Aquaman

After training (Aruna & Aquaman)

145 postów w tym temacie

DjkZXo2.png

Prawdziwa błękitna krew w drużynie? To było ciekawe.

- Ej, Loui... ale to będziesz czymś władał czy nie? Bo mówisz, że symboliczne to to. To jak to w końcu jest. Będziesz kiedyś królem i faktycznie rządził czy będziesz królem i tylko ładnie wyglądał? - postanowił uściślić całą tą kwestię. - I w sumie... jak mówimy do ciebie Loui to z automatu dostajemy jakiś wyrok śmierci zaraz po przekroczeniu granicy za niestosowne zachowanie czy coś? - to mogło być bardzo istotne! Ale równie istotne mogły być słowa Roxi odnośnie zaufania. Bo w sumie chyba o to chodziło w tym całym drużynowaniu. On sam doświadczenia w pracy drużynowej aż takiego nie miał, ale podstawy mniej więcej ogarniał. Przynajmniej w teorii.

- No... w sumie coś w tych śmieciach jest. Znaczy... jak bym kogoś poprosił by wyrzucił za mnie śmieci ale jemu się nie chciało ruszyć tyłka to w sumie potem w trakcie walki raczej miał bym wątpliwości czy jak poproszę by mnie osłaniał to cokolwiek zrobi - zastanowił się na głos. - Ma to sens - uznał, zgadzając się z Roxi i Neilem.

Trawiąc tą nową analogię chwycił za kawałek pizzy, ale tej normalnie przyprawionej. Odrobiną sosu namalował na niej uśmiechniętą mordkę.

- Ja wybieram na początek wersję z uśmieszkiem pogardy. Potem spróbuję waszej bomby, ale warto zjeść coś dobrego przed mordowaniem kubków smakowych - stwierdził. Czasem trzeba było znać swe limity.

- A co do zwiedzania to ja bym pewnie skoczył z wami, ale jednak odpadnę. Bo sorki, ale ta wieża... miasto może poczekać póki nie zajrzę do każdego dostępnego zakamarka tutaj! - zapowiedział. - Oczywiście legalnie dostępnego! Żeby nie było! - dodał znacząco patrząc w sufit. - Pewnie nas obserwują... - mruknął konspiracyjnie.

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Zdusił narastający w gardle kaszel i wziął łyżkę od Roxi - Dzięki - uśmiechnął się lekko, ale po chwili skrzywił się łykając olej. Gdy tylko Roxi zaczęła wycierać blat doskoczył i wykrzyknął - Ja to zro-

Przerwał, widząc, że Roxi właściwie już wszystko sprzątnęła. Spojrzał tylko przepraszającym wzrokiem i bardzo cicho wydusił z siebie prawie bezgłośne Przepraszam tak, aby nie usłyszał tego nikt inny poza nią. Nie miał w zwyczaju pokazywać innym co dzieje się w jego głowie, szczególnie że już i tak pewnie był w tej chwili w centrum uwagi. Zbyt długo, jego zdaniem.

- Uhm, nie, ja tak tylko... - wciąż nieco zbity z tropu po całej sytuacji - ...serio chciałem się podzielić. Ale jak ktoś tak chce to jasne, pewnie, nie bronię - nieco się otrząsnął i wróciła jego poprzednia maska.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

Phillipa

 

Phillipa nie tknęła gotowej pizzy. Zamiast tego posprzątała po sobie - odruchowo, skrupulatnie - i skroiła na szybko trochę owoców do ceramicznej miseczki.

 

Łatwo było pokiwać głową na pytanie Roxi - oczywiście, że jeśli będzie mogła pomóc, pomoże. Łatwo było pokiwać głową na pytanie Eve - oczywiście, że jeśli nic nie stanie na przeszkodzie chętnie wybierze się z nią i z Olkiem do polskiej dzielnicy. Tak wypadało. Nawet, jeśli naprawdę nie miała ochoty na towarzystwo chłopaka. Nawet jeśli po prostu nie chciała, żeby Eve szła z nim sama.

 

Ale to były jedyne proste sprawy.

 

Bo Louie był księciem i - co gorsze - reszta na poważnie zdawała się być przekonana o wzniosłych wartościach wynoszenia śmieci w budowaniu relacji międzyludzkich.


- Każda rodzina ma swoje własne zasady, swoją własną politykę - odezwała się z boku, trochę zza pleców skupionych dookoła jedzenia uczniów. Obracała machinalnie w palcach niewielki widelczyk  z nabitym kawałkiem jabłka i przesuwała spojrzeniem pomiędzy zwolennikami teorii nieczystości. -  I daleka jestem od tego, żeby deprecjonować zasady twojej rodziny, Roxi, ale uznanie odpadków za probierz zaufania wydaje mi się... zbyt dużym uproszczeniem. Bo to jak mieszanie dwóch porządków, które nakładają się na siebie tylko w pewnym zakresie. Zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która pozwala ludziom koegzystować i ufać, że prawo oraz wolność jednostki będzie przestrzegana oraz głębszych więzi emocjonalnych tworzących się pomiędzy konkretnymi ludźmi. Owszem, powiązanie istnieje, ale... - przechyliła głowę i dokończyła wyraźnie w inny sposób niż zamierzała - to co mówisz, Charlie, sensu nie ma. Linia wynikania prowadząca od tego, że ktoś nie chciał posprzątać >za ciebie< do negowania chęci jakiejkolwiek pomocy w sytuacji zagrożenia zdrowia jest cokolwiek nie na miejscu.

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BjdWtHR.png

 

Nie skomentował słów Eve, zdawało mu się, że zrozumiał ogólną całość, ale szczegóły wypowiedzi zostały okryte tajemnicą przez jej dziwaczny slang. Uśmiechnął się więc niezręcznie i pokiwał głową, nie skomentował także propozycji wycieczki dziewczyny, pójście do jakieś dzielnicy biedy w towarzystwie współlokatora z kosmicznym super-tasiemcem, niezbyt kuszące. Zmrużył oczy słuchając wywodu Roxi, uśmiechnął się i już miał zamiar skomentować, kiedy odezwali się pozostali. Całkowicie zapomniał o czym mówiła dziewczyna kiedy do głosu doszedł Billy. Uwaga o lewym tronie wyprowadziła go z równowagi.

- Bartovia może nie jest największym państwem. Ale dzięki naszemu panowaniu nasz lud jest dumny, szczęśliwy i zamożny. Uwaga o "lewym tronie" jakiegoś Indianina nie odbierze nam wielkości. 

Uspokoił się kiedy Roxi stanęła w jego obronie i odpowiedział jej z niezwykłą dumą i zadowoleniem

- Zgadza się od czasu uzyskania niepodległości podczas Kongresu Wiedeńskiego Bartovia jest oazą pokoju i stabilności

Znacznie już spokojniejszy odpowiedział też Charliemu

- Bartovia jest Księstwem, nie można być Królem Bartovii. Jestem drugi w kolejce do tronu - powtórzył swoje poprzednie słowa - Zostałbym Księciem dopiero gdy mój starszy brat Olivier umarł by bezpotomnie, mam więc nadzieje, że do tego nie dojdzie, życzę mu jak najlepiej - Uśmiechnął się na koniec, tym razem jak najbardziej szczerze. - Co do kompetencji Księcia są one całkiem sporę, veto absolutne wobec ustaw, prawo łaski, możliwość rozwiązania parlamentu, odwoływanie i powoływanie rządów.

Kolejne słowa Charliego, następnie Neila, a na końcu Philipy przypomniały mu, że zaraz obok wypytywania o jego rodzinę i ojczyznę toczyła się dyskusja dotycząca wzajemnego zaufania. Po raz kolejny zgadzał się z tą rudą panienką, wobec czego znowu urosła w jego oczach. Nie miał praktycznie nic do dodania, czekał więc jak reszta ustosunkowuje się do jej słów.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

 - "Jakiegoś Indianina?" - powtórzyła z niedowierzaniem Evey- Ziom, wymagasz od nas szacunku. Jeśli uważasz, że go nie dostajesz wyglądasz jakbyś miał się rozpłakać. Skaczemy wokół ciebie jak kolo zgniłego jaja. A co ty nam dajesz w zamian? Pogardę i mowę nienawiści? - prychnęła - Ogarnij się! - skrzydła jej zadrżały - jak mnie ktokolwiek nazwie "murzynką", "asfaltem" albo "czarnuchem" to nie zdąży wytłumaczyć, ze nie miał nic złego na myśli - ostrzegła ponuro. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi

 

Uśmiechnęła się tylko słuchając różnych stron dyskusji. Słuchanie ze zrozumieniem. Trzecia klasa. 

Oczywiście, że wynoszenie śmieci nie jest tu najważniejszym elementem. To był przykład, na którym wydajecie się skupieni. I zauważ Phillipo, że nie mówiłam nic o wyręczaniu, bo komuś się nie chce, a o pomaganiu i robieniu rzeczy wspólnie, gdy się da. Po przostu rzuciłam propozycję, żeby oprzeć naszą współpracę na zaufaniu i "zwykłej ludzkiej przyzwoitości". 

Spojrzała na Eve. Nie miała pojęcia czy samo słowo indianin jest obraźliwe, czy tylko lekceważenie Louisa, ale w tym momencie bała się zapytać. 

I na szacunku. Ale łatwiej to wyrobić spędzając razem czas i sobie pomagając niż poznając się poza treningami tylko w grupkach. Chętnie z wami pójdę, Eve - dopiero po słowach Charliego dotarł do niej sens pytania.

Uśmiechęła się uspokajająco do Neila.

- Hej, nic się nie stało. Za co przeprać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

DjkZXo2.png

Charlie niepewnie spoglądał to na Roxi, to na Phillipę gdy te kontynuowały dyskusję o roli śmieci w bohaterstwie.

- No dobra... to w końcu wynoszenie śmieci i wspólne sprzątanie zrobi z nas bohaterów czy nie? - zapytał w końcu. - Bo przez chwilę już wydawało mi się, że czaję o co biega, ale teraz to już nie wiem - westchnął. A czekając aż dziewczyny coś ustalą, zwrócił się jeszcze do Louiego.

- Ej, to jak ty się znasz na tych klimatach to powiedz. Jak moja mama jest władczynią krainy, ale nie z urodzenia tylko dlatego, że spuszcza największy wpierdziel w okolicy i chroni wszystkich przed wpierdzielem z zewnątrz. To czyni z niej z automatu królową, księżną czy coś z tych szlacheckich rzeczy? Bo w sumie teraz to niby wszędzie to się dziedziczy takie rzeczy jak u ciebie. Ale kiedyś to musiało być inaczej. Ktoś musiał przyjść i powiedzieć "Ok, nie ma tu już nikogo więcej kto by mi podskoczył to walnę sobie tutaj swoje królestwo, o! I Będę królem tej... Whateverlandii. Czy tam księciem. To właśnie tak po prostu trzeba na puste miejsce trafić i skopać konkurencję czy to jakoś inaczej się zaczęło? Bo chyba nie każda monarchia zaczęła się od miecza w kamieniu, nie? - Charlie wyraźnie postanowił rozszerzyć swoją wiedzę o teorii monarchii.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

Phillipa

 

Nie było sensu odbijać piłeczki. Tłumaczyć, że Roxi sama zaczęła wątek powołując się na swoją matkę i rodzinę, że sama uczyniła z tego sztandarowy przykład. Że kiedy Phillipa powiedziała “Charlie” to miała na myśli Charliego właśnie a nie dziewczynę. Po słowach Rudego drgnęły jej jednak usta do półuśmiechu, oczy błysnęły rozbawieniem, którego nie zabiła nawet irytacja emanująca od Eve. Popatrzyła na Roxi unosząc jedną brew, wskazała na chłopaka z miną wyrażającą “dokładnie jak mówiłam, mój przykład broni się sam”.

 

- Zrobi, Charlie, ale tylko w dni nieparzyste. W parzyste będziemy hartować swoje charaktery mówiąc bolesne prawdy i nie kryjąc opinii o sobie nawzajem. - Widelczykiem oddała salut rozdrażnionej Eve. - Dokładnie jak teraz.

Edytowane przez rusty
Literówki. Stylistyka. Laboga.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

WS6OZTV.jpg?1

Billy Gosheven Candle

 

Gniewny mars ozdobił twarz Billy'ego. Dłonie zacisnął w pięści.

Nie lubił określenia Indianin. Rozumiał ostatecznie, że przez wieki od przybycia Europejczyków, to określenie mocno przylgnęło do rdzennych mieszkańców Ameryki i nie łatwo je wyplenić z masowej świadomości. Jednak wciąż go nie lubił, nawet jeśli potrafił tolerować. A tolerował je w zależności od kontekstu. Przecież nie każdy chciał go obrazić. Louie zdecydowanie nie był tym kimś.

- Może w twoich oczach jestem tylko "jakimś Indianinem", ale przynajmniej na wszystko kim jestem zapracowałem sam Wasza Wysokość - tytuł Louie'go niemal z siebie wypluł - A jeśli reszta twojego ludu jest tobie podobna, to niewiele w was wielkości.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BjdWtHR.png

 

Całkowicie nie trafiły do niego słowa Eve. Ich punkty widzenia na tą sytuację drastycznie się różniły. Jak widać, obrażenie jego rodziny pozostało bez echa, zagłuszone przez jego, musiał przyznać, dość rasistowską odzywkę. Udało mu się na chwilę przywrócić panowanie nad sobą i odpowiedział jej:

- Najmocniej przepraszam, poniosło mnie. Zdarza się, zwłaszcza gdy ktoś uwłacza mojemu rodowi. 

Rzucił wtedy spojrzenie na Indianina, który rozpoczął swoją tyradę. Ze spokojem jej wysłuchał, on się mylił, znacznie się mylił. 

- Sugerujesz, że ja dostałem wszystko na srebrnej tacy? Że Pym przyjął mnie bo oczarował go mój tytuł? Że Stark uznał, że do bycia bohaterem wystarczy machać średniowiecznym mieczem? Włożyłem mnóstwo wysiłku, żeby być tu gdzie jestem. Nie wiesz nic o mnie, o moim rodzie i o mojej ojczyźnie. 

Kłótnia dziewczyn przeszła całkowicie obok niego. Na chwilę rzucił oko w stronę Charliego gdy ten rozpoczął opowiadać mu historię swojej matki, zakodował ogólną sens wypowiedzi, ale nie skomentował jej, sytuacja była zbyt napięta, by tak lekko zmienić wątek.

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Neil przysłuchiwał się dyskusjom stojąc oparty o blat i odgryzając co jakiś czas kawałek pizzy.

- Czy to wszystko jest naprawdę aż tak istotne? - zawołał właściwie do tłumu. Bił od niego chłód i spokój drastycznie kontrastujący z jego zachowaniem po epizodzie z ostrą pizzą - Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto jest w naszym teamie nie chciał się dogadać. Każdy ma swoje metody, a Roxi podała jedną z nich. Rozumiem, że może do was nie przemawiać, ale to po prostu jedna z dróg, żeby nauczyć się zaufania - wzruszył ramionami - I komunikacji. To też ważne - dodał po chwili. Właściwie nie rozumiał o co chodziło w całej dyskusji, skoro, jak zakładał, wszyscy mieli ten sam cel, którym była współpraca.

- Louie, Billy - spojrzał na chłopaków - napraaaawdę? - przesadnie przeciągnął słowo - Ad personam? Stać was na więcej. Poza tym, punkt pierwszy, jak będzie zaufanie to się o sobie więcej dowiecie i wtedy będziecie mogli krytykować swój styl walki, umiejętności czy co tam jeszcze. Tam jest chociaż jakaś konstruktywna krytyka - zaśmiał się - i trochę tego, no... frisson - zakończył, udając francuski akcent, wcale nie zważając, że to co powiedział właściwie nie miało sensu. Mogło rozładować napięcie.

- Także buzi na zgodę i wszystko jest cool, jazzy i spokoluz, jak to mówi dzisiejsza młodzież - wyszczerzył się i puścił oko do Evey - A tak poza tym... pizzy? - wskazał na kawałek tej ostrzejszej, który wciąż leżał na talerzu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

Evey jeszcze przez chwilę skrzydła drżaly z oburzenia. Przymknęła oczy. Miała ochotę odpowiedzieć, że nic nie usprawiedliwia rasizmu. Ale zerknęła jeszcze raz na Louiego. I tak nie zrozumie. Niewychowane buraki z hajsem zamiast manier i osobowości nigdy tego nie rozumieją. A teraz wyglądał jeszcze jak rozjuszony kogucik, gotowy tokować jakie to miał ciężkie życie. Można go było z czystym sumieniem spisać na straty i zaprzestać prób zaprzyjaźniania się. Przynajmniej dopóki to tym razem on nie wyciągnie ręki. Czyli jakoś... na wieczność, bo ktoś z tak rozdętym ego prędzej pęknie niż wyciągnie rękę do takiego śmiecia z ulicy. 

 - Phillie? - zagadnęła więc ciszej swoją współlokatorkę- Ja nie ogarniam budy dla flotowców. Znaczy... No... - przygryzła wargę. Ze wszystkich rzeczy, o które chciała zapytać, tylko o bardzo niewiele mogła zapytać w tak szerokim gronie - Jak tam jest?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

Phillipa

 

Nikt nigdy nie nazwał jej Phillie.

 

Phillipa było przecież jej właściwym imieniem. I było to imię >odpowiednie<. Gładko przylegało do tego kim chcieli widzieć ją rodzice: osoby odpowiednio dojrzałej, o odpowiednim zawodzie, z odpowiednim wykształceniem, poruszającej się w odpowiednich kręgach. Phillipa była dzieckiem, którym można było się pochwalić. Phillipie łatwo było utrzymywać odpowiedni dystans pomiędzy sobą a światem. Phillipa miała w końcu przed sobą przyszłość. Odpowiednią także.

 

Phillie? Phillie byla nikim.

 

Dziewczyna jednak z zaskoczeniem stwierdziła, że nie przeszkadza jej to. Bo to była Eve i w jej ustach to zdrobnienie nie raziło, w jej ustach brzmiało jakoś właściwie. Odpowiednio prawie.

 

Phillipo” zabrzęczało jej w uszach głosem matki “to nie jest dla ciebie odpowiednia znajoma”

Odgoniła od siebie ten głos.

 

- Bezpiecznie - odpowiedziała Serpent pierwszym słowem, które przyszło jej na myśl. - Przewidywalnie. Reguły i wymagania są jasno określone, więc jest zdecydowanie łatwiej niż tutaj. Prościej. Wiadomo czego nauczyciele od ciebie chcą, więc łatwiej nawigować. - Zmarszczyła piegowaty nos, obróciła widelczyk w wypielęgnowanych palcach i dziabnęła kawałek jabłka. - Choć teraz nie przewidzimy jak będzie, Eve. Będzie pewnie i lepiej, i gorzej jednocześnie. Gorzej, bo niektórzy będą chcieli udowodnić, że inicjatywa Starka jest błędem, a jego menażeria całkowitą pomyłką, w której nie ma nic wyjątkowego. A lepiej, bo stoją za nami teraz naprawdę wpływowi i bogaci ludzie, a wy jesteście przecież wyjątkowi, więc reguły i wymagania będą pewnie naginane też często na naszą korzyść.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

eL9iYFtZRIY4OOqnk8m-lQEV1D8iH-i9w-PozCVn

Serpent

 

 - My - poprawiła Phillipę dość machinalnie, a potem się uśmiechnęła - My jesteśmy wyjątkowi. Nie "wy". Ty też - machnęła skrzydłami - no weź, ogarnij! Brejniak z ciebie, nie żadna festyniarska lusa. A jak tak się czujesz to wiesz co? - nachyliła się konspiracyjnie - Nie cykaj, nie będę wbijać w kołczogadkę, bo to bujda na resorach. Ale ogarnij: masz za współlokatora skrzydlatego dziabąga. Ogarniasz kogoś, kto ma tak samo? Nikt tak nie ma. Czyli jesteś wyjątkowa - Evey zrobiła tak poważno-przejętą minę, jak tylko była w stanie. Pięć sekund później parsknęła śmiechem - Jak będę dysponować flotą większą niż Hamilton, dwa Lincolny i Waszyngton to pójdziesz ze mną w miasto? Muszę ogarnąć więcej szkolnych barw, a ty na pewno to ogarniasz.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e9H9DTZ.jpg

Roxi
 

Spojrzała na Charliego zmęczonym wzrokiem, który wciąż był gdzieś na granicy pomiędzy łagodnością a ponurym rozbawieniem. 

- Gdyby samo wynoszenie śmieci czyniło bohatera, główną atrakcją Manhattanu byłaby Wieża Służb Miejskich, a nie wieża Avengers - kącik jej ust uniósł się do góry. - Ale robienie rzeczy wspólnie i wzajemne wsparcie może pomóc zrobić z nas drużynę, a to chyba jest warte odrobiny wysiłku, co? - w jej głosie znów był wcześniejszy entuzjazm. Starała się nie przejmować komentarzem Phillipy. Nie muszą się we wszystkim zgadzać, by się dogadać. 

Odetchnęła głęboko słuchając Louiego, Eve i Billego, a jej głowa odwracała się to w jedną, to w drugą stronę, jakby obserwowała mecz tenisa. Bezradnie. Nie czuła, że rozumie ich dość by móc się wtrącić - tym bardziej, że dwóch chłopaków jej nie lubiło i raczej nie chciałoby słuchać. Uśmiechnęła się więc z wdzięcznością do Neila, gdy się odezwał, czując, że ma sojusznika w drużynie. 

- Dzisiejsza młodzież... jak mówili za Twoich czasów, Montgommery Scott? - uśmiechnęła się. 

Słyszała jak w tle umawiają się dziewczyny, nie chciała czuć się odrzucona ani zazdrosna. Wszyscy nie mogą robić wszystkiego razem, a ona już ma plany wyjścia z Olkiem i Eve. 

Zaczęła zbierać puste talerze i filiżanki, nie chcąc przeciągnąć struny "narzucania współpracy". Posprząta w spokoju, zajmie czymś ręce, a jeżeli ktoś zechce pomóc, będzie szybciej. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

2FQunFl.png

 

Kanagatucko

 

Kanagatucko w spokoju stał na uboczu i jadł pizzę przysłuchując się wszystkim rozmowom i przywiązując więcej uwagi do pokazu umiejętności Mist. Ciekaw był paru rzeczy. Jak na ten przykład tego, czy ktoś mógł ją wessać jak do odkurzacza i uwięzić w tej postaci. Co jeżeli przemieniłaby się podczas tornada i została rozwiana. Bycia gazem ułatwiało na pewno wiele rzeczy, ale rodziło też wiele pytań i zagrożeń. Te całe rozważania zostały jednak przyćmione przez słowa Louiego. Pierwszy zareagował Gosheven, ale Kanagatucko równocześnie z nim przestał jeść pizzę i surowym wzrokiem zmierzył księcia.

- Ile wysiłku włożyłeś w zdobycie tytułu księcia? Albo wybicie monet z Twoją podobizną? Nikt nie musi uwłaczać Twojemu rodowi. Sam sobie z tym doskonale radzisz. Ale co ja mogę wiedzieć. W końcu jestem tylko jakimś Indianinem. Takim jak ja po prostu odbiera się dom i zamyka w rezerwatach, czyż nie? - Zadał pytanie, na które w sumie nie oczekiwał odpowiedzi i odłożył swój kawałek pizzy. Jakoś stracił apetyt.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

BjdWtHR.png

 

Książę patrzył prosto w oczy Kanagatucko kiedy ten wygłaszał swoją tyradę. Na początku powtórzył on to co powiedział wcześniej Billy, Louie nie miał więc zamiaru się do tego odnosić. Nie lubił się powtarzać. Kolejne słowa Indianina niosły już coś nowego, ale z perspektywy blondyna nic znaczącego. Kiedy ten zakończył swój wywód chłopak z pokerową miną odpowiedział:

- Nie, w Bartovii nikt nikomu nie odbiera domu, nie zamyka się nikogo w rezerwatach i zdecydowanie nie popieramy takich praktyk. Może runie twój światopogląd, ale biali nie są jedną masą, musisz rozróżniać amerykan z XIX wieku od zachodnich europejczyków z XXI. 

Wydawało się, że już zakończył wywód, coś jednak przyszło mu na myśl i dodał z niezwykłych spokojem:

- Skoro nikt nie musi uwłaczać mojemu rodowi to byłbym niezwykle rad, gdyby nikt tego nie robił, to wiele dla mnie znaczy.

Następnie Louie wrócił do blatu dopijając swoją kawę. 

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

NEIL AVATAR.jpg

Neil

 

Byli zbyt zajęci sobą, żeby zareagować na jego wołanie o zgodę. Bardziej interesowało ich udowodnienie kto ma rację, niż próba pogodzenia się i współistnienia bez wchodzenia sobie w drogę. Nie zauważyli, że w ogóle tam jest. A jednak jak w domu. Przecież właśnie dlatego opuścił Edynburg. No, były też inne powody, ale ten był dosyć istotny. Postanowił pozwolić im się kłócić i nie wtrącać się. Zejść im z drogi, żeby jego obecność im nie wadziła. To też przypominało mu dom.

Słysząc pytanie Roxi tylko lekko się uśmiechnął - Tak... tak samo, to taki żart tylko - odpowiedział jej krótko, trochę na odczepne. Przynajmniej jedna osoba jest po jego stronie. To dawało nadzieję. Nie był jednak w nastroju na dłuższe pogawędki.

Przeszedł do wyjścia zdecydowanym krokiem. W drzwiach odwrócił się jednak - Jakby ktoś coś ode mnie chciał to będę... - nie dokończył - ...a zresztą... - dodał tylko pod nosem zrezygnowany. Wyszedł.

 

Edytowane przez Teapunk

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

c4UCqRf.png

Widziała wychodzącego Neila. Słyszała Kanagatucko i Louiego. Słyszała naczynia, które wkłada do zmywarki... Wszystko to był biały szum. Miała wrażenie, że jest pod wodą i nie może złapać powietrza.

Gdybym teraz stała się mgłą, filiżanka, którą trzymam roztrzaskałaby się na kawałki, czy zmieniła ze mną? 

Próbowała. Próbowała załagodzić sytuację. Próbowała rozmawiać. Próbowała się dopasować. Ale wciąż była pod wodą. 

Nie mogła udawać, że rozumie o co chodzi Louiemu, duma, może słuszna, ale źle wyrażona. Nie mogła zrozumieć, że wie jak Native się czują. Czytała, słyszała, ale nie można po prostu wyobrazić sobie sytuacji i stanąć w czyichś butach. Nie rozumiała. W głowie dudniło jej, że prawdziwy Roove nie bałby się zareagować i wiedziałby co jest właściwą rzeczą... ale to była tylko Roxi. I umiała robić tylko dwie rzeczy. Udawać silną i kontrolować straty. 

Wiecie co? Jest już późno, a za nami ciężki dzień. Może odpoczniemy i spróbujemy jutro z nową energią? Eve, Olek, zwiedzanie miasta aktualne? 

Zamknęła wypełnioną zmywarkę i zabrzmiało to całkiem normalnie, tylko w jej uszach zdawało się głuchym hukiem. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

3V6r5Gj-r6p8gccuhGR-ywq1gtUhIUEU4DaD8s2R

 

 

Uśmiechnęła się do współlokatorki, bo co innego mogła zrobić? W tym miejscu i w tym czasie metamorfka mogłaby poprosić ją o przefarbowanie włosów na różowy kolor i Phillipa miałaby problem, żeby powiedzieć “nie”.

 

Jej matka zapewne ze zgrozy przewracała się na kanapie.

 

- Oczywiście, Eve. - Popatrzyła na dziewczynę jakoś tak ciepło, z niekłamaną sympatią. - Jak mogłabym odmówić komuś, kto jest gwarantem mojej wspaniałości.

 

Nie zdążyła powiedzieć więcej, bo w kieszeni niskimi, przyjemnymi dźwiękami rozdzwonił się jej telefon. Wyprostowała się odruchowo jakby ktoś biczem smagnął ją po plecach. I gdy wstała z krzesła, sięgając po komórkę, nie uśmiechała się już.

 

- Przepraszam was najmocniej - powiedziała tylko cicho, zabierając z blatu swoją miseczkę z owocami i wychodząc z kuchni. - Witaj tato… - usłyszeli już z korytarza.

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz