Aruna

Chapter 1: New life (Aruna & Aquaman)

63 postów w tym temacie

1byiGYM.jpg

Anaya White

 

Chłopak delikatnie złapał ją za dłoń, po czym zobaczyła coś niesamowitego. Dlatego się nie wyrwała. Dlatego jej dłoń nie spotkała się z jego policzkiem. Dlatego nie musiała słuchać jego przeprosin. Jej oczy wyostrzyły się jeszcze bardziej. Wskazówki zegara stanęły. Zastanawiała się, cze chłopak posiada jakieś zdolności telekinezy, ale go nie zapytała. Rozmarzyła się chwilowo co by było gdyby miał wpływ na czas. Spełnienie jednego z jej marzeń byłoby możliwe. Mógłby... 

W tym momencie stała się odwrotna rzecz. Wskazówki przyśpieszyły. Anaya zaczęła powoli kręcić głową. - Niee... - wyszeptała.

Stoły i krzesła zaczęły delikatnie drgać.

- ZATRZYMAJ TO! - wrzasnęła niewyobrażalnie głośno. Fala dźwiękowa rozeszła się po pokoju, atakując błony bębenkowe wszystkich obecnych. Wszystko trwało dosłownie chwile.

Meble zmieniły rozmieszczenie w pokoju.

Szklanki popękały.

Szyby w oknach nadal wytłumiały drgania spowodowane krzykiem.

Zrobiła to nieświadomie. Upadła na kolana ledwo łapiąc oddech. Śmiertelnie przestraszona zbliżającą się perspektywą, którą tak bardzo stara się oddalić. Zwróciła wzrok  w stronę Louigeo. W jej spojrzeniu nie było złości. - Chciałabym porozmawiać z Tobą na osobności. - Następnie zwróciła się do reszty, powoli wstając i łapiąc równowagę.

- Skoro już cała uwaga skupiła się na mnie to jestem Anaya White. Więcej się to nie powtórzy.- Nic więcej nie dodała. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Do waszej dyspozycji póki co jest siłownia. Czynna całą dobę – odparła Tigress na pytanie Olka. – Z czasem dostaniecie również dostęp do sali treningowej Avenges, ale póki co samodzielny trening mógłby się dla was skończyć tragicznie. Nie chcemy ryzykować – dodała, uśmiechając się przepraszająco.

Inaczej zareagował Tony na pytanie Roxi.

- Nie jesteście więźniami – żachnął się. – Zresztą po co wam kieszonkowe, jeśli nie mielibyście, gdzie go wydać.

- Poza Avengers Academy możecie prowadzić życie towarzyskie czy poświęcać się bardziej nauce. Dla nas najważniejsze jest, żebyście nie pakowali się w kłopoty i pojawiali się na wszystkich treningach – zabrał głos milczący dotychczas Justice.

Rozmowy trwały w najlepsze. Przynajmniej do czasu aż nie zostały gwałtownie przerwane wybuchem Anayi. W jej głosie usłyszeli panikę. Panikę zdecydowanie nieadekwatną do tego, co zrobił Louie. Wprawdzie meble pozostały na swoim miejscu, a szklanki jakimś cudem nie popękały, ale wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu mogli boleśnie odczuć krzyk dziewczyny. Minęła zresztą dobra chwila nim Hank jako pierwszy odważył się przerwać zbawienną dla wszystkich ciszę, bo trudno przerwaniem tym nazwać przedstawienie się Anayi wypowiedziane w momencie, gdy każdy dopiero odsuwał dłonie od uszu, nie będąc pewnym, co usłyszy.

- To chyba kończy oficjalną część – powiedział Pym. – Jest jeszcze wcześnie. Avengers Tower stoi przed wami otwarte, przynajmniej jeśli mówimy o rozrywkach. Pozwiedzajcie. Oficjalnie oprowadzimy was jutro.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

- No dobre i to, dziękuje - powiedział do Tigress, fakt, że siłownia była czynna całą dobę był dość dobry. Przynajmniej nie będzie prób wyjścia na ulice żeby zaprowadzać dodatkowy porządek. Poprzez zrównywanie nosów z resztą twarzy okolicznych dresiarzy. Czasem złodziei czy innych bandytów.

Chłopak wysłuchał jeszcze wypowiedzi Starka i Justice, gdy w pewnym momencie ta dziewczyna która wcześniej podeszła do Hulka, a której imienia polak jeszcze nie znał krzyknęła. Chociaż dla niego było to raczej coś w stylu ryku.

Reakcja polaka była nieco intensywniejsza niż reszty, chwycił za uszy, skulił się i zacisnął oczy, wydając z siebie odgłos świadczący o bólu. Do tego spod rękawów bluzy i kołnierza koszulki wypłynęło coś w rodzaju czarnej mazi obejmując część jego szyi i dłoni, chociaż, cokolwiek to było zdawało się nie postępować tylko ruszać w spazmach, stosunkowo delikatnych, bardziej jak niewielkie ruchy materiału. Sam Olek przeklinał po polsku, dość intensywnie. Chociaż większość pewnie i tak zrozumiała by tylko pewne sławne słowo na "k".
Był też w stanie oszołomienia nieco dłużej, ale już przestał przeklinać. Gdy wreszcie odsunął dłonie od uszu i wyprostował się spojrzał gniewnie na dziewczynę będącą źródłem tego okropnego dźwięku. Wziął kilka głębszych wdechów i spojrzał na swoje ręce, pokryte częściowo czarną substancją, teraz przypominającą nie maź a skórę która delikatnie odbijała światło, przyzdobioną zielonymi malowidłami mającymi przypominać kości i pazury. Część substancji na szyi też tak wyglądała, ale bez tych całych ozdób. - Staraj się nie krzyczeć następnym razem. Nienawidzimy hałasu - wycedził tylko, znowu spoglądając na dłoń z której to substancja powoli schodziła, wracając pod bluzę i chociaż tego Olek już nie widział, ta z szyi też.
Pozostawiając go obecnie z piszczeniem w uszach i zdenerwowaniem odbijającym się echem w jego umyśle.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GakWGla9DBmttCR1nQJjpRz58nvbVF4PEOvStFp26pICM5M-X1A1nL9FTsqzqKcy74RAPewSwjKD9__oZNAgaKiLH3i3Ts3RidLeWtOypcQ0lA8L-n7NFU27xoDwzGse51S8t1y-

 

Phillipa Westbrook

 

 

Gdy na dłoniach Charliego pojawiły się dwa niewielkie figurki usnute z dymu i magii Phillipa popatrzyła na niego ze złością. No dobrze, może oprócz złości była tam jeszcze fascynacja. Może przede wszystkim fascynacja. I może odrobina szczerego zachwytu. Ok, może więcej niż odrobina. I dawka ciekawości na tyle duża, że dziewczyna zrobiła krok w jego stronę i wyciągnęła rękę, by dotknąć korowych miraży.

 

Powstrzymała się w połowie ruchu.

Głęboki wdech, powolny wydech i niemal było widać jak przywołuje sama siebie do porządku, jak wciska hamulec i wycofuje się na swoje miejsce nadwornego obserwatora.

 

Do Evey uśmiechnęła się jednak tą swoją sugestią uśmiechu, skinęła głową na znak, że owszem, komunikacja miała miejsce, ustalenia zostały poczynione za obopólną zgodą, wszystkie kontrakty podpisane w trzech kopiach a oryginały wysłane do adresatów przed wczorajszym śniadaniem.

 

Potem jednak musiała zaprzeczyć, bo nikt nigdy wcześniej nie porównał jej do bękarciego dziecka Roszpunki i rodziny Addamsów. I przez moment nie wiedziała co z tym zrobić. To była gra, w której regułach nie była biegła - to zadzierzgiwanie znajomości, nawiązywanie przyjaźni, ta swoboda i otwartość. Ta gra wymagała od niej wysiłku i uwagi, męczyła. I tak bardzo straszyła możliwością przegranej.

 

Ale dobrze.

Musiała spróbować.

 

Uniosła brwi w wystudiowanym wyrazie zszokowanego zdziwienia.

 

- Stylista zapewniał mnie, że ten wizerunek nazywa się “Pippi Långstrump spotyka Pocahontas” i jest najnowszym, rozpaczliwym krzykiem mody. Myślisz, że powinnam złożyć reklama…

 

Reszta utonęła w przenikliwym krzyku dziewczyny, przed którą stał jasnowłosy Francuz. Odruchowo zakryła uszy, odwróciła się od źródła bolesnego dźwięku. Krzyk wibrował jej w głowie, wwiercał się w czaszkę, rezonował w kościach i brzmiał jakby miał być ostatnią rzeczą, którą w życiu usłyszy. Lecz gdy w końcu opuściła dłonie usłyszała głos Pyma i przez chwilę brzmiał on niemal słowiczo. Więc nie ogłuchła. Tyle dobrego. Zacisnęła palce w pięści, żeby ukryć jak bardzo drżały, wyprostowała się jeszcze bardziej, popatrzyła po dorosłych. Nic. Żadnej reakcji. Żadnej nagany. Żadnego upomnienia. Żadnego pytania.

 

Przygryzła wargi, przełykając wszelkie komentarze i uwagi, które cisnęły się jej na usta.

 

Więc dobrze, uznajmy to za nietakt i przemilczmy.

 

Ale w tym momencie odezwał się Aleksader. Olek.

 

Więc dobrze, uznajmy to za nietakt, o którym nie będziemy milczeć.

 

Nie chciała wchodzić w sytuację między ciemnowłosą a Francuzem. Przynajmniej dopóki coś więcej się nie wyjaśni, dopóki wszyscy się nie otrząsną. Miała ochotę zapytać Olka czy to jego “nienawidzimy” to przejaw pluralis maiestatis czy dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości, ale to przełknęła także. Angielski nie był jego ojczystym językiem, miał prawo do pomyłek. A założenie manii wielkości lub osobowości mnogiej nie było - znowu - odpowiednim otwarciem dialogu, lecz złośliwym i niepotrzebnym przytykiem.

 

Nie wiedziała co powiedzieć.

Nie wiedziała jakie słowa byłyby >odpowiednie<.

 

Milczała więc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EiFezaH.jpg

Evey

 

W jednej chwili rozmawiała sobie spokojnie, w drugiej już przyciskała dłonie w mitenkach do uszu. Instynktownie odwróciła się tyłem, i pochyliła niżej głowę, wyginając się, jakby chciała, by cały impet ataku przyjęły plecy, nie głowa. Jakby to miało cokolwiek zmienić. Zwłaszcza, gdy atak był dźwiękowy. Na szczęście się skończył. A ona nadal miała bębenki w uszach. Szybko namierzyła źródło ataku. Laska do tej pory zachowywała się po prostu, jakby jej gówno nie śmierdziało, teraz okazała się też porąbaną histeryczką. Odjazd. No, ale w każdej ekipie jest jakiś zgniłek. Takie są prawa natury. 

- Coś ty, wyglądasz obłędnie - dokończyła więc to, co miała powiedzieć wcześniej

A potem Evey zostało już zrobić tylko jedno. Podniosła torbę z babeczkami, która przy ataku wypadła jej z dłoni. Przy okazji zgarnęła też ciągle leżące w tym samym miejscu dziesięć euro. Tak wyposażona podeszła do Francuza, który oberwał wrzaskiem w twarz

 - Zgubiłeś - podała mu banknot - Nie chcę twojej forsy. Wakandyjskie dolary, pamiętaj - uśmiechnęła się - Ale możemy spróbować się zawaflować. Nie jestem wyjściowa, ale nie ryknę ci histerycznie prosto w ry... twarz - dodała zachęcająco - Przemyśl to - mrugnęła do niego, a potem się nieco odsunęła, na wypadek gdyby czuł się w jej towarzystwie niekomfortowo

 - Ej, wiara! To co? Rozchodzimy się do pokojów, szykujemy się i spotykamy potem? Czy na spontanie zwiedzamy i robimy bibę? 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Gdy tylko dziewczyna krzyknęła, odruch kazał mu wygenerować ochronę, ale opamiętał się. Nie zdołałby w tak krótkim czasie wytworzyć osłony na tyle wytrzymałej, żeby odbiła falę uderzeniową, a jeśli siła ataku byłaby zbyt duża, cała sytuacja mogłaby się skończyć jeszcze gorzej dla każdego z obecnych. Zamiast tego po prostu zasłonił uszy dłońmi i się skulił.

Kiedy tylko atak soniczny się skończył, Neil wyprostował się i otrzepał ubranie. To było bardzo niespodziewane. Oberwałby mocniej, gdyby nie to, że dosłownie chwilę wcześniej odsunął się od źródła dźwięku.

- Na koncertach bywa gorzej - powiedział, próbując pozostać tak niewzruszony jak tylko się da. Nadal dzwoniło mu w uszach - Spróbujcie stać przy głośniku - uśmiechnął się nieco krzywo, jakby nienaturalnie. Uspokoił go jednak brak reakcji Avengersów, którzy z pewnością by zareagowali gdyby była taka konieczność.

- Niee no, pozwiedzajmy - odpowiedział na pytanie dziewczyny od muffinek - Będziemy mieć dużo czasu na siedzenie w pokojach - wzruszył ramionami.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Słuchała z uśmiechem odpowiedzi Tigress, potem przeniosła oczy na Pana Starka. Nie, jesteśmy tylko nieletni. Szkoła z internatem kazałaby nam się meldować. Ale w sumie... to Stark. 

Skinęła głową na potwierdzenie, że rozumie i już miała znów się odezwać, gdy rozległ się krzyk. Powinna była zareagować, ale bolesny dźwięk skłonił ją do zakrycia uszu i skuleniu się w sobie. Przez chwilę myślała, że czuje jej moc, ale nic się nie stało... dźwięk ucichł - tak nagle jak się pojawił. Ostrożnie odsłoniła uszy, ale nie słyszała nic, prócz dzwonienia. Czy ogłuchła? Nie, spokojnie. Fale dźwiękowe o takim natężeniu nie spowodowałby utraty słuchu tak szybko. Spokojnie. Wyprostowała się i w myślach zaczęła liczyć, by się uspokoić, a po chwili uniosła wzrok na zebranych, pozbawiony już dezorientacji i paniki. Spojrzała na każdego z osobna, gotowa pomóc wstać lub zaoferować jakiekolwiek wsparcie. 

- Nikomu nic się nie stało? Zawroty głowy, mdłości? - spytała tonem typowym dla ratowników medycznych. Trzydzieści-osiem, trzydzieści-dziewięć, czterdzieści... Jej wzrok zatrzymał się dłużej na Olku, oceniając. Nie mogło być tak źle, skoro zaraz się pozbierał. Uniosła brew, jakby w niemym pytaniu. Osiemdziesiąt-dwa. Powinnaś móc jakoś zareagować, zamiast chronić tylko siebie. Bezużyteczna, jak Twoja moc. Nie żyjesz tylko dla siebie. Dziewięćdziesiąt. 

Ze starannie neutralnym wyrazem twarzy spojrzała na sprawczynię całego zamieszania. Nie zrobiła tego specjalnie, ale trzeba uważać.

- Cześć, współlokatorko - powiedziała krótko i uśmiechnęła się, ale w przeciwieństwie do poprzednich uśmiechów, zamiast nieśmiałego i przyjaznego, ten był nieco ironiczny. To może się źle skończyć... Ale to nie wina tej dziewczyny. Lepiej by Roxi z nią mieszkała, niż ktoś, kto jest bezradny wobec dźwięku... i chłodu. 

Spojrzała na profesorów i skłoniła głowę, gdy Pan Pym zapowiedział, że to koniec.

- Dziękuję. 

Uśmiechnęła się ponownie radośnie do Evey i Neila. 

- Ja bym chętnie zwiedzała i integrowała się już, ale chyba należałoby zostawić rzeczy w pokoju... i dowiedzieć się gdzie on jest. Możemy zacząć integracje od wielkich poszukiwań lokum - zaproponowała. - I, ewentualnie jedzenia. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Kiedy na wskutek sztuczek Louiego wskazówki zegarka przyśpieszyły chłopak wyczuł po zachowaniu Anayi, że coś jest nie tak. Nie spodziewał się jednak, że to "nie tak", będzie, aż tak głośnie. Gdy tylko rozległ się krzyk dziewczyny chłopak instynktownie zamknął oczy i zasłonił uszy rękami. Chwiejnym krokiem zaczął samowolnie się cofać. Kiedy powróciła do niego błoga świadomość otworzył szeroko oczy i usta nie starając się nawet ukryć przerażenia tym co się właśnie stało i rozejrzał się po sali i zauważył, że wszyscy odsłaniają uszy, a Pym zaczął coś mówić, zamiast jego głosu słyszał jednak w uszach świst. Następnie skierował wzrok na dziewczynę, początkowo wyraźnie podirytowany, kiedy jednak zobaczył, ją klęczącą i starająca się złapać oddech zdał sobie sprawę, że nie panuje nad sobą i swoją mocą. Biedna dziewczyna. Podszedł do niej parę kroków kiedy za pleców usłyszał karcący ją głos tego chłopca o rosyjskim akcencie. Odwrócił się i skarcił go wzrokiem, jego twarz była dumna i poważna. nie przypominała już tego miłego i serdecznego Louiego, jaki był przy wejściu do Avengers Tower, a już zdecydowanie nie przypomniała tego przerażonego i niepewnego, gdy zadawał pytania członkom Avengers. Kiedy podeszła do niego ta dziewczyna z babeczkami i wręczyła mu dobrze znany mu banknot uśmiechnął się, jednak już nie tak serdecznie jak poprzednio. Każdy mógł zauważyć, że na poważnej twarzy pojawił się bardzo udawany uśmiech. Świadczący o dobrych manierach chłopca, a nie o jego dobrym nastroju. Nie do końca zrozumiał co to znaczy "zwaflować", ale przyjął banknot mówiąc:

- Przetrzymam je dla Ciebie, jak będą Ci potrzebne wystarczy słowo.

Kiedy jednak dziewczyna wspomniała o krzyczeniu prosto w twarz nawet ten udawany uśmiech znikł w jego twarzy. 

- Idźcie bez mnie, odnajdę was! - Odpowiedział odchodząc od grupy swoich przyszłych towarzyszy broni. 

Podszedł do dziewczyny i pomógł jej stanąć na nogach. Tym właśnie od zawsze stara się być: rycerzem na białym koniu ratującym damy z opresji.

- O czym chcesz porozmawiać?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1byiGYM.jpg

 

Anaya White

 

Nie planowała tego co się wydarzyło. Spanikowała jak nigdy wcześniej. Jej bezużyteczny dar nie był jeszcze prezentowany przy tylu świadkach. Lubiła czasem delikatnie psocić i zdenerwować swoją terapeutkę, nigdy jednak nie przeszło to w ból. Już widziała oceniające oczy. Wiedziała, że tego nie uniknie. Pierwsze wrażenie jest tylko jedno i właśnie paliło się niczym biblioteka aleksandryjska. Znowu będą ją wytykać. Będą chcieli naprawiać. Zaczną tłumaczyć, strofować. Instruować o kontroli emocji. Miała tego serdecznie dość. Czy ktoś jest  w stanie zrozumieć przez co przechodzi? Pytanie powtarzało się echem w myślach Anayi. Reakcja grupy ją pozytywnie zaskoczyła.

Dziewczyna imieniem Roxi się z nią przywitała, na co dostała odpowiedź grzecznym skinięciem głowy. Gość w okularach stwierdził, że na koncertach bywa gorzej. To na sekundkę wywołało uśmiech na jej twarzy. Postanowiła zanotować sobie w głowie, że chłopak o rosyjskim akcencie powiedział zdanie w liczbie mnogiej mówiąc o sobie.

W końcu osoba, która była przy epicentrum jej wybuchu nie powiedziała nic niemiłego, chociaż miała do tego pełne prawo. Wyciągnięta dłoń, aż wprawiła ją w zakłopotanie. Odwzajemniła gest i lekko zarumieniona wstała z pomocą Louiego.

- Nie teraz. - pokręciła głową. - przyjdzie na nią czas.  - powiedziała osoba, liczącą każdą sekundę. - Chętnie odpocznę od nadmiaru wrażeń.- zwróciła się do grupy przyszłych towarzyszy.

- Skorzystam z okazji, że każdy mnie teraz słyszy... - chwilowa niezręczna pauza. Dziewczyna aż chciała pacnąć się w czoło i przejechać dłonią po całej twarzy. - Przepraszam, za to czego doświadczyliście. Ta krzycząca to Anaya White. Miło mi was poznać. - Wykrzesała najmilszy uśmiech jaki potrafiła w tych okolicznościach. Spojrzała w stronę Louiego i poruszała niemo ustami tworząc sylaby słowa dziękuję. Chłopak dał jej nadzieję. Nawet jeśli okaże się płonną.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

GakWGla9DBmttCR1nQJjpRz58nvbVF4PEOvStFp26pICM5M-X1A1nL9FTsqzqKcy74RAPewSwjKD9__oZNAgaKiLH3i3Ts3RidLeWtOypcQ0lA8L-n7NFU27xoDwzGse51S8t1y-

 

Phillipa Westbrook

 

Anaya uświadomiła jej jedną rzecz. I nie było to niebezpieczeństwo paniki w obliczu bliskiego kontaktu z ludźmi posiadającymi ekstraordynaryjne talenty. Była to rzecz znacznie gorsza: Anaya uświadomiła jej, że była nieuprzejma. Nie podała swojego imienia, gdy powinna, gdy podawali je inni. I teraz nie miała już możliwości, by zamaskować popełniony milczeniem nietakt.

 

- To nie jest dobry moment, ale wszystkie dobre przegapiłam - odezwała się z lekkim westchnieniem. - Nazywam się Phillipa Westbrook i rodzice wychowali mnie lepiej niż wskazuje na to moje zachowanie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Władający magią chłopak zaczął swoją sztuczkę z porównywaniem zakonnicy i pingwina. Trzeba było przyznać, że umiał się popisywać i robić sztuczki. Pewnie czekała by go świetlana przyszłość w Vegas. Nie mniej ten slang o którym mówił zdecydowanie nie należał do rzeczy przyjemnych. Podniósł wzrok na Charliego jak tylko ten strząsnął obrazy ze swoich dłoni.

To obraźliwe. - Stwierdził definitywnie - To porównanie jest krzywdzące i obraźliwe i nie powinno być używane. Pingwiny to dumne zwierzęta, nie należy ich obrażać. A co jeżeli kiedyś będziesz potrzebował ich pomocy? Duchów nie należy obrażać. Znasz się na magii, powinieneś to dobrze wiedzieć. 

Miał nadzieję, że chłopak wyciągnie wnioski, ale póki co sam zaproponował się do wspólnego mieszkania. Mieli się sami dobrać w pary, więc skoro on chciał, to dla Kanagatucko nie robiło to większej różnicy. 

- Możemy razem mieszkać. A jeżeli Ty chcesz się nauczyć prawdziwego życia, a nie życia pod kloszem cywilizacji, to przenieśmy się w dzikie ostępy Kanady. Tylko Ty, ja i żadnych sztuczek. Zobaczysz wtedy na czym polega praw...

Nagły wrzask przerwał Indianinowi w pół słowa. Świdrujący dźwięk zaczął wrzynać się w mózg Kanagatucko. Chłopak zakrył uszy starając się uchronić i odruchowo skulił w sobie. Trwało to chwilę, ale dzwonienie w uszach jeszcze przez jakiś czas dawało o sobie znać. Jeżeli ta dziewczyna umie to ukierunkować, to mogło to być bardzo ciekawe, ale jeżeli zawsze atakuje wszystkich dookoła, to będą musieli przy niej trzymać pod ręką zatyczki do uszu.

Jestem za jedzeniem. - Oświadczył na propozycję jednej z dziewczyn, po czym spojrzał na Charliego - Możesz wybrać nam pokój, który Ci się spodoba. Dla mnie raczej nie będzie to stanowiło różnicy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven

 

Gosheven przyglądał się rozmowom z dystansu. Jakoś nie mógł się zebrać by samemu wtrącić się do rozmowy. Z pewnością nie przychodziło mu to tak naturalnie jak Kangatucko. Ciekawił go ten chłopak, zdawał się jakby być wyrwany z innej rzeczywistości. Choć Billy zdawał sobie sprawę, że postrzeganie rzeczywistości może się różnić od miejsca pobytu, to jednak wciąż... No i wspominał o duchach. Może będą mogli...

wszelkie rozważania przerwał głośny krzyk, który sprawił, że Indianin momentalnie zakrył uszy. Krzyczała jedna z dziewczyn.

Gdy zamilkła, dopiero po chwili przestało mu szumieć w uszach, a Avngers najwyraźniej zdecydowali na tym zakończyć.

Co zszokowało nieco Goshevena, to że nikt nie wydawał się zainteresowany tym co wywołało ten atak, chyba paniki. Ani Avengers, ani nikt z pozostałych rekrutów. A może pośród mutantów i innych nadludzi takie wybuchy to norma, że nikt nie zwraca na to uwagi? Ciarki przeszły go na tę myśl.

- Na pewno wszystko w porządku? - zapytał Anayi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

Kolega Kangugacek by naprawdę interesującym osobnikiem. Sprawiał wrażenie lekko twardogłowego i pewne jego stwierdzenia nie miały sensu, ale niestety Charliemu nie było dane sprostować indianina na miejscu. Oto bowiem potencjalna ciekawa dyskusja została zawczasu ucięta przez jedną z koleżanek. Anaya chyba zdziebko źle zareagowała na Loui’ego. Wczesniej można było posądzać Evey, że zareagowała trochę ponad miarę, ale teraz Anaya pobiła ją o przynajmniej pół skali. Z perspektywy Charliego ciężko było powiedzieć co takiego przerażającego mógł zrobić francuz, ale fakt pozostawał faktem - finalny efekt był oszałamiający. Ale w tym dosłowny i mało przyjemny sposób.

Krzyk był bolesny i Charlie tak jak większość pozostałych skończył przyciskając dłonie do uszu i próbując przeczekać niespodziewany atak. W pewnej chwili w panice nawet przeszło mu przez myśl przenieść się gdzieś indziej, ale skupienie w takich warunkach było ciężkie. Zaraz zresztą sam krzyk się skończył i pozostało tylko brzęczenie w uszach.

- To... było mocne - skomentował gdy wreszcie słuch zaczął chłopakowi wracać. I w przeciwieństwie do niektórych, nie widać było po nim żadnego żalu do dziewczyny czy czegoś. - Niezły głosik. To twoja moc? - zapytał Anayę korzystając z okazji. Bardzo ciekawiło go co inni ukrywają i gdzie. Bo na przykład był i Olek.

- I co to było to czarne? - skierował zaraz swą uwagę kolegę, który zdawał się najgorzej znieść atak Anayi. W sumie Charlie słyszał, że czasem mówi się, że jakieś miejsce jest tak brudne, że ów brud zaczyna żyć własnym życiem. Od Olka nie dochodziły jednak żadne potworne zapachy więc to musiało być coś innego. I dobrze - nadnaturalny brud musiał być chyba gdzieś wysoko na liście najgorszych mocy jakie można by sobie wyobrazić.

Tak czy inaczej zaraz wynikła też inna ważna kwestia a mianowicie dalsze plany. Na pewno trzeba było obczaić swój pokój. Kangugacek chyba też o tym pomyślał.

- Tak, mój panie, jak sobie życzysz - odpowiedział Indianinowi kłaniając się przy tym niczym rasowy lokaj, choć szeroki uśmiech na twarzy raczej psuł efekt.

- Tak czy inaczej szybkie zlustrowanie pokoi a potem szama to dobry plan. Jakby trzeba było coś skołować ze sklepu to zawsze mogę skoczyć! - zapewnił też pozostałych.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz