Aquaman

After training (Aruna & Aquaman)

163 postów w tym temacie

"With great power, comes great irresponsibility"

--Deadpool

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn  3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

Evey & Philipa

 

Evey bardzo chciała zobaczyć swój pokój. No, swój współdzielony pokój. Nie przeszkadzało jej to zupełnie. Właściwie - nawet się cieszyła. Nie pamiętała kiedy ostatni raz spała sama. Chyba na samym początku, gdy jeszcze jej się nie śniło, że zawędruje aż do Nowego Jorku. Ale to przyjaźni współlokatorzy byli na wagę złota. Nie tylko nie pozwalali czuć się samotnie, ale też dawali poczucie bezpieczeństwa. Poczucie, że można przecież spać, bo jeśli działoby się coś złego to przecież ktoś się zdąży obudzić i ostrzec resztę.


Była tak podekscytowana wizją zobaczenia pokoju, że siłą powstrzymywała się, żeby nie ciągnąć za sobą swojej współlokatorki. Nie chciała w końcu wyjść na jakąś nieokrzesaną dzikuskę. Na którą pewnie i tak wyszła, bo o ile przed radosnym okrzykiem powstrzymała się w progu pokoju, powstrzymała się nawet, gdy rzucała swój skromny bagaż obok łóżka, a siebie na łóżko. Miękkie łóżko z prawdziwym, miękkim materacem. Ale już zupełnie się nie powstrzymała i pisnęła uradowana, gdy zobaczyła, co kryje się za drugimi drzwiami.
 

- Obczaj, łazienka! Ekstra! To... emmm... ja biorę prysznic, a ty się rozpakuj? Chyba że chcesz pierwsza skorzystać? - niby zapytała. Bo grzeczność tego wymagała. Ale ton tego pytania był podejrzanie zbliżony do sugestii "prędzej umrę, niż stąd teraz wyjdę".

 

Addamsówna jednak albo wyłapała sugestię, albo uważała, że jest jeszcze na tyle nieskalana brudem, że kąpieli nie potrzebuje, bo pokręciła głową.

 

- Nie, Eve. Nie krępuj się - powiedziała, posyłając dziewczynie lekki, trochę roztargniony uśmiech.

 

Sama nie weszła jeszcze do pokoju, zatrzymała się w drzwiach, oparła ramieniem o framugę i mierzyła pomieszczenie wzrokiem równie krytycznym co podejrzliwym. Jakby gdzieś w rogu mogły kryć się wrogie wojska i musiała rozplanować pozycje swoich oddziałów.

 

Evey zagarnęła torbę z rzeczami i radośnie przepadła za drzwiami łazienki. Przepadła było dość dobrym określeniem, bo chyba postanowiła udowodnić, że będzie typem współlokatora blokującego łazienkę. Ale przynajmniej było wiadomo, że nic jej się tam złego nie dzieje, zwyczajnie przemieniła prysznic w Carnegie Hall, śpiewając entuzjastycznie:


I been praying all night long
And I've been singing Christian songs
Something has possessed my rommie
There's something standing close
In the dark, it ain't a ghost
It's Phillipa, tryna take my life.


Ostatni popis wokalny był całkiem udany melodyjnie, choć rym w jednym momencie uciekł gdzieś w krzaki. Potem zapadła cisza.


Evey zamilkła, nie dlatego że skończył jej się repertuar, tylko dlatego, że nie bardzo wiedziała, co dalej. Obracała w dłoniach plątaninę pasów, które utrzymywały jej ciało w akceptowalnej społecznie formie. Zdążyła posprzątać łazienkę, zanim uznała, że i tak się wyda, więc bez sensu się teraz męczyć.


- Tylko się nie zcykaj, okej?! - rzuciła przez drzwi i wyszła w końcu z łazienki. Bez łusek na ciele. Te dziwnym trafem zniknęły, gdy tylko Evey straciła Thora z pola widzenia. Osłonięta za to czymś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak dziwaczny, różowy kąpielowy płaszcz. Na każdy kolejny rzut oka wyglądało już tak jak powinno - na skrzydła. Lśniące, jeszcze nieco mokre, wielkie i różowe skrzydła. Twarz Phillipy była maską uprzejmego zainteresowania. No tak. Skrzydeł Ruda mogła przecież się spodziewać po tańcu, który odczyniła kurtka Serpent podczas gdy Pym odpowiadał na pytania, a Thor stał tak bardzo ostentacyjnie w kącie tego samego pomieszczenia. Ale była to tylko maska, co Evey widziała doskonale. Addamsówna przez kilka naprawdę długich sekund nie mówiła nic, tylko wpatrywała się w całkowicie nieludzką strukturę z kości, żylastych mięśni i elastycznej membrany przyczepioną do całkowicie teraz ludzkiego ciała. W końcu wypuściła powoli powietrze z płuc, odłożyła trzymaną w rękach książkę na półkę i popatrzyła jej w oczy.

 

- Czy... - przygryzła wargę, zaczęła jeszcze raz. - Czy to dla ciebie krępujące? Intymne?  - Wykonała nieokreślony gest dłońmi, próbując znaleźć odpowiednie sformułowanie. - Temat tabu, o którym nie chcesz rozmawiać?

 

- Yyy... - zastanowiła się Eve - A! - w końcu zrozumiała - Luz, jak chcesz to możesz dotknąć - rozłożyła skrzydła, prezentując ich wewnętrzną część i odsłaniając się w bieliźnie - Spoko! Mogę rozmawiać. Tylko nie o "utnijmy je albo opchnijmy w cyrku".

 

Nie chciała dotknąć. Splotła nawet dłonie za plecami, żeby zamanifestować brak chęci macania. Ale podeszła bliżej, powoli, z jakimś wewnętrznym wahaniem.

 

- Jak ty je myjesz? - zadała w końcu kluczowe pytanie, wyraźnie starając sobie wyobrazić trudy codziennych ablucji. - Nie bolą cię, gdy ukrywasz je cały dzień? - dopełniła kolejnym równie ważnym.

 

- Długo - odpowiedziała dramatycznie, by sekundę później się uśmiechnąć - Ale spoko, będę się z wyra zwlekać wcześniej! I skombinuję sobie jakieś krzesło pod prysznic, będzie mi wygodniej - usiadła na łóżku. - No, kiedyś bolały. Jak byłam mała. Ponoć wyłam całymi dniami, aż mnie musieli zamykać, żebym reszty bachorząt nie creepowała. Teraz już ni... No okej, czasami. Trochę. To trochę jakby sobie łapę wiązać za plecami.

 

Phillipa wyjęła z próżniowego worka kolejną koszulkę, strzepnęła i powiesiła w szafie.

 

- A musisz to robić? - zapytała, odrzucając na plecy jeden z warkoczy. - Teraz? Tutaj? I nie mówię o tym pokoju, bo to byłoby już samoudręczanie, ale o Wieży - uściśliła. - Dorośli przecież i tak wiedzą, prawda?

 

- Chcesz, bym poginała tylko w staniku? - zainteresowała się żywo Evey. - Albo upchnę pod szmatami, albo no... nic nie wciągnę na grzbiet. I yyy... - Nachyliła się konspiracyjnie. - Nie mam pojęcia czy wiedzą. Nie ja smarowałam zgłoszenie. Nie wiem, co T.J tam natworzył. Nie chciał powiedzieć. A na rozmowie nie pokazałam, bo... No wiesz, rozbierać się przed Pymem i Starkiem... - zaśmiała się.

 

- Poczekaj. - Ruda przerwała na moment upychanie ubrań do szafy i popatrzyła na nią z naprawdę dziwnym wyrazem twarzy. - Nie pisałaś własnego zgłoszenia? Dlaczego? Nie wiesz co ktoś o tobie napisał? Pytałaś ich o to?

 

- No gdzie ja bym wysłała - zdziwiła się Evey. - Teej napisał i wysłał. Mi powiedział, jak mnie zaprosili na rozmowę. Nie chciał wcześniej, żeby, no wiesz, jak o czymś nie wiesz, to ci nie żal jak nie pyknie - wzruszyła ramionami. I skrzydłami przy okazji. - No ale chyba spoko list wysmarował, bo zrobiłam z siebie błazna, a się dostałam. Pym chyba w ogóle nie ogarniał po jakiemu ja gadam, a Stark się ciągle śmiał. Mówię ci laska, masakra!

 

Phillipa dwa razy otwierała usta, żeby coś powiedzieć i zamykała je bez słowa. Wzięła głęboki wdech, powoli wypuściła powietrze z płuc i zaczęła szukać czegoś w przepastnej walizce. Wyjęła z niej kawałek błękitnego jedwabiu, rozprostowała i podała Evey.

 

- Może przyda ci się coś wiązanego na plecach zamiast tego stanika - powiedziała cicho. - Wiem, że to nie twój styl - zastrzegła, dając skrzydlatej dziewczynie możliwość odmowy - ale Tigress nie chowa ogona w nogawce.

 

Evey wzięła materiał do ręki. Był miękki, przyjemny w dotyku i bardzo ładny.


- Jakby chowała braliby ją za transa - mruknęła - a jak się nie poczuwa, to jednak obciach. - Spojrzała z namysłem na swoją współlokatorkę. Uśmiechnęła się nieco wyzywająco. - Okeeej... - zajrzała do swojej torby i wyjęła zwykły szary t-shirt z tym samym symbolem węża, które miała na kurtce. - To ja wyjdę jako Skrzydlata Miss, a ty wbijesz w to. Też nie twój styl, a jak popełniać modowe samobójstwo to tylko wspólnie.

 

W idealnym świecie z łobuzerskim uśmiechem Phillipa zgarnęłaby podkoszulek i narzuciła na sukienkę, z przesadnym pedantyzmem wyciągnęła na spraną bawełnę śnieżnobiały kołnierzyk i machając rzęsami spytała czy to wystarczy do samobójstwa. Jej lub każdego patrzącego. Ale to nie był zdecydowanie idealny świat i Addamsówna nie sprostała wyzwaniu.

 

- Obawiam się, że pan Stark z dyrektorem Pymem wyczerpali mój limit akceptacji życiowych zmian na dziś i udźwignięcie kolejnej, tak radykalnej, jest ponad moje siły. - Słowa niby były lekkie, ale ta lekkość nie miała potwierdzenia w tonie głosu. Obróciła t-shirt w palcach, jakby nie do końca wiedziała jak go potraktować. - Będziesz miała coś przeciwko, jeśli swoją część metamorfozy przełożę na inny termin?

 

- Luz, zatrzymaj koszulkę - niewzruszona Evey uśmiechnęła się tylko i wyciągnęła z torby jeszcze trzy identyczne, co w połączeniu z jedną spódnicą i jedną parą spodni wyczerpywało jej zapas ciuchów. - Kurtkę ci sprezentuję jak zasłużysz, kurtka to już wyższy poziom. - Mrugnęła do niej. Wstała, machnęła kilka razy skrzydłami, na tyle powoli, by nie robić silnych podmuchów powietrza i zawiązała sobie fantazyjnie jedwabną chustę. - Ale jak ze mnie spadnie przy... kimkolwiek - ugryzła się szybko w język i poprawiła w ostatniej chwili:  - to ci zrobię defenestrację - ostrzegła, jednocześnie udowadaniając, że poza slangiem zna też całkiem trudne słowa.

 

Phillipa pokiwała głową powoli, przymarszczyła brwi i z równą starannością rozwiesiła w szafie powyciągany podkoszulek, co swoje najbardziej eleganckie ubrania.

 

- Wybrałaś defenestrację, bo sama możesz latać czy to czysty przypadek? - zapytała nie odwracając się.

 

- Bo ze dwa miechy temu rąbnęłam w Luke'a Cage'a z szóstego piętra i rozpieprzyłam sobie komórkę o niego. I on się na mnie wyd... zapytał się mnie, że co ja odwalam i co ja sobie myślę. A ja się wydarłam, że nic sobie nie myślę, nie zdążyłam skrzydeł rozłożyć i wypieprzyłam z okna przez czuba od hery, który pewnie bierze dupę w troki, więc by się łaskawie ruszył. A Dex, streetworker, który to widział, powiedział, że mam nie drzeć ryja, że wypieprzyłam z okna, bo to niekulturne jest, a kulturni ludzie mówią "defenestracja".

 

No i jednak się odwróciła. No, może nie odwróciła, ale popatrzyła przez ramię wbijając w Serpent spojrzenie długie, ciężkie i znaczące. Krótko mówiąc popatrzyła na Evey jakby jej nagle trzecie, trzepoczące skrzydełko wyrosło idealnie pośrodku czoła i to była - w całym trzepoczącym zakresie - właśnie skrzydlatej wina.

 

- Jeśli nie chcesz o czymś rozmawiać, nie rozmawiajmy. Uszanuję to - oznajmiła powoli, z naciskiem. -  Ale, proszę, nie żartuj sobie tak ze mnie.

 

- No ja wiem, że to trochę mało realne, żeby jakiś streetworker za mną łaził - powiedziała wesoło Evey. - Ale Dex jest z New Jersey. Oni są trochę nie teges.

 

Phillipa zacisnęła usta w bladą kreskę, pokiwała głową.

 

- Oczywiście. New Jersey tłumaczy wszystko – przytaknęła sucho, odwracając się do ponownie do Eve plecami.

 

I nie odezwała się więcej, zajęta porządkowaniem swojej części pomieszczenia, rozmieszczając rzeczy szybko i tak pewnie, jakby wprowadzała się do tego pokoju już dziesiątki razy. Tu niewielka, jakby spękana potrzaskana figurka słonia. Tam stylizowana na chińską lub japońską sylwetka bezskrzydłego smoka wykonana z czegoś, co przypominało gwoździe. Tu książki. Tam podręczniki. Tu maleńkie drzewko bonsai z troską ustawione w odpowiednio nasłonecznionym miejscu. Tam kolorowa narzuta. Tu wyraźnie przygotowane już na kolejny dzień ubrania. Miała dużo rzeczy, ale ściśle trzymała się niewidzialnej granicy dzielącej pomieszczenie na pół.

 

Serpent wyciągnęła z zachowania współlokatorki jeden wniosek. Wniosek, który sprzedał jej szybkostrzał w ryj z bolesną, logiczną precyzją. Jej współlokatorka była...
 

- Z New Jersey! Ojaaa... - jęknęła dramatycznie i zakryła twarz dłońmi, a potem zaczęła chichotać w najlepsze. - No nie spinaj się tak! Tam też żyją ludzie! Chyba... Bo jesteś człowiekiem, nie? Bo ja to tak słabo.

 

- Nie jestem pewna czy wiem o co ci chodzi – stwierdziła Addamsówna uprzejmie i cokolwiek chłodno. - Co to w ogóle za pytanie? Kim miałabym być? Kim >ty< miałabyś być? Mówisz tak jakby twoje… bazowe DNA nie było ludzkie.

 

- Nie badałam... - przyznała ostrożnie Evey - ale tego... No... Pingwini... Zakonnice zawsze mówiły, że wyrąbałam im z nieba w noc Bożego Narodzenia jako naga kilkulatka i zrobiłam dupskiem krater w ogrodzie. A one to uznały za znak i mnie zostawiły. Może mnie ściemniały - wzruszyła ramionami Serpent - kto je tam wie. Ja za cholerę nie pamiętam - wstała energicznie i założyła spodnie na tyłek, podskakując przy tym kilkukrotnie - idę do kuchni. Jesteś wege? Alergiczką? Religia ci ogranicza żarcie? Bo byś też coś zjadła. Umiem gotować - dodała zachęcająco.

 

Phillipa popatrzyła po pokoju, popatrzyła po Evey i zgarnęła do kieszeni telefon komórkowy.

 

- Tylko nietolerancja laktozy oraz subtelne i wyrafinowane podniebienie oczekujące na nowe smaki oraz wyzwania - mruknęła z bladym uśmiechem na twarzy. - Poczekaj, idę z tobą.

Evey nie czuła się zbyt pewnie, gdy odsłaniała taką powierzchnię ciała. W dodatku tak egzotyczną powierzchnię. Przy obcych nadal ludziach. Dlatego nadrabiała miną i ogólną postawą "tak ma być". Pewnie dlatego do kuchni wkroczyła jak szeryf do saloonu. 

W życiu nie widziała tak wielkiej i tak dobrze wyposażonej kuchni. Nawet nie podejrzewała, że takie w ogóle istnieją. Gdyby to była kuchnia bardziej pasująca do jej kuchennych doświadczeń natychmiast zaczęłaby się szarogęsić i trzaskać garnkami. Tutaj jednak zaczęła skromnie od nalania sobie i Philipie po szklance soku. 
Stanowczo musiała przemyśleć strategię działania w takim miejscu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Neil się przeciągnął. Był już dosyć zmęczony. Myśli o tym, jak bardzo zmieni się teraz jego życie nie dawały mu zasnąć. Fakt, podczas pierwszych spotkań z innymi był pełen energii przez adrenalinę, ale teraz, kiedy wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, po prostu zaczął odpływać. Nie miał siły czy ochoty na dłuższe poszukiwania, więc nacisnął klamkę pierwszych drzwi jakie zobaczył. Pusto. Dobrze, nie będzie musiał wybierać. Rzucił swoje rzeczy w kąt nawet ich nie rozpakowując, ale kurtkę starannie i ostrożnie odwiesił na wieszaku tak, aby się nie pogniotła. Założył tylko luźną, białą koszulę, która nieco kontrastowała z jego codziennym stylem, ale cóż, była wygodna. Ziewnął. Kawa. Potrzebował kawy.

 

Leniwie, z mozołem wszedł do kuchni i ponownie głośno ziewnął. Dopiero po chwili zorientował się że nie jest tam sam - O, hej, nie zauważyłem was... Normalnie tak przy innych nie ziewam.  Uhm... - zastanowił się chwilę - dziewczyna od muffinek i... - znowu chwila zastanowienia - jakoś na P, prawda?

Nie czekając właściwie na odpowiedź, zwrócił swoją uwagę ku kuchni. Podszedł bliżej i zaczął otwierać szafki jedna po drugiej. Wyciągnął z jednej z nich pianki. - O, będą do kawy...

Spojrzał na Evey i Philipę, jakby przypomniał sobie, że stoją obok - Widziałyście gdzieś kawę?

Edytowane przez Teapunk

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Evey

 

- Serpent - przedstawila się Eve - Tam na lewo stoi ekspres - wskazała uprzejmie - jak nie pijesz z ekspresu - wzruszyła ramionami i skrzydłami przy okazji - Szukajcie a znajdziecie. Ja bym zaczęła obczajanie szafek od okolic ekspresu - doradziła jeszcze - Chyba że liczysz na Meksa z puchą. To raczej odpada. Nie ich klimaty. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

Chociaż wcześniej Olek był skłonny przełożyć pójście pobić worek na później, po tej całej sytuacji z nieoczekiwaniem wyzwoleniem mocy jednej z dziewczyn, nie mógłby tego przeskoczyć. Musiał zrobić coś dla uspokojenia, a to działało na ogół najlepiej.

Gdy już większość osób miała ruszyć robić swoje sprawy, on rzucił, że znajdzie jakiś pokój, jak ktoś chce to niech się do niego dołączy później, a na razie on sam skoczy się na siłownie. Do kuchni najwyżej przyjdzie później.

Oddalając się od reszty grupy szybciej, ruszył na szybkie poszukiwanie pokoju, który jak tylko znalazł, wyciągnął z plecaka dresy i koszulkę "Nocnego Kochanka", zamienił swoje buty na jakieś adasie i upychając to co dotychczas miał na sobie raz jeszcze do plecaka, do tego biorąc telefon ze słuchawkami, i puszczając sobie muzykę, ruszył na poszukiwanie siłowni.

 

Zdawał się być bardzo niecierpliwy, tak krążąc po korytarzach, ale prawie natychmiast do wejściu do błogosławionego pomieszczenia, czasem zwanego "pakiernią". Zlokalizował wzrokiem worek treningowy i ruszył w jego kierunku. Teraz wyszło na jaw, że zmiana ubrań mogła wcale konieczna nie być, jak tylko spod koszulki zaczęła wychodzić ta sama czarna maź co wcześniej, pokrywając jego ubrania i nie zakryte części ciała całkiem szybko.

Zamiast butów miał teraz coś w stylu stóp zakończonych pazurami, od kolan w dół, udając malowidła, był też zielone ozdoby mające przypominać kości. Motyw ten powtarzał się też na ramionach i wzdłuż kręgosłupa, z tym, że z kręgów "wychodziły" kolce, płasko i na boki. Wszystko w kolorach zieleni, jasnej, neonowej zieleni.

Ostatnie co zostało pokryte to jego twarz, teraz wypełniona ostrymi zębami przywodzącymi na myśl tylko wielkie kolce. Nim dotarł do worka, był już cały pokryty. Zdawał się też urosnąć kilka centymetrów.

 

 

TRUE OVERKILL.png

Overkill

 

Chociaż nie miało to nic wspólnego z rozwijaniem siły chłopak, a raczej to czym teraz był zaczął uderzać w worek, czasem kopać, chociaż nie wyglądało to jakby dawał z siebie sto procent. Wyglądało to raczej jak luźne uderzanie w worek, które za każdym razem gdy gwałtownie przybierało na sile było kwitowane krótkim "Nie".

Stał tak kilka minut, uderzając worek dobre kilkanaście minut, tylko bił. Nie otwierał paszczy, a trudno powiedzieć na co patrzył, bo miejsce w którym były oczy też było pokryte substancją, po prostu były białe.

W pewnym momencie, uderzenia zaczęły tracić na sile i częstotliwości. Chociaż nie wyglądało to jakby się zmęczył. Bardziej znudził.

- Wystarczy... teraz trzeba by znaleźć kuchnie, czegoś się napić - powiedział do siebie oglądając uważnie worek, żeby upewnić się, czy przypadkiem go nie zniszczył. Chyba było okej, teraz pozostało mu tylko ruszyć na poszukiwanie kuchni, w czasie gdy substancja powoli przestała obejmować jego ciało i wróciła pod ubrania, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Nie spędził tu dużo czasu, raptem trzydzieści minut. Daleko temu do treningu, ale on nie miał w planach trenować, a jedynie dokarmić Overkilla adrenaliną.

 

 

What an outrageous overkill.png

Olek

 

 

Kuchnia, kuchnia, kuchnia. Gdzieś tu musiała być, co nie? Chłopak jeszcze uprzednio sprawdził czy nie spocił się za bardzo. Chociaż co dziwne, zapach potu nie był zbytnio wyczuwalny. A on jakoś nie miał teraz ochoty biec do pokoju, po prostu chciał napić się czegoś zimnego. Niezbyt istotne czego.

Poszukiwania zajęły mu kilka minut, ale wreszcie się udało, wszedł do pomieszczenia gdzie zauważył już trzy inne osoby.

- Heeej - przedłużył "e" w geście zdziwienia po czym przyjrzał się uważnie skrzydłom dziewczyny od łusek, widać było, że to go zaskoczyło. Do tego ten... inny styl. Zatrzymał Olka w drzwiach na kilka sekund. - Okej, nie wiedziałem, że masz skrzydła - powiedział niepewnie, - To trochę... zaskakujące. Ten, ja się tylko napije i spadam - dorzucił kierując się szybko do lodówki.

 

Edytowane przez BigbysHand

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

- Nie ma nic lepszego niż zwykła rozpuszczalna. - dobiegł stłumiony głos z jednej z szafek, w której Neil zawzięcie poszukiwał kawy - Z piankami! - wyjrzał i pokazał opakowanie z szerokim uśmiechem na twarzy - Cała reszta jest dla mnie zbyt gorzka. Fuj - zrobił minę wyrażającą obrzydzenie i wrócił do poszukiwań.

Kiedy Olek wszedł do kuchni i się odezwał, zaskoczony Neil spróbował się wyprostować i uderzył się w głowę. Zabolało. Nie dał poznać po sobie, że cokolwiek się stało.

- Jak poczekasz to dostaniesz kawę - obiecał, nie odwracając się nawet.

 

Edytowane przez Teapunk

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Evey

 

 - Czasem mi się robią randomowe części ciała - Serpent beztrosko machnęła skrzydłami - Zostań - zaprosiła kolegę, który chciał się ewakuować - wszyscy się zmieścimy. Ty, ja, oni, moje skrzydła, zaginione miasto Inków... - wymieniała rozbawiona - Stylówa nie moja, bo z cudzej szafy - zerknęła na Philipę - Ale odjazdowa nie? Wbiję tak do budy w poniedziałek!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

- Nie, dzięki... nie potrzebuje kawy... - dalej przeszukując lodówkę - Coś zimnego lepiej - dorzucił po czym  wyjął pierwszą butelkę z wodą jaką znalazł i zaczął szukać szklanki. - Wygląda spoko, pasuje do skrzydeł i w ogóle - stwierdził po czym spojrzał na swoją koszulkę i dresy. - Jak widać na moim przykładzie, sam styl, tutaj proszę bardzo. Widać, że wiem co wygląda dobrze - zażartował - Nie potrafię tworzyć randomowych części ciała, ale potrafię tworzyć macki - dorzucił.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

- Jakby wystygła to by była zimna - Neil zrobił minę mówiącą "amatorzy..." i otworzył kolejną szafkę, z której wyciągnął upragnioną kawę rozpuszczalną - No, wreszcie. Ktoś chce? - wsypał trochę do swojego kubka, do którego dorzucił też trzy ogromne pianki.

Zignorował całkowicie rozmowę o mocach. Chciał, żeby to pozostało jeszcze tajemnicą. Poniekąd czuł, że to nieco pozerskie, ale lubił tę, jak sam ją nazywał, aurę tajemniczości. Uśmiechając się do siebie podszedł do jednej z otwartych wcześniej szafek i wyjął z niej fantazyjnie zdobioną szklankę, którą postawił na blacie obok chłopaka - Taka może być?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

 - Jak się rozejdzie to nabijesz fejm w Japonii - powiedziała nonszalancko Serpent - Miałam kiedyś takiego wafla, straszny piwniczak od kreskówek. Odpalił kiedyś takie coś z mackami. To było... interesujące przeżycie - zaśmiała się.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

Chłopak chciał dodać coś o tym, że biorąc pod uwagę co się dzieje w anime, jej skrzydła też nabiły by fejm dziewczynie, ale jakoś tak zrezygnował. Potem zerknął na szklankę.

- O, dzięki - powiedział po czym napełnił ją wodą i napił się. - W sumie, jeśli mi nie wyjdzie jako super bohater, mogę rozważyć karierę w Japonii. - zaśmiał się pod nosem. - Ale jeśli chodzi o tego piwniczanina. Powiem ci, że ja chyba wiem o co ci chodzi i wierz mi, macki to dopiero wierzchołek góry lodowej - stwierdził po czym wziął kilka łyków ze swojej szklanki - Może to nieco... niezbyt eleganckie pytanie, ale co wy tak w sumie umiecie, że was tu przyjęli? Jak nie chcecie to nie gadajcie, ale wiecie. Spoko jest wiedzieć z kim się od teraz mieszka.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi 

 

Spojrzała za rozchodzącymi się ludźmi, starając się nie zdradzić na zewnątrz swojej niepewności. Kontakty ze współlokatorką nie zapowiadały się łatwo, nie złapała jeszcze też kontaktu z innymi. Postanowiła jak najszybciej to zmienić. Zostawić walizki i gitarę w pokoju i pójść się integrować. 

Weszła do pomieszczenia, oglądając je z uznaniem. Ładnie, ale czego innego oczekiwać po Starku? Zaczęła rozpakowywać walizkę i skrzywiła się widząc, co zostało dorzucone przez kochaną rodzinkę. Czy większą obrazą jest trzymanie prześmiewczych wizerunków Avengers w ich wieży, czy też wrzucenie ich do kosza? Westchnęła i upchnęła je na dno walizki, zawinięte w jedną z czarnych koszulek. Tyle dobrego z nieaktywnej współlokatorki. Uznała, że dziewczyna miała dość wrażeń na dziś i postanowiła pozwolić jej wybrać stronę pokoju, więc nie zajęła żadnego z łóżek. 

Już miała wyjść, kiedy przypomniała sobie - Evey i nauka. Może od razu będą w stanie sprawdzić co umie.  Wypakowała kilka zeszytów i książek, które miała przy sobie i zadzwoniła do mamy. Poczta głosowa. Tata - poczta głosowa. Zaczęła obdzwaniać kuzynów, aż w końcu Miranda odebrała. 

- Hej, Miri. Wszyscy zajęci? - spytała starannie neutralnym głosem. 

- Rox, coś się stało? Jak pierwszy dzień? Zrobiłaś dobre wrażenie? - Miranda wyrzuciła z siebie potok słów, wyraźnie się spiesząc, właściwie nie czekając na odpowiedź. - Wybacz, zaraz idę na zajęcia. Dzisiaj Phil jest w domu, robi obiad. 

- Okej, powodzenia. 

- Trzymaj się! - zawołała wesoło i już jej nie było. 

Phil na szczęście znalazł chwilę by przyjść do domu Roxi i spakować wszystkie notatki. Obiecał już dziś je wysłać. 

Dziewczyna zorientowała się, że spędziła w pokoju chwilę dłużej niż planowała i wybiegła z naręczem książek, prosto do kuchni. Stanęła w progu przyciskając je do siebie, przez chwilę nie zauważyli jej, podczas gdy przysłuchiwała się rozmowie. W końcu postanowiła zwrócić na siebie uwagę, by nie pomyśleli, że podsłuchuje. 

- Hej. Evey, Phillipa, Neil... Olek - zwróciła się do każdego z małym uśmiechem. Spojrzała na Neila. - Kawa? Jest więcej? 

Ruszyła w stronę najbliższego stolika by położyć na nim książki. Pytanie o moc dotyczyło również jej, ale nie chciała odzywać się pierwsza z "jestem nieprzydatna dla drużyny", więc otworzyła notes.

Zauważyła wygląd Evey z tamtego miejsca, ale nie chciała gapić się, ani tego skomentować. Nie wiedziała jaka reakcja byłaby odpowiednia. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

 -Siema, laska!  Wkuwać teraz będziesz? Nie oceniam! - uniosła ręce do góry. Uniosła też skrzydła, wysoko, by nikogo nie zaczepić i pomachała nimi do Olka - no mnie tu przyjęli, bo musieli mieć reprezentację czarnych. Jakby nie mieli to by ich media zeżarły żywcem - odpowiedziała tonem śmiertelnie poważnym - to w końcu Stany, nie? Wybrali mnie, bo ja defenestruję na Luke'a Cage'a i nie strzelam z miejsca kopytami. A to ważne, bo jakby wybrali kogoś czarnego i mniej odpornego i on by odwalił kitę pierwszy to też się wrzask w mediach by narobił i PR Avengersom na pysk poleciał. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Odpowiedziała przyjaznym uśmiechem. Energia Serpent zarażała, jednak wkrótce zmarszczyła brwi, gdy usłyszała co o sobie mówi. Czemu ta dziewczyna tak nisko się ceniła?

- Zapominasz o tym, że masz superinteresującą moc, znasz Cage'a, umiesz piec babeczki i potrafisz zjednać ze sobą nowo powstałą drużynę, niemal od razu - Roxi mogła tylko próbować, ale nie była charyzmatyczna. - Materiał na bohatera jak się patrzy - spuściła wzrok. - Ja podczas rozmowy wdałam się z nimi w dyskusję o zasadności Traktatu i o tym, czy Wojna musiała się odbyć - powiedziała ze wstydem. - Z ludźmi, którzy stracili w tym konflikcie przyjaciół. Myślałam, że po tym nie zechcą już mnie widzieć. Najwyraźniej bardzo potrzebujecie polowej sanitariuszki i kogoś, kto ogarnie materiał szkolny po nieobecności przez misję - zażartowała - bo zdaniem mojej paczki mój upór to moja supermoc sama w sobie. 

Spojrzała na notes. 

- Właściwie... ten będzie Twój, jeżeli go zechcesz - uniosła do góry fioletowy notes. - Nie naciskam, ale udzielam korków od lat i mam już trochę doświadczenia w tym, co zwykle pojawia się na testach. Myślałam, że wypiszę takie podstawowe informacje, które są na testach często w tej czy innej formie, jeżeli chociaż je poczytasz i zwiększysz szanse na zdanie testów mniejszym wysiłkiem, niż czytając cały materiał. Zwłaszcza, że jest za mało czasu - podniosła wzrok na Eve, a wyraz jej twarzy był kombinacją stanowczości i niepewności. Zamierzała pomóc jak może, by dziewczyna poradziła sobie ze szkołą, ale trochę obawiała się, że za bardzo się wtrąca. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

Phillipa

 

 

Bardziej przyglądała się rozmawiającym niż uczestniczyła w samej rozmowie. Neila wprawdzie obdarzyła chłodnym spojrzeniem i podała mu jeszcze raz swoje imię, a kolejnych wchodzących witała skinieniem głowy, ale na tym jej wkład w młodzieżową integrację się kończył.

 

Dopiero, gdy Eve znowu opowiadała o swoich lotach pikujących na Cage’a mruknęła do niej cicho:

 

- Bardziej byłaś defenestrowana niż sama defenestrowałaś. Chyba, że przemilczałaś coś z okoliczności zajścia i faktycznie sama wyrzuciłaś kogoś przez okno. - Posłała współlokatorce ten swój cień uśmiechu, otoczyła szczupłymi palcami szklankę z sokiem i przeniosła spojrzenie na Polaka. Uważne, bystre i zaciekawione. - Olek, bardzo dobrze mówisz po angielsku i w zasadzie nie popełniasz błędów. Ale wtedy, w głównej sali po… - Wykonała ręką nieokreślony gest, nie chcąc mówić wprost “po wybuchu Anayi”. - Mówiłeś o sobie w liczbie mnogiej. To był lapsus językowy?

Edytowane przez rusty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Indianin pozwolił Charliemu wziąć prym w sprawie pokoju i podążył za nim pozwalając mu pomarudzić na to który wybrać. Dla Kanagatucko było to bez większego znaczenia. Dlatego gdy chłopak już wybrał i wybrał swoją część pokoju Indianin po prostu wziął to co zostało. Odłożył swój worek z rzeczami na łóżko i podszedł do okna. Przez dłuższą chwilę obserwował panoramę Nowego Jorku, a raczej to co z niej zostało przesłonięte przez wieżowce. Manhattan musiał być piękny kiedy był dziewiczą wyspą. Teraz stał się centrum cywilizacyjnym, którego największym obiektem zielonym był Central Park... i Hulk. Latające za oknem gołębie pokazywały jednak iż mimo wtargnięcia człowieka natura w jakiś sposób znalazła miejsce aby nie oddać w pełni swojej przestrzeni. Kanagatucko podszedł ponownie do łóżka i ściągnął z szyi jeden amulet. Pod nosem zaczął mamrotać coś w swoim narzeczu, co intonacją przypominało jakąś modlitwę i położył amulet na szafce nocnej obok łóżka. Odwrócił się w stronę Charliego i spojrzał jak chłopak ogarnia swoją część pokoju po czym skierował się w stronę wyjścia.

Widzimy się w kuchni. - Powiedział na odchodnym i ruszył pozwiedzać. Zakończył w miejscu gdzie skupiła się reszta jego nowych towarzyszy. Otaksował wszystkich wzrokiem i zatrzymał się widząc skrzydlatą Eve. Podszedł do stojącej na środku wyspy i opierając ręce na blacie zaczął uważnie przyglądać się jej skrzydłom. Podczas gdy Eve rozmawiała z Roxi indianin po prostu stał i się gapił. Można było odnieść wrażenie, że z chęcią dotknąłby skrzydeł, ale tego nie robił. Nie wtrącał się też do rozmowy.  Przynajmniej do pewnego czasu. Kiedy na chwilę zapadła cisza w końcu otworzył usta, ale nie przestawał przy tym przyglądać się Serpent.

Piękne - Skomentował - Nie powinnaś ich chować pod kurtką. W wierzeniach dawnych ludów z południa był skrzydlaty wąż, ale on miał pióra. Nazywał się Quetzalcoatl. Wedle jednego z tłumaczeń oznacza to Skrzydlatego Węża, ale te słowa jak wiele innych mają kilka znaczeń. Innym tłumaczeniem tego imienia jest Piękny Wąż. 

Kanagatucko jeszcze przez chwilę podziwiał skrzydła kiedy w końcu dotarło do niego, że może to być w jakiś sposób źle zrozumiałe. Odwrócił się więc i spojrzał na Olka, który zadał pytanie o moce.

Rozmawiam... - Odpowiedział, ale jako, że ta odpowiedź nie tłumaczyła wszystkiego, to należało ją uszczegółowić - ... z duchami. Jestem szamanem.

 

Edytowane przez Therek

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.png

Olek

 

Trochę szkoda, że nie każdy miał ochotę zdradzić swoje moce, ale hej, część ludzi powiedziała co umie. No ale trudno, dowie się tego później. Nie wtrącał się za bardzo do dyskusji o nauce, ale jedno pytanie było bezpośrednio do niego. Lapsus językowy? Nie bardzo kojarzył to określenie. Chociaż, z reszty wypowiedzi wywnioskował, że chodzi o błąd.

- Ano, zawsze miałem talent do nauki języków... a wtedy na sali... - zatrzymał się na chwilę i podrapał po podbródku. - Powiedziałem to w liczbie mnogiej? Huh, nawet nie zauważyłem... Ale to nie był błąd. Mam... kosmitę, który dzieli ze mną ciało zjada moją adrenalinę. Daje mi też moce i w ogóle... On niezbyt lubi przesadnie głośne dźwięki. No i w sumie to bardziej on to powiedział niż ja. Mogę to pokazać, jeśli ktoś chce zobaczyć.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

Evey powstrzymała się przed zapytaniem współlokatorki "a myślisz, że dlaczego masz wyro od okna?" jej poczucie humoru nie musiało do wszystkich trafiać. Jak widać do Roxi nie trafiało. Pozostawało zrobić to, co zawsze. Uśmiechnąć się i dostosować. Pierwsza zasada życia na ulicy zobowiązywała. Nawet jeśli to już nie była ulica.

 - Jasne! - zgodziła się entuzjastycznie - Byłoby bardzo spoko! - uśmiechnęła się i przeniosła wzrok na przedstawiciela First Nation. Po prostu się w niego wpatrywała, dokładnie tak, jak on w nią

 - Nawijasz z duchami? Wyrąbiście! Tylu możesz pomóc! Możesz dotknąć - poruszyła skrzydłem, by go trącić - tylko jak naciśniesz na nerw to ci odruch sprzeda szybkostrzała - ostrzegła lojalnie - A jak mnie tykniesz, a on - pokazała na Olka - mnie screepuje alienem to nawet asgardzkiego szybkostrzała i skończysz jako ofiara przypadku. I uprzedzając - wycelowała w niego palca - różnica polega na tym, że po szybkostrzale wstajesz, a po asgardzkim cię wynoszą. A teraz... Dajesz aliena, ziom! - zachęciła z entuzjazmem. Pewnie, że chciała zobaczyć aliena. W końcu sama spadła z nieba. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

What an outrageous overkill.pngTRUE OVERKILL.png

Olek/Overkill

 

- Dobra, ogólnie to jest tak. Ja jestem Olek - po tych słowach spod jego koszulki wyłoniła się substancja, a on sam odsunął się od blatu o który dotychczas się opierał. Czarna maź , po raz drugi pokryła jego ciało. Czerń z zielonymi ozdobami, standard. Oczywiście ostatnim co się pokryło była głowa, gdzie pojawiły się białe plamy w miejscu oczu i paszcza wypełniona zębami. Chociaż teraz zamknięta, szczerząc się w uśmiechu wręcz jadowitym. Po chwili jednak paszczę otworzył, wysuwając z niej jęzor długi na tyle, że sięgał aż do obojczyków. Z pleców wyłoniły się też macki, dość cienkie i wykonane z tej samej materii co reszta jego obecnego ciała. Po chwili jednak znowu ukrył jęzor i wyszczerzył się.

- A to. Jest Overkill. - powiedział głosem, który był znacznie bardziej gardłowy, ochrypły i niższy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

- Dobre - powiedział Neil patrząc na Overkilla, nie dając po sobie poznać, że przemiana zrobiła na nim wrażenie - Ale czy potrafisz zrobić tak? - zapytał i zwinął język w rurkę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

Phillipa

 

Overkill… Nie. Nie tak. To, co stało niecałe dwa metry od niej nie zasługiwało na imię. Długi na przynajmniej stopę jęzor śmigał pomiędzy pożółkłymi kłami, z których skapywały gęste krople śliny lub jadu, a poszarpane płaszczyzny oczu wyglądały jak zasnute bielmem. Cofnęła się o krok z wymalowanym na twarzy wyrazem odrazy i niepokoju graniczącego ze strachem. To było wielkim, stworzonym do zabijania koszmarem. To było nieludzkie. To było zabójcze. To było odrażające. I nie było w tym niczego z całkiem sympatycznego chłopaka jakim był Olek.

 

Kosmita. Jakie kryteria, jakie wartości można było względem tego stosować? Jak z tym rozmawiać? Czego się spodziewać? Zaufać? Nigdy. Bo przecież nad tym obcym, z którym współdzielił ciało, Polak nie miał całkowitej kontroli.

 

“Nawet nie zauważyłem”.

“Bardziej on to powiedział niż ja”.


- Chcesz powiedzieć, Olek - wycedziła cicho, bardzo powoli i bardzo wyraźnie - że to >coś< może działać poza twoją świadomością?

Edytowane przez rusty

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

EHBMiX2.jpg

Charlie

Tę właśnie chwilę wybrał sobie na wejście Charlie. Jego zapowiedzią był pojawiający się na podłodze świetlisty dysk, taki jak widzieli wcześniej, z którego po krótkiej chwili wyłonił się sam chłopak. I on zdążył się przebrać tak więc miecz zostawił w pokoju a i świetlista marynarka zniknęła. Zamiast niej miał na sobie T-shirt z uzbrojonym kotem ujeżdżającym ziejącego ogniem jednorożca, wszystko oczywiście na tle tęczy. Widać było, że ktoś tu w którymś momencie odkrył fascynujące zakamarki internetów.

- Bingo, namiar na kuchnię perfe... - zaczął wyraźnie zadowolony z siebie. Zamilkł jednak (ale tylko na bardzo, bardzo krótką chwilę) gdy zobaczył Evey w ze skrzydłami na grzbiecie oraz wielkie czarne coś. - Woooooooooow! - wyrwało mu się chwilę potem. - Ale czad! - stwierdził zachwycony. - Ktoś ty? - zapytał też nie do końca pewien kto to przybrał taką postać. - I skrzydła też super! - dodał zaraz spoglądając na Evey. - W sumie... łuski, skrzydła... jesteś smokiem? - zapytał z namysłem. - Była taka jedna mutantka. Umiała się w smoka zmieniać właśnie. Takiego totalnie pełnego smoka. I nawet X-meni z nią musieli kiedyś walczyć. Tata mi opowiadał, że była niezła jazda. W końcu przywalił jej jednorożcem a reszta ogłuszyła. Ty też się umiesz tak zmienić? - zainteresował się.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zdjęcie — kopia.png

Louie "Chrono" de Ronneais

 

Louie rozpoczął zajmowanie pokoju wyraźnie spóźniony. Wszedł do pierwszego pokoju, który okazał się zajęty przez dwie osoby, z niemałą ulgą zobaczył leżący indiański amulet. Uśmiechnął się delikatnie, zamknął drzwi. Wszedł po kolejnego gdzie ujrzał zajęte pół pokoju. Presja dobrania odpowiedniego partnera najwyraźniej wyostrzyła zdolności detektywistyczna chłopaka, bo szybko zidentyfikował rzeczy jako te pozostawione przez tego wysokiego chłopaka z rosyjskim akcentem, zamknął drzwi, wyraźnie nie zainteresowany tamtym współlokatorem. Wszedł do ostatniego z pokoi, który również był zajęty przez dwie osoby. Louie zdał sobie sprawę z tego co go czeka. Wrócił do drugiego pokoju niepewnym krokiem, stanął w drzwiach w bez ruchu przez kilka sekund jak gdyby nie dowierzając, co się właśnie stało. Następnie ruszył przed siebie zostawiając swoje rzeczy na wolnym łóżku.

Pierwsze co zrobił to otworzył swój wielki pokrowiec, który za sobą taszczył. Otworzył ją wpisując odpowiednie szyfry i otworzył. Wewnątrz leżał niemałych rozmiarów miecz, który od jakichkolwiek zarysowań ochraniała gruba czerwona gąbka. Louie wyciągnął go, uśmiechnął się ważąc go w dłoni, a następnie odchylił gąbkę skąd wyjął dwa pierścienie, służące do przymocowania miecza do ściany, co szybko zrobił. Na koniec wpisał jeszcze jakiś kod na elektronicznej klawiaturze jednego z pierścieni i otworzył walizkę by wyjąć z niej ubrania na przebrania. Przebrał się coś w luźniejszego, przynajmniej luźniejszego dla niego, bo większość jego współtowarzyszy uznałoby to za zbyt eleganckie. Włożył jasnobrązowy sweter, spod którego wystawał kołnierzyk błękitnej koszuli, oraz ciemno brązowe spodnie, oraz przypominające pantofle, acz będące bardziej nieformalne buty. 

Następnie wyszedł kierując się do kuchni. Gdy przekroczył drzwi podskoczył zauważając wielkiego-czarnego kosmitę. Rozejrzał się po zebranych, a następnie zaczął wgapiać się w to czarne coś:

- Cz-czym to jest? - Zapytał wskazując palcem z wyraźnym obrzydzeniem.

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Zbladła? Mogła zblednąć. Gadanie z duchami. Na to się nie przygotowała i musiała powstrzymać reakcję wzdrygnięcia i odsunięcia się. Będą ze sobą współpracować i się dogadają. Tak. Dobrze, że to nie jej moc. Nie będziemy komentować tego skąd te duchy się wzięły. I czemu nie są... gdzie indziej. 

Na szczęście zaraz coś odwróciło jej uwagę. Olek pokrył się dziwną mazią, mówiąc coś o kosmitach. 

Spojrzała z wahaniem na potwora. W sumie spodziewała się przemiany, ale prawdziwy kosmita? Strach czy ciekawość? Strach czy ciekawość? Stanowczo ciekawość. 

- Wow - odezwała się wreszcie. - On... Overkill... Jako kosmita jest świadomy? W sensie, ma własną osobowość, wolę? - spytała Olka-Overkilla. - Powinnam się zwracać do niego jako osoby, czy do Ciebie? Jest w Twojej głowie cały czas? Żywi się adrenaliną, co gdy jej nie masz? Jesteś dominujący w stosunku do niego? Jak to się stało... - spojrzała nagle wielkimi oczami i uniosła ręce do góry, jakby chciała sama siebie zatrzymać. - Oczywiście nie mów, jeżeli nie chcesz, bywam zbyt zaangażowana w zdobywanie informacji - uśmiechnęła się. - Jeżeli wyjdę poza linię, po prostu mówcie. 

Spojrzała na Louiego, który właśnie wszedł do pomieszczenia. Biedny chłopak, który miał za dużo pieniędzy i myślał, że za wszystko trzeba płacić. Uśmiechnęła się do niego serdecznie. 

- To moc Olka. Nazywa się Overkill - powiedziała. - Chcesz nam zdradzić jakie zdolności i cele Ciebie tu sprowadzają, czy za wcześnie na to? - 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Wyciągnięte w stronę Indianina skrzydło kusiło. Szczególnie, że Evey zdecydowanie pozwoliła na jego dotykanie. Dłoń Kanagatucko powoli powędrowała w jego kierunku. Nie miał zamiaru naciskać, więc nie przejmował się naciśnięciem na nerw. Po prostu położył delikatnie dłoń na skrzydle i pogładził je ciesząc się jego fakturą. Wciąż uważał to za piękne. Niestety nie wszystko dookoła takie było, co po chwili potwierdził Olek. Jakiś ostrzegawczy impuls przeszedł po plecach Indianina patrzącego na to coś co było... no własnie czym... pasożytem Olka? Żywił się jego adrenaliną, ale co jeżeli jej nie miał? Nie musiał jednak zadawać tego pytania, bo zrobił to ktoś inny. Kanagatucko oddalił rękę od skrzydła i zaczął okrążać pomieszczenie zachowując bezpieczny dystans od kosmity. Po drodze uzbroił się w jakąś metalową miskę i równie metalową chochlę. Nie lubił hałasu... niewiele by to pewnie dało, ale może by wystarczyło. Kanagatucko nie miał zaufania do tego czegoś... Wyglądało jak drapieżnik, a żywienie się adrenaliną tylko to potwierdzało... Zawsze coś musiało się dziać. Nie było miejsca na pokój.

To nie moc Olka. - Poprawił Roxi - To osobna istota. Symbioza albo pasożyt. Który z was chciał dołączyć do Avengers... i czego chce ten drugi?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz