę - dodał z uśmiechem i zerknął na zegarek, a następnie znów na stojących przed nim uczniów. - Ktoś jeszcze chce o coś zapytać?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Na słowa Starka o "jego wysokości" i rodowym pałacu Louie skrzywił się delikatnie. Rzecz jasna nie wstydził się tego kim jest, ale chciał to zachować tą tajemnicę o drobinkę dłużej.

- Jasne, rozumiem Panie Stark - Odpowiedział chłopak. Jego głos był lekko smutny, ale zdawał się nie tak przerażony i łamiący jak przy pytaniach. Chrono założył ręce na piersi, zmrużył lekko oczy i zaczął wpatrywać się w jakiś nieruchomy punkt w oddali, oddając się myśleniu. "Muszę przeżyć te niedogodności, nie jestem tu dla swojego luksusu, a dla dobra ojczyzny i rodziny, mam być bohaterem, nie mogę zachowywać się jak dzieciak. Po prostu dobierz kogoś kto... zna podstawy ludzkiej kultury i...". Z zamyślenia wyrwała go ta łuskowata dziewczyna oferująca mu muffinke. Zdziwił się, może przez to, że zakwalifikował ją jaką irytującą i nie oczekiwał od niej czegoś pozytywnego? A może przez to, że większość jego spotkań z ubogimi miały miejsca podczas akcji charytatywnym, gdzie to on był po stronie tych który dawali. Uśmiechnął się serdecznie do dziewczyny i wziął babeczkę

- Merci!

Kiedy już miał ją ugryźć zawahał się, zamknął usta i włożył rękę do kieszeni. Wyciągnął z niej banknot o wartości 10€ i wręczył dziewczynie:

- Mam nadzieje, że tyle wystarczy? - powiedział z jeszcze serdeczniejszym niż poprzednio uśmiechem. 

Następnie zaraz obok niego pojawił się ten rudy chłopak, młody czarodziej bez wątpienia wzbudził jego zainteresowanie, już otworzył usta by się do niego odezwać, gdy pojawił się on, dzikus wyrwany z rezerwatu, któremu poza poczuciem stylu brakowało podstaw savoir vivre, a w szczególności zachowania wobec dam sądząc po tym jak odezwał się do Pani Romanov.

Louie odsunął się parę kroków, nowa perspektywa pozwoliła mu przyjrzeć się tej cichej, ale pewnej siebie dziewczyna, która najwyraźniej ma jakąś sprawę do Bannera. Gdy tylko zobaczył, że patrzy się w zegarek podszedł do niej, postanowił, że tu zacznie integracje zamiast dołączać się do grona opychającego się babeczkami.

- Bonjour mademoiselle! Nazywam się Louie de Ronneais - powiedział podając jej dłoń z szerokim, serdecznym uśmiechem.

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

- O, muffinki, bardzo chętnie - Neil złapał jedną z nich, po czym ugryzł duży kawałek - Dobłe - powiedział z pełnymi ustami. Może jednak dogada się z resztą. Jak już przełknie muffinkę.

Spojrzał po zgromadzonych. Mentalnie zaczął sobie notować co myśli o każdym z nich.

Czarodziej i Indianin nieco go zirytowali. Próbowali na siebie zwrócić uwagę, a Neil nie lubił tego hałaśliwego typu ludzi, którzy starają się wyróżnić, nie robiąc przy tym nic pozytywnego dla reszty. Dlatego też nie zwrócił im uwagi. W przeciwnym przypadku właściwie czułby, że stał się jednym z nich, a tego nie chciał. Z drugiej strony, może właśnie przez to w sytuacji bojowej pójdą na pierwszy ogień?

Dziewczyna od muffinek (tak ją zapamięta) była w porządku. Ludzie oferujący jedzenie nie mogą być źli.

Francuzik. Z nim będzie po prostu zabawnie. Neil widział, że gość zwyczajnie nie ma pojęcia o prawdziwym życiu, ale nie ma też złych zamiarów. Sam był wychowywany poniekąd pod kloszem, ale potrafił dostosować się do sytuacji. Stłumił śmiech, kiedy ten zaoferował zapłatę za muffinki.

- Ee, ja mam tylko tyle - Z udawanym zmieszaniem wyciągnął z kieszeni urwany guzik, plastikowy widelec i saszetkę z ketchupem z jakiegoś fast-foodu - Mam nadzieję, że tyle wystarczy? - powiedział przedrzeźniając akcent Louiego, co w połączeniu z jego naturalnym, szkockim akcentem brzmiało bardzo nienaturalnie.

- A, i jeszcze to! - wyciągnął z kieszeni puszkę IRN-BRU i podał dziewczynie od muffinek z lekkim uśmiechem.

Edytowane przez Teapunk

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey

 

 - Jasne, że możesz babeczkę! - zachęciła uprzejmego chłopaka ze śmiesznym akcentem. Zaraz też odezwał się też drugi ze śmiesznym akcentem, ale ten dla odmiany był nieuprzejmy. Niewychowany burak, którego w domu kultury nie nauczyli czy po prostu debil? A może, jak to często w życiu bywa, wszystko jednocześnie? Evey parsknęła pogardliwie, już do jego pleców, bo nie uznał jej nawet za godną rozmowy. No burak. Burak Ostateczny.

 - Poniżej wakandyjskich dolarów nie schodzę - powiedziała głośno, z królewską godnością, której się nauczyła już lata temu. W końcu jeśli nie masz nic, poza godnością to szybko levelujesz ją na poziom co najmniej królewski. On jej próbował wcisnąć pieniądze, ona nie zrobiła żadnego gestu, by je wziąć, więc co najwyżej mogły upaść na podłogę - Szanujmy się i używajmy waluty, która ma realną wartość. Co ja z tym twoim papierkiem miałabym zrobić? Wykleić ramę łóżka?  Wiesz jak szybko by traciła na wartości? - parsknęła - Ale napój biorę! - zgarnęła szybko puszkę z dłoni Szkota, otworzyła i upiła potężny łyk, resztę napoju mu oddała - Dzięki! To, ten, wiara! Ja jestem Eve, ale wafle mówią do mnie Serpent! Bo ten... - odwróciła się, prezentując wygląd kurtki . Odwróciła się po chwili i jej wzrok padł na Starka. Uśmiechnęła się - Ale jak już sobie nie poradzę w szkole i narobię wam obciachu to nie oddawajcie mnie pingwinom na żer, tylko zwyczajnie wyrzućcie na ulicę, okej? Albo zostawcie jako kucharkę! Umiem gotować! - pochwaliła się - I piec ciasta! Przydam się!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GakWGla9DBmttCR1nQJjpRz58nvbVF4PEOvStFp26pICM5M-X1A1nL9FTsqzqKcy74RAPewSwjKD9__oZNAgaKiLH3i3Ts3RidLeWtOypcQ0lA8L-n7NFU27xoDwzGse51S8t1y-

 

Phillipa Westbrook

 

 

Nie dołączyła do muffinkowej uczty. Pokręciła tylko nieznacznie głową, rzuciła ciche “nie, dziękuję”. Zamiast zajadać się słodkościami stała nieruchomo i czekała cierpliwie na odpowiedź Pyma. To nie był nawet wybór - inne zachowanie byłoby zwyczajnie nieuprzejme i całkowicie nie na miejscu.

 

Ale obok niej Wspaniała Dziewiątka była coraz bardziej wspaniała. Roxi z metamorfką już umawiała się na wspólną naukę. Metamorfka już stała się uśmiechniętym centrum, ku któremu ciągnęli wszyscy. Długowłosy Indianin z chłodną pewnością siebie zwracał uwagę dorosłym na wewnętrzne sprzeczności w ich ogłoszeniach parafialnych a chłopak w światłowodowej marynarce teleportował się. Teleportował!. Ot tak, po prostu. Z szerokim uśmiechem na twarzy, jakby to było nic, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Nie tylko dla niego, lecz dla innych także. Jakby >to< była ich normalność. Łuski, cuda, niepowstrzymany entuzjazm i nie znająca granic swoboda.

 

Wypuściła powoli powietrze z płuc, wygładziła mankiety ciemnej sukienki i zmusiła się, by odwrócić od nich wzrok. Czym było to brzydkie ziarno emocji, które czuła? Małe, skłębione i paskudne? Zazdrość? Zawiść? Podziw? Żal? Poczucie jakiejś krzywdy? Poczucie niedopasowania? Z wyżyn farmakologicznego spokoju, z wysokości wzniosłej wieży tabletek i chemii, którymi faszerowała się od dobrych czterech lat, nie potrafiła tego paskudztwa w sobie zdiagnozować. Przechyliła delikatnie głowę, popatrzyła na Pyma. Nieufnie, jakoś tak ostrożnie. Jak za każdym razem, gdy tylko przestawała omijać go wzrokiem.

 

Najwyraźniej napisał prawdę”.

 

Ale w tym wszystkim NEST+M było dobrą wiadomością, na którą Phillipie błysnęły oczy. Furda treningi, którymi będzie się martwiła później. Furda ratowanie świata znanego miastem. To było wyzwanie, które niosło ekscytację a nie niepokój czy strach. Będzie inaczej niż w jej poprzedniej szkole, gdzie wszystko osiągnęła sama i na swoje nazwisko - opinię wśród nauczycieli, statuetki z olimpiad i konkursów, oceny i rekomendacje. Teraz niewidzialnym stemplem będzie miała nabity kod kreskowy Akademii Starka na czole. Nie będzie oceniana już jedynie przez pryzmat samej siebie. Obróciła w głowie tą ideę i w kilka sekund doszła do wniosku, że to dobrze. Będą wymagali więcej. Nie będzie taryfy ulgowej. O tak. To dobrze. Bo szkoła była jedynym miejscem, w którym mogła pokazać, że posiada wartość.

 

- Nie, nie mam już pytań, proszę pana - odpowiedziała Starkowi, choć pytań miała całe mnóstwo. O rzeczy zostawione w szkolnej szafce. O staż. O zajęcia dodatkowe. O plan wieży. Przemilczała jednak. Tego mogła się dowiedzieć później.

 

Popatrzyła po dorosłych: po pani Maximoff, Bartonie, milczącym Bannerze czy Thorze, którego Eve omijała wzrokiem z równym samozaparciem jak Phillipa Starka i Pyma, a potem ku samej metamorfce. Zmarszczyła lekko brwi słysząc jej “jak już sobie nie poradzę w szkole”. Zerknęła ku niej przez ramię.

 

Nie “jeśli”, ale “jak”.

Jakby to było nieuniknione. I nie miało znaczenia, że mówiła to z uśmiechem, bo było w tym coś niewłaściwego. Jakaś asekuracja, jakaś chęć uprzedzenia faktów. 

 

Ona sama też ku niej zaczynała ciagnąć.

 

- Poradzisz sobie - powiedziała cicho, ze spokojną stanowczością, prawie wcinając się Eve w słowo. - Pomogę ci. - Skierowała spojrzenie ku Roxi. - Obydwie ci pomożemy - dodała, zawieszając ostatnie zdanie w powietrzu, by niziutka dziewczyna mogła zaprotestować, gdyby chciała.

Edytowane przez rusty
literówki

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

1byiGYM.jpg

 

Anaya White

 

Gdy nieznajomy podszedł bliżej, wbiła w niego swoje senne spojrzenie lekko przechylając głowę. Perfidnie bez żadnego skrępowania zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Stał tak przez chwilę z wyciągnięta ręką, a ona jeszcze bardziej wyostrzyła wzrok, wbijając swoje przekrwione oczy w zakamarki jego duszy. Z twarzy był egzotyczny, nawet nietuzinkowy. Blondyn o niebieskich oczach. Normalnie zbywała podobnych jemu zachowaniem nieśmiertelnym tekstem „mam chłopaka”, ale jednak coś ją w nim ujęło. Nie wspaniały francuski akcent. Nie idealnie skrojony garnitur. Nie zapach perfum łagodnie łaskoczący zmysł węchu. Miał aurę wyższości nad innymi. Jakby jego status społeczny cierpiał niesamowite tortury będąc w otoczeniu wybranej dziewiątki. To ją urzekło i wystarczyło, aby zasłużyć na odwzajemnienie gestu powitalnego.

 

- Anaya White – skwitowała, krótko wyciągając rękę na powitanie. Nie była zbyt wylewną w słowa osobą. Nie z powodu charakteru. Z czystej kalkulacji. Było to zwyczajnie stratą czasu. Czasu, który dla niej był najcenniejszym surowcem. Czas, który dobierała niezwykle dokładnie na czynności, które wykonuje. Czas, który poświęcała osobom na rozmowę i interakcję starannie selekcjonowała. Nawet procesy myślowe musiały być zoptymalizowane i skoncentrowane na wcześniej wybranym celu. Tak czas… czas płynie nieubłaganie.

Po chwili westchnęła, długo wypuszczając powietrze z ust w geście zmartwienia, równocześnie znowu zerkając na ten przeklęty zegarek. Na wskazówki, który niczym kosa kostuchy zbliżały się z każdą sekundą bliżej  jej gardła.

Edytowane przez Mitsun

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Początkowo poczuł się strasznie, gdy podając dziewczynie rękę ta wpatrywała się w niego bez słowa. Skrzywił się nawet nieznacznie i już miał się poddać, jednak ostatecznie dziewczyna odwzajemniła uścisk. Odetchnął z ulgą. Postanowił, że czas zacząć show. Prawie zawsze swój popis związany z zegarkiem i mocą, zaczynał od tekstu o Einsteinie i jego teorii o dylatacji czasu, tym razem uznał, że nie będzie to konieczne. Gdy jeszcze trzymali się za dłonie z klasyczną dla siebie gracją i delikatnością obrócił dłonie o 90 stopni, tak by dłoń dziewczyny była na górze, a co ważniejsze by tarcza jej zegarka była widoczna dla obojga z nich, następnie swoją wolną dłoń umieścił pod jej zegarkiem otwartą stroną, gdy zaczął mówić wpatrywał się w dziewczynę:

- Wciąż zerkasz na zegarek, musi Ci się nudzić, chwila zdaję się trwać wieczność co? - Chłopak uśmiechnął się na koniec i spojrzał na zegarek dziewczyny chcąc skierować jej wzrok w to samo miejsce. Wskazówki zamarły w bez ruchu, przynajmniej tak by się zdawało na pierwszy rzut oka. Po pięciu, czy sześciu sekundach sekundnik uderzył jednak w następną pozycję, a następnie znów zamarł. Louie znów spojrzał na Anaye i uśmiechnął szeroko:

- Na szczęście w dobrym towarzystwie czas płynie w zawrotnym tempie! - po tych słowach znów skierował wzrok na zegarek, tym sekundnik zaczął poruszać się w zawrotnym tempie, przejście całej tarczy zegarowej zabrało mu dosłownie parę sekund.

Louie puścił rękę dziewczyny i przeczesał ręką włosy, był zdenerwowany, ale starał się by nie dało się tego po nim poznać. "Zrobiłem z siebie pajaca, te teksty były żenujące". 

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

Polak z wdzięcznym uśmiechem wziął babeczkę po czym wziął kęsa. Wydał z siebie odgłos zadowolenia, gdy już smak czekolady uderzył jego kubki smakowe. W jego głowie echem odbiło się "wreszcie". Echem które było w zasadzie już normą. Jeszcze tylko nadrobić braki w adrenalinie i będzie bardzo dobrze, na kilka dni. Będzie musiał zaraz zapytać o kilka rzeczy, ale to za moment. Wpierw wężowa się przedstawiła.  W sumie Olek nawet nie pomylił się z nazywaniem jej wężową. Miała już taki pseudonim, ale po angielsku. Uznał, że skoro ona się już przedstawia, to i on może.

- Jestem Aleksander, albo Olek, wolę Olek. Ewentualnie Overkill. Ale nie dlatego, bo noszę koszulki Overkilla - tu wskazał na swoją koszulkę, której tył na szczęście zasłaniała bluza. - I momencik - odwrócił swoją uwagę od grupy, przenosząc ją na Starka - Ja mam jedno, czy mimo wszystko mógłbym pójść dzisiaj potrenować? Trochę tego potrzebuje - odezwał się pytająco. Czuł potrzebę porobienia czegoś, podnoszenie ciężarów, bieganie, ba nawet walenie w worek treningowy. Najlepiej bicie jakiś złolców, ale to mogło by być raczej problematyczne.

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Stała jeszcze przez moment z ręką wyciągniętą do uścisku, która zignorowana przez Indianina coraz bardziej jej ciążyła. Missisipi. Dwa Missisipi. Trzy Missisipi. Wzruszyła ramionami i opuściła dłoń. Małe kroki. Odezwał się. Zamiast boleć nad porażką, pałaszowała babeczkę, wsłuchując się w słowa herosów. Starała się nie stracić żadnej informacji. Żegnajcie projekty dodatkowe, witaj jeszcze częściej skopany tyłku. 

- Jeszcze pytanie. Wolno nam swobodnie wchodzić i wychodzić, oraz spotykać się z ludźmi spoza akademii w czasie wolnym, czy musimy zdobyć pozwolenie by, nie wiem... wyjść do miasta, albo zostać dłużej w szkole? - nie zamierzała nawet pytać o zapraszanie gości. Można sobie tylko wyobrazić co młodzież mogłaby zrobić w tym miejscu.

Kiedy usłyszała Serpent, zmarszczyła brwi. Nie było dobrze. Zanim jednak się odezwała, wyprzedziła ją inna dziewczyna. Kiedy zaoferowała pomoc, Roxi entuzjastycznie skinęła głową. 

- No jasne, że tak! Zdasz wszystkie testy... Jak dobrze zależy od Twojej cierpliwości do słuchania opisów lektur obżerając się ciastkami i cierpliwości do robienia matmy słuchając kiepskiej gitarowej muzyki, ale jestem całkiem niezłą korepetytorką - starała się zachęcić. Nauka wychodziła dużo lepiej, gdy podchodziło się do niej z entuzjazmem. 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Indianin stał wpatrując się w Czarną Wdowę, aż do momentu gdy ta odpuściła. Wyjaśniła mu jeszcze jak dostać się do punktu medycznego i odeszła. Nie była w stanie odeprzeć logiki jego słów, co można było zapisać na poczet zwycięstwa logiki nad chaosem. Dobra walka. Ale niewiele znacząca. Zaraz po tym przyjął od Serpent różową babeczkę i odgryzł kawałek.

Pyszna - Pochwalił, acz nie pochwalał tego, że dziewczyna wspominała o paleniu biblii. Nawet jak się nie wyznawało danej religii, to należało okazywać szacunek wobec niej. Jedząc babeczkę słuchał dalszych słów i zareagował lekkim uśmiechem na następne stwierdzenia różowowłosej. Dziewczyna wykazała się słodką ignorancją i nieznajomością podstawowych praw rządzących życiem i naturą. No ale przynajmniej można było jej pomóc i wyprowadzić z błędu. - Nie musisz się obawiać. Pingwiny nie jedzą ludzi. Głównie ryby. Ale... - Zawahał się z kolejnym pytaniem, bo dziewczyna go poważnie zaintrygowała. - Rozmawiasz z waflami? To muszą być ciekawe konwersacje. Opowiesz mi o nich?

Zanim jednak zdążył uzyskać odpowiedź na te pytania odezwał się Polak o możliwość treningu.

Ja z chęcią z Tobą potrenuję. - Zaproponował się do pomocy po czym uświadomił sobie, że jeszcze się pozostałym nie przedstawił. Położył dłoń na piersi i delikatnie skłonił się im - Kanagatucko z plemienia Irokezów.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

 

Charlie chętnie dobrał się do muffinków i wybrał sobie czekoladowego. Radośnie wcisnął sobie do paszczy spory kęs co niestety utrudniło odrobinę werbalna komunikację. Gdy więc czerwonoskóry przyjaciel zapytał o to jak Arcan przeniósł się z miejsca na miejsce, w odpowiedzi usłyszał jedynie coś w stylu:

- Mmm... mfp... mamf... mmmammm... fam... muf... yf... um... - tak, to zdecydowanie było wyczerpujące wytłumaczenie. 

W końcu jednak udało mu się przełknąć zdecydowanie zbyt duży kęs.

- Pyszne! - zapewnił Evey. Akurat też mógł spokojnie wysłuchać co też opiekunowie maja im dalej do wyłożenia. Wyglądało na to, że Jocasta jednak nie może pomóc w dobieraniu się więc zostało to w ich rękach. No ale to mogło jeszcze chwilę zaczekać bo Charliego szczerze zainteresowało zachowanie Kanagatucko.

- Ej, ty tak na serio czy jaja sobie z niej robisz? - postanowił upewnić się chłopak. Z wcześniejszej rozmowy z Natashą jednak wyraźnie wynikało, że kolega ma właśnie takie dosłowne podejście.

- Bo wiesz, że ona nie mówi dosłownie, nie? To slang. Coś jak inny... - pstryknął palcami - Nie tyle język co... o, narzecze. Tak to się mówi, nie? - wyjaśnił mu. - Nie chodzi o pingwiny-ptaki tylko te, no... zakonnice - dodał. Szybko jednak zrozumiał, że może to zrodzić kolejne pytania i posądzenie o bezsens. Trzeba było jakoś temu zaradzić.

- No bo zobacz - wyciągnął przed siebie prawą dłoń, na której pojawił się nagle jakiś zwiewny obłok, który po chwili przybrał postać miniaturowej zakonnicy, korpulentnej i w klasycznych czarno-białych szatach. Wyglądało jakby Arcan trzymał małą figurkę.

- I teraz pingwin - tu wyciągnął lewą dłoń i podobnie uformował na niej pingwina podobnej jak zakonnica wielkości. - Widzisz podobieństwo? Kolory, ten brzuszek, nos niczym dziób. Stąd właśnie się wzięło. Naprawdę Blues Brothers nie oglądałeś?  - zapytał jeszcze, jednocześnie strząsając z dłoni sylwetki zakonnicy i pingwina, które rozwiały się w powietrzu jak drobina dymu.

Charliemu coś nagle wpadło do głowy. Zmierzył irokeza wzrokiem i zmarszczył brwi w wyrazie namysłu. I chyba podjął decyzję.

- Więc... tak jak mówiłem, jestem Charlie. Charlie Rasputin. Ale możecie mi też mówić Arcan. I, przyjacielu Kanagatucko, jeśli chcesz to możesz zostać moim współlokatorem. I wtedy może spróbujemy cię nauczyć prawdziwego życia. Co ty na to? - zaproponował.

Zaraz jednak zwrócił się do Evey.

- Ale wafle? Kto to wafel to nie kojarzę - przyznał szczerze.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Odebrał puszkę od dziewczyny od muffinek - Ktoś chce? Nie? Okej - zapytał nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź i dopił resztę.

Zauważywszy zmieszanie Louiego podszedł do niego i poklepał go po ramieniu - Spokojnie, przecież pierwsze wrażenie nie jest takie ważne, prawda? - Uśmiechnął się delikatnie, jakby uspokajająco, co nieco kontrastowało z nieco szyderczym komentarzem - Żart, żart - wytłumaczył się szybko, podnosząc ręce w geście pojednania, jak gdyby uprzedzając reakcje reszty.

Szybko odsunął się od chłopaka, zastanawiając się czy nie przesadził i przeniósł swoją uwagę na Olka i Kangatucko.

- Na treningi będzie jeszcze czas. Znuuuudzi się wam - powiedział, specjalnie przeciągając słowo - Na wszystko będzie czas.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven

 

Gosheven skinął głową na odpowiedzi dorosłych. W sumie tak się na tym skupił, że zapomniał o wyciągniętej ku niemu dłoni. I teraz kiedy sobie przypomniał czuł się jak ostatni kretyn. Będzie musiał ją później przeprosić. Pozostając na uboczu przysłuchiwał się rozmowie pozostałych. Niezłe zbiegowisko. Snob, punk, dziewczyna z wyższych warstw, dziewczyna z ulicy... ciekawe jak on sam się lokował w tym społecznym przekładańcu.

- Wafel to w slangu albo ktoś ci bliski, albo ktoś, kim się wysługujesz - w sumie po wypowiedzi tej Evey ciężko było stwierdzić, do którego ze znaczeń zamierzała nawiązywać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey

 

Evey spojrzała na dziewczyny, które były tak chętne do pomocy. Nawet jej przez chwilę przeszło przez głowę, żeby im powiedzieć, że sama wizja szkoły ją przeraża. Ustalone, wypracowane dawno temu schematy. Środowisko hierarchiczne, w którym terytorium już dawno zostało podzielone, a władza ustalona. A w dodatku będzie w nim całkowicie sama. Obca. Naznaczona. Piętnem Avengers Academy, łuskami i językiem, którego nigdy nie zrozumieją w pełni. Najstarsza wśród gówniarzy, bo nie ma ludzkiej siły, by w weekend nadrobiła trzy lata braku szkoły. Nieważne w ilu bibliotekach przesiadywała, czytając książki, szukając czystych toalet oraz ciepła w zimne dni i klimatyzacji w te gorące.  Do ilu muzeów poszła, chodząc zawsze w poniedziałki, bo wtedy bilety były za darmo. Bo to nadal były trzy lata. A ona nadal była z ulicy. I miała trafić do obcego, nieprzyjaznego środowiska, w którym dopiero musiała sobie wypracować pozycję. Dokładnie jak na ulicy. Tylko, że nie mogła korzystać z ulicznych metod. A innych nie znała.

Nie powiedziała im tego wszystkiego. Po prostu uśmiechnęła się jeszcze szerzej

 - Jasne! Chodziłam do biblioteki, często, jak moi byli w budzie. A wafel to...  - tym razem dla odmiany zerknęła na facetów.- No ziom. Jak ty to powiedziałeś? - zerknęła na drugiego Pana First Nation - "ktoś mi bliski". No to to. I czaderskie pingwiny! - pochwaliła - A jak już przy waflach i pokojach jesteśmy to ja i panna Addams bierzemy razem pokój. Już się w tej sprawie dogadałyśmy!- wskazała na jasnowłosą wersję córki z rodziny Addamsów - Nikt ci nie mówił, że w tej stylówie i z tym fryzem wyglądasz jak krzyżówka Roszpunki z Wednesday Addams? - przechyliła lekko głowę - No to wyglądasz. Wyrąbisty efekt, laska! - zawołała równie przyjaźnie, co entuzjastycznie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz