Ego

Objawy zła (Ego)

59 postów w tym temacie

Qt5xsVm.png

 

Bezahltag, 15. dzień Brauzeit 2523 wg K.I.
L'Anguille, Księstwo L'Anguille
Bretonia,

 

RN5SGjL.png

 

L'Anguille. Klejnot i stolica księstwa o tej samej nazwie oraz jeden z architektonicznych cudów Starego Świata. Największy port Bretonii został wzniesiony przez elfy, a wiele miejskich budowli przetrwało tysiąclecia i wciąż zachwycało swym pięknem oraz kunsztem kamieniarskim. Zwłaszcza widoczna z każdego miejsca portu latarnia morska o wysokości ponad stu metrów, której ściany były tak gładkie, że na pierwszy rzut oka zdawało się, iż wieża została wykuta z pojedynczego głazu. Przybywające do portu elfy właśnie do niej kierowały swe pierwsze kroki, a żaden z latarników nie ważył się bronić im wejścia na szczyt wieży. Latarnia stanowiła również część umocnień samego portu, gdyż po obu jej stronach ciągnęły się potężne, wysokie na dwadzieścia metrów mury, za którymi znajdowały się już znacznie nowsze konstrukcje, wzniesione ludzką ręką. 

 

Jedną z najstarszych był zamek, położony na wyspie pośrodku portu i strzegący wejścia do kanału dzięki potężnym balistom i katapultom. W obrębie murów, strategicznie umiejscowione były jeszcze cztery inne forty uzbrojone w armaty, co stanowiło skuteczną obronę wybrzeża przed ewentualnymi najeźdźcami. Poza tym mówiło się, że owiane złą sławą wybrzeże stanowi schronienie dla morskich potworów, które zwano w księstwie pomiotem Theralindy. Każdy Bretończyk znał je z legend - zaciekłe, krwiożercze bestie, przypominające pokryte łuskami węże morskie z końskimi głowami i ostrymi kłami polowały na nieuważnych żeglarzy i mniejsze statki znoszone w stronę wschodniego wybrzeża.

 

Miasto dzieliło się na dwa rodzaje mieszkańców - tych żyjących w porcie i poza nim. W L'Anguille mieszkali przede wszystkim marynarze, kupcy, rybacy, choć można było właściwie spotkać tu przedstawicieli wszystkich zawodów. Pod murami od południowej strony żyli silni i dumni wieśniacy utrzymujący się z polowań i upraw, dzielnie stawiający czoła zbójnikom i potworom ze znajdującego się niedaleko, owianego złą sławą Lasu Arden. Mimo to, port otwarty na handel, rozsiane wokół niego pastwiska i pola uprawne stanowiły idealne miejsce do życia. Łagodny klimat sprzyjał rozwojowi rolnictwa, przez co L'Anguille było jednym z bogatszych księstw Bretonii. Przyjezdni mogli jedynie narzekać na zimny, północny wiatr i przykry zapach wodorostów i ptasich odchodów unoszący się z wybrzeża.

 

s6OH8dS.png

 

9ebw6gX.png

 

Tak się złożyło, że tego wczesnego popołudnia siedzieliście wszyscy w tawernie "Pod Strzaskanym Kompasem", jednej z wielu rozsianych na całej długości nabrzeża portu. Gospoda nie wyglądała może na przesadnie luksusową, ale miała swój klimat, a prowadzący ją były marynarz i najemnik Gaston d'Aberre cieszył się opinią osoby wyjątkowo tolerancyjnej i przyjaznej cudzoziemcom. Zresztą, jak okiem sięgnąć, w lokalu można było zobaczyć żeglarzy z całego Starego Świata - posępnych mężczyzn wyglądających na Norsmenów, śniadych Arabów, przystojnych Południowców w dziwnych kapeluszach z piórkiem, czy toczących ze sobą głośne dysputy śpiewnym językiem wojów z Albionu. Jeden stolik zajmowało kilku krasnoludów, inny - po przeciwnej stronie sali - grupka elfów, rozmawiająca o czymś ściszonymi głosami. Główna sala pękała w szwach - panował tłok i wielojęzyczny gwar, w powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonych ślimaków i żab zmieszany z wonią alkoholu.

 

Znaliście się od kilku dni, gdy przypadkiem zajęliście ten sam stolik pewnego mglistego wieczoru. Od słowa do słowa, okazało się, że całkiem dobrze się dogadujecie, zatem i to popołudnie spędzaliście przy wspólnym obiedzie i napitku. Po jakimś czasie usłyszeliście jednak wzmożony hałas z zewnątrz, przebijający się wyraźnie przez gwar rozmów jaki panował w zajeździe. Marie-Noëlle jako pierwsza zorientowała się, iż jest to szum wzbierającego przyboju, przerywany głośnymi trzaskami zamykanych drzwi. Nagle do karczmy wdarła się z impetem morska woda, zalewając podłogę i mocząc wasze obuwie powyżej kostek. Wraz z nią w gospodzie pojawił się z tuzin piszczących szczurów, które wdrapywały się po nogach stołów i pałaszowały pozostawione przez gości talerze.

 

btEuyTu.png

 

W sali podniósł się jeszcze większy szum, raz po raz słyszeliście przeróżne przekleństwa w różnych językach, a gospodarz, brodząc w wodzie, wrzeszczał trzymając się za głowę:
- To już drugi raz w tym kwartale! Znowu ten cholerny przypływ! I kto to teraz do diabła posprząta?! Przeklęta woda... Claude, Patrice, łapcie za stoły i wynoście na piętro, nie mam zamiaru kupować kolejny raz nowych rzeczy!
Gaston biegał się po całej gospodzie, dyrygując ochroniarzami i służbą, podczas gdy pozostali goście albo uciekali na piętro, albo wybiegali na zewnątrz, gdzie chyba nie było lepiej. Zresztą, i stamtąd dochodziły was wrzawa i podniesione głosy, co mogło oznaczać, że nie wszyscy radzili sobie z przybojem. Lucien ponadto od razu pomyślał o Alecto, który odpoczywał w przytawernianej stajni. Wody nie było dużo, jednak powoli, acz systematycznie jej przybywało.

 

s6OH8dS.png

Edytowane przez Nyx
Nieprawidłowa nazwa tematu

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Znów była w mieście swego dzieciństwa, którego nie widziała niemal trzy miesiące. Nie przeszkadzało jej to zbytnio podczas żeglugi, bo miała co robić na Morzu Szponów, jednak mimo wszystko miło było wrócić na stare śmieci, choćby tylko na półtorej tygodnia, bo wtedy galeon kupiecki "Iskra Mananna" na którym pracowała wyruszał w drogę po towar do Tobaro w Tilei. U kupca Francoisa Mollet zatrudniona była jeszcze na dwie tury, jednak wiedziała, że będzie starać się o przedłużenie kontraktu, gdyż mężczyzna płacił dobre pieniądze i na czas, co było rzadkością w robocie, którą wykonywała. Zwykle trafiała na skąpiradła, które chciały, by chroniła ich tyłek, ale do zapłaty tacy skorzy nie byli.

 

Teraz jednak z lekkim uśmiechem wspominała tamte chude lata, bo wiedziała, że już nie wrócą. Była coraz lepsza w swoim fachu, bardziej doświadczona życiowo, no i widziała na morzu rzeczy, o których inni słyszeli tylko w legendach albo bajkach na dobranoc. Gdy kilka dni temu zawitała do "Strzaskanego Kompasu", Gaston jak zwykle przyjął ją jak córkę i dał dobry pokój na piętrze. Miała ponad tydzień przerwy w pracy, więc zamierzała poświęcić ten czas na wypoczynek i zorientowanie się, co ostatnio działo się w jej rodzinnym mieście. Wszak tutaj zawsze coś się działo i momentami, gdy była mała, myślała, że L'Anguille to centrum świata, biorąc pod uwagę ilość statków w porcie i różnych dziwnych ludzi oraz nieludzi, którzy kręcili się po dokach i dzielnicach.

 

Nawet teraz udało jej się poznać całkiem do rzeczy ludzi i krasnoluda, z którymi spędzała większość czasu na pogaduszkach w głównej sali. Momentami podczas żeglugi ma się tyle zajęć i spraw związanych z obroną towaru i zleceniodawcy, że nie ma nawet do kogo gęby otworzyć i pogadać na normalne tematy, więc tym bardziej cieszyła się, że na kogoś takiego trafiła. Towarzysze, patrząc na nią, mieli do czynienia z wysoką, dość atletycznie zbudowaną młodą kobietą o zadziornej twarzyczce i chłodnych, jasno niebieskich oczach. Pierwsze, co się jednak rzucało w oczy najbardziej, to wygolona do zera z lewej strony głowa i wytatuowany na niej motyw roślinny, który zrobiła sobie za cały żołd w dalekiej Arabii. Pozostawione blond włosy kończące się delikatnie za uchem, zaczesywała na prawą stronę, tak, że momentami widać jej było tylko jedno oko.

 

Na co dzień nosiła skórzany kaftan opinający jej wydatny biust, a na niego zwykle zarzucała czarny płaszcz z kapturem. Ubiór uzupełniały dopasowane, znoszone spodnie i wysokie buty na płaskiej podeszwie a uzbrojenie żeglarki stanowił miecz, sztylet a także łuk z kołczanem pełnym strzał o czerwonych lotkach. Opartą o ścianę można było zobaczyć również okrągłą tarczę z guzem, która swoje już wycierpiała.

 

Tylko się zaśmiała głośno, gdy do gospody wdarła się woda, a Gaston znów zaczął narzekać. Jak byłeś rodowitym L'Anguilczykiem, to wiedziałeś, że takie rzeczy nie były tutaj niczym nowym. Morze od czasu do czasu zalewało najniżej położone partie miasta i nic się nie dało na to poradzić. Zerwawszy się z krzesełka, spojrzała na uwijającego się po sali Gastona.
- Potrzebujesz pomocy, staruszku? - Zapytała z uśmiechem na ustach.
- Dam sobie radę, od czegoś mam tych nierobów i obiboków! - odrzucił szybko gospodarz i znów zaczął krzyczeć na swoją służbę.

Gdy Marie-Noëlle dostrzegła płynącego w stronę jej krzesła szczura, skrzywiła się tylko lekko. Jakoś nie przepadała za tymi gryzoniami, ale i nie było tak, że się ich bała. Po prostu były paskudne i z tego, co słyszała, przenosiły choroby.
- O nie, ty mała mendo, nie ma mowy, żebyś się wspiął po krześle na stolik i zeżarł resztę mojego obiadu! - po tych słowach chwyciła go palcami za futro i wyrzuciła przez otwarte okno na zewnątrz.

 

Słysząc jakieś hałasy dobiegające z ulicy, spojrzała na kompanów.
- Chodźmy sprawdzić, co się tam dzieje, pewnie mężczyźni jak zwykle nie radzą sobie z najprostszymi rzeczami. - Wyszczerzyła białe ząbki do Laviny i zerknęła na Luciena, puszczając mu oczko. - A ty chyba zostawiłeś konika w stajni, co nie, rycerzyku? Trzeba go uratować, na pewno będzie ci wdzięczny.

Chwyciła za łuk i kołczan leżące na ławie, zarzuciła tarczę na plecy i patrząc pod nogi, by omijać wpływające do tawerny szczury ruszyła do wyjścia. Jeszcze tego by brakowało, żeby na którymś się poślizgnęła i wyrżnęła tyłkiem w tę brązową breję.

Edytowane przez Mashiro

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

 

war2.jpg

Karl Bergsohn

 

Karl pierwszy raz był w Bretonii i pierwszy raz w porcie. Te pierwsze bardzo mu się podobało, gdyż sama nazwa Bretonia kojarzyła mu się z chwałą. Imperium było domem pełnym złych wspomnień, dlatego gdy tylko miał możliwość wyjechał ze swoich rodzinnych stron ku jaśniejszej przyszłości jak to sobie wmawiał. Nauczył się dość szybko języka gadając z gośćmi w karczmie i w ten sposób poznał kilku ciekawych ludzi i krasnoluda. Najbardziej zaciekawił go bretoński rycerz, dlatego ukradkiem i trochę nieświadomie podpatrywał swojego kolegę z karczmy. W towarzystwie starał się dużo nie mówić o sobie, swojej przeszłości oraz o swoich celach. Śmiał się z nimi, żartował co nie miara, zwłaszcza po kilku głębszych łykach bretońskiego piwa. Sama Bretonia bardzo mu się podobała, ale port do którego trawił już nie, dlatego, gdy karczmę zaczęła zalewać woda, skrzywił się i już miał doraźnie zaklnąć, ale powstrzymał się patrząc na kompanów. 

 

- Chodźmy sprawdzić, co się tam dzieje, pewnie mężczyźni jak zwykle nie radzą sobie z najprostszymi rzeczami.  A ty chyba zostawiłeś konika w stajni, co nie, rycerzyku? Trzeba go uratować, na pewno będzie ci wdzięczny. - powiedziała Marie

 

- Nie tylko on zostawił zwierzę w stajni Mery. Moja zguba też tam czeka - powiedział Karl wstając od ławy. Nazywał ją Mery, bo męczyło go nazywanie ją Marie-Noelle, czy jakoś tak. Sprawdził czy wszystko ma u pasa, talerz już miał pusty, dopił tylko piwo z kufla i ruszył szybszym krokiem do drzwi, żeby oszacować "niebezpieczeństwo".

 

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

 

L'Anguille. Nowe miasto w jej włóczeniu się po świecie w poszukiwaniu fortuny, duża ilość ludzi i wiele sposobności żeby zarobić trochę złota. Będąc już od paru dni w mieście i spędzając głównie czas w tawernie na wsłuchiwaniu się w plotki i szepty niosące ze sobą nutę wiedzy o części miasta gdzie pracowali ludzie o reputacji zbliżonej do niej. Miała zamiar wyjechać z miasta z większym kapitałem niż do niego wjechała, ale też nie zamierzała narażać się ludziom ‘pracującym zorganizowanie’.

 

Późnym rankiem, się powlokła się do izby gdzie czekał na nią jej standardowy, od paru dni, zestaw osobników. Ubrana w swój pełny codzienny ubiór składający z przylegających do ciała spodni, butów sięgających prawie do połowy łydki z wystającą rękojeścią sztyletu, jej koszula w odcieniu starej bieli wystawała tam tu i ówdzie spod skórzanej kurty z kapturem, gruby pas który już lata świetności miał już dobrze za sobą dźwigał jej krótki miecz.

Zasiadła na pustym krześle między Karlem a Rikaciem, zrzucia wtedy z głowy kaptur, ukazując mocno zaspane oblicze, część jej jasno brązowych włosów które umknęły byciu związanym rzemykiem opadały na poszarzałą twarz i szaroniebieskie oczy.

 

Kiedy woda wdarła się do środka pomieszczenia dziewczyna wskoczyła na swoje krzesło siadając na nim w przykucu, imitując kamienne posągi gargulców czasem widywane na murach zamków czy też krypt. Już mogła spokojnie stwierdzić, że woda to jej najmniej lubiany żywioł, zwłaszcza słona, która czuć we wszystkim w tym mieście, jedzeniu, piciu, ludziach. Sama miała ciągły posmak soli na języku, Marie nawet określiła ją mianem ‘Szczura lądowego’ kiedy postanowiła głośno wyrazić swoje obserwacje. Lavina przyznała jej racje i przyznałą się że wybiera porządną masę ziemi pod obcasami butów niż brodzenie po kolana w zimnej słonej wodzie. Czego najwyraźniej od niej teraz oczekiwano.

Kobieta omiotła grymaśnym wzrokiem poziom wody okrywający podłogę.

-Jestem tuż za tobą demonie wodny. - rzuciła, sięgając po swój kufel wypełniony nadal do połowy piwem i opróżniła go paroma łykami nie robiąc sobie przerwy na oddech. Dopiero po tym ostatecznie łamiąc swoje uprzedzenia do posiadania wody w butach, zeszła z krzesła i ruszyła na zewnątrz, za Marie. Przechodząc koło Rikaca stuknęła go lekko palcem po plecach dając mu subtelnie znak żeby też ruszył dupę.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

L'Anguille, miasto pełne różnorodności i piękna za sprawą swej funkcji. Port Bretonii, gdzie zawijały statki z różnych krańców świata, a którego też wody były nawiedzane przez pomioty okrutnej Theralindy z przeszłości. Dla Luciena było to miasto, gdzie zapragnął odpocząć po trudach ostatniej przygody, uzupełnić zapasy i zdecydować co dalej. A trafił tutaj wraz z karawaną kupiecką, której postanowił towarzyszyć na trasie i zapewnić jej ochronę przed nierzadkimi na szlaku napadami ze strony bandytów z lasu Ardent. Tym razem też tak było i wykazał się nie tylko brawurą ale i umiejętnościami gdy przyszło do walki ze zbójami.  Z boju wyszedł be szwanku a co więcej udało się odeprzeć atak oraz szczęśliwie doprowadzić karawanę do miasta. Kupcy nie omieszkali podziękować rycerzowi godną jego nagrodą, zaś sam Lucien mógł w końcu zaznać paru dni odpoczynku w mieście. „Pod Strzaskanym Kompasem” była gospodą, którą mu polecili eskortowani kupcy i gdzie też miał mieć zagwarantowane parę dni noclegu i posiłku na ich koszt. Nie odmówił takiego daru i sposobności na dowiedzenie się paru nowinek z okolic. Wszak zawsze mógł się trafić ktoś, komu by mógł pomóc podczas swej podróży w poszukiwaniu chwały i sławy.

 

Minęło kilka dni, podczas których nabrał na nowo energii i wigoru dla nowych czynów. Ale też nie dowiedział się niczego, co mogło by go skierować ku odpowiedniej ścieżce. A może jednak te nowe znajomości miały być jego kolejnym sprawdzianem czy jest godzien dalszych prób i testów?

Marie-Noëlle, bretonka która służyła na okręcie ale nie w formie służki lecz jako żołnierz. Rzadko spotykana w Bretonii rzecz, gdy niewiasta za miecz chwyta i dorównać się stara mężczyznom. Rikac, myśliwy czy też łowca – trudno było dokładnie sprecyzować jego fach, zwłaszcza że nie pochodził stąd ale z odległego Imperium. Podobnie jak ciemnowłosa Lavina, bardziej skromna niewiasta starająca niezbyt rzucać się w oczy. Karl, kolejny przybysz z poza Bretonii, szorstki o ogorzałej twarzy, bez manier ale z podejrzeniem o zajmowanie się niezbyt zgodnymi z prawem zadaniami. Choć tak można było określić połowę mieszkańców krainy należącej do króla i Pani Jeziora.  No i był oczywiście krasnolud, typowy osobnik swej rasy, wojownik z honorem podobnym do tego który miał Lucien i chyba jedyny bliski pod tym względem z pośród tej całej gromadki, którą rycerz poznał. Nie narzekał jednak, ale traktował to jako kolejne wyzwanie z jakim musiał się zmierzyć.

Teraz zaś ubrany jak zawsze w swoje szaty, na które narzucony miał rycerski tabard. Bujne brązowe włosy, ciemnobrązowe oczy, na szyi widoczny medalion z wizerunkiem Pani Jeziora, przy boku zaś przypasana pochwa z mieczem. Wysoka sylwetka dobrze zbudowanego młodzieńca, który pragnął dostąpić kiedyś zaszczytu odnalezienia Graala i napicia się z niego, co byłoby ukoronowaniem długiej wędrówki i pokonania wyzwań jakie mu przyjdzie napotkać. W tej chwili siedząc w tej gospodzie rozważał swe kolejne kroki, biorąc pod uwagę brak godnych siebie zajęć. Myślał nawet nad opuszczeniem gospody, miasta i wyruszenia znów na szlak. Dlatego też pod tabardem miał już narzuconą zbroję, gdy tymczasem plecak z tarczą i kopią był już przy koniu wczesnego ranka doczepiony. Alecto był bowiem jego nieodłącznym druhem od kiedy tylko go dostał od ojca, na nim też wyruszył w swą podróż i do tej pory dobrze mu służył.

 

Nagłe wtargnięcie wody do gospody i wrzaski gospodarza przerwały poranny spokój, podczas którego dopijał szklanicę wina po śniadaniu. Przypływ wdzierał się do środka nieustannie zalewając pomieszczenie i dorzucając nieproszonych gości w postaci szczurów. Zaiste był to znak, że pora już najwyższa opuścić ten przybytek i ruszać w drogę. Spojrzał na Marie wstając , która jak zwykle dość bezczelnie zwracała się do niego, ale nic nie rzekł uznając że trzeba wybaczać kobiecie słownictwo gdy zadaje się z żołnierzami za długo, choć jej nie wypada. Prawdą jednak było, że ten stan rzeczy niepokoił go i wolał sprawdzić co się dzieje z wierzchowcem.

- Znak to od Pani Jeziora, że za długo już tutaj przebywaliśmy, gdy szlak na nas czeka. Ruszajmy zatem czym prędzej z tego przybytku. - rzekł do reszty i skierował swe kroki ku wyjściu, na chwilę tylko przystając gdy usłyszał wspomnienie o demonie wody. Zmierzył wzrokiem kobietę lecz nic nie rzekł jeszcze. Miał nadzieję, że się przesłyszał.

 

Edytowane przez Dhagar

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Rikac podróżował wiele tygodni, a może i nawet miesięcy, w trakcie podróży do Bretonii całkowicie stracił rachubę czasu. Każdy dzień wydawał mu się ciągnąć w nieskończoność, a przez znaczną większość podróży nie miał nawet do kogo otworzyć ust. Brak choćby chwilowego towarzysza mocno mu doskwierał, Rikac miał nieodparte wrażenie że zaczyna powoli dziczeć i zamykać się w sobie. W ciągu ostatnich miesięcy w jego życiu wydarzyło się tak wiele, że chciał wyrzucić z siebie wszystkie kłębiące się z tyłu jego głowy myśli, podzielić się z kimś swoimi obserwacjami i spostrzeżeniami. Przez całe swoje życie miał u boku swojego przyszywanego ojca, a gdy ich ścieżki się rozeszły, pracował przez krótki czas w służbie Imperium i całkiem dobrze dogadywał się z innymi żołnierzami.  Wbrew pozorom, nie był przyzwyczajony do samotnej tułaczki i ani trochę nie spodziewał się, że tak szybko stanie się to jego największym zmartwieniem.

Niestety wiedział też, że nie może sobie pozwolić na szukanie towarzyszy ani noce w gospodach. Za jego głowę wyznaczono zbyt dużą nagrodę, i niewielu było takich, którzy nie chcieliby wbić Rikacowi noża w plecy.

 

Jego koń padł z wycieńczenia dopiero gdy znaleźli się w pobliżu Bretoni, więc końcówkę podróży młody łowca musiał odbyć pieszo. Do miasta ledwie się doczłapał, wówczas bolały go wszystkie mięśnie, nie miał nawet siły na podziwianie pięknej architektury miasta. Ledwo trzymając się na nogach, wypytał ludzi o najbliższą tawernę w której mógłby wypocząć i zregenerować siły. Dotarł do Bretoni, i właściwie wtedy dopiero zorientował się, że nie wie co ma ze sobą zrobić. Nie znał tutejszych zwyczajów, terenów ani ludzi. Błądził po omacku. Musiał sobie jakoś ułożyć życie, nie wiedział tylko, od czego ma zacząć.

Znalazłszy się w tawernie, po raz pierwszy od dawna zrzucił z siebie kaptur, dosiadł się do pustego stolika, zamawiając jedynie kubek z zimną wodą. Sączył ją powoli, wsłuchując się w rozmowę grupy poszukiwaczy przygód siedzących przy stoliku obok, uznawszy że ma do czynienia z interesującymi ludźmi, choć niechętnie i z lekkim przerażeniem spróbował przyłączyć do dyskusji. Zdawał się być lepszym słuchaczem niż rozmówcą, ale gdy w końcu poczuł się w towarzystwie nowo poznanych ludzi swobodnie, usta nie przestawały mu się zamykać. I tak właściwie poznał nowych towarzyszy, z którymi zdecydował się spędzić najbliższe pare dni.

 

Po paru dniach, Rikac i pozostali nadal spotykali się wspólnie przy stole. Młody łowca ze wszystkich chwil spędzonych w Bretoni, najmilej wspominał te, które spędził w towarzystwie tych ludzi.

Dawno nie miałem w ustach tak dobrze przyprawionego mięsa. - pochwalił posiłek Rikac, krojąc nożem kolejny kawałek mięsa. Spojrzał na swoich nowych towarzyszy. - Właściwie, nie poruszałem tego tematu wcześniej, ale skoro już się znamy, chciałbym zapytać czy....

Nie zdążył dokończyć, bo właśnie wtedy do tawerny wdarła się woda. Panika zagłuszyła jego głos, ale Reikac nie chciał rozstać się ze swoim mięsem, nie przeżuwając, połykał szybko kawałki modląc się, aby posiłek się nie zmarnował. Popił winem, i ruszył dopiero, gdy ponagliła go Lavina. 

Uśmiechnął się radośnie, choć dla gospodarza niewątpliwie była to tragedia, tak dla niego cała ta sytuacja wydawała się zabawna.

Chyba rzeczywiście zbyt długo tutaj zabawialiśmy... - zwrócił się do Luciena - Pora działać. Zacznijmy naszą bohaterską podróż od jakiegoś heroicznego czynu, najlepiej od uratowania tych biednych koni...

 

 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

Khergan mało znał świat na powierzchni, jego domem były niekończące się tunele Gór Szarych, z szczególnym uwzględnieniem Karak Norn oraz Karak Azgaraz, które pełniły szczególną rolę w jego sercu. Miesiące temu wyruszył z tego ostatniego wraz z ludzko-krasnoludzką karawaną mającą na celu dotarcie do L'Anguille, miał też po drodze i inną bardziej osobistą misję związaną z jednym z członków karawany który oddzielił się od nich za Przełęczą Szarej Damy, nie miejsce i czas jednak było by o tym rozpowiadać.

 

Ah cóż to była za przygoda! Dla młodego krasnoluda który przez lata widział jedynie tunele podziemnego świata cała ta wyprawa jawiła się jako cudowne spełnienie losu, mógł nie tylko podziwiać miasta i szlaki, ale także poznać bliżej ludzi, jak i poćwiczyć swój bretoński. Wszystko było dla niego żywe i kolorowe, lubił poznawać nowe miejsca i naprawdę był szczęśliwy z możliwości wzięcia udziału w ochronie. Sprawy handlowe jednak dużo mniej go interesowały, oto otworem stał przed nim cały nowy świat, świat portu L'Anguille!

 

Miasto miało swoje wady co prawda i nie raziły go wcale brud nabrzeża czy słony smak powietrza, błoto czy nawet ta woda co się obecnie wlewała wraz z przypływem do karczmy bo i tunele nie raz były zalewane i nic to dla niego wielkiego nie było. To co go raziło to budowle spiczastouchych, zaczynał rozumieć czemu Imperium nazywano często Imperium Ludzkości, a nie Bretonię. Wszak tu za dużo było elfich wpływów i sam nie wiedział czy cieszyć się że obecnie ich zasięg ograniczał się głównie do lasu Loren nad którym swoje kanony i balisty roztaczał dumnie Karak Norn, czy może martwić że tak bardzo okoliczni mieszkańcy byli nimi otoczeni i zapewne przesiąknięci. Czas pokaże.

 

Khergan był wielkim i rosłym krasnoludem, jak na krasnoluda wręcz gigantem, szerokie ramiona, 165cm wzrostu i prawie 100kg wagi. Jego bladoszare oczy uważnie obserwowały otoczenie, a miedziana broda zawiązana w metalowe obręcze i żelazne pierścienie spoczywała na solidnej kransoludzkiej kolczudze. Pił najgorsze szczyny jakie mogli mu zaoferować w tawernie które karczmarz bluźniąc nazywał piwem, jadł breję która może kiedyś była kapustą i spał w zbiorczej izbie, oszczędzając każdego pensa odkąd przybył do portu. Musiał, nie pobrał żołdu przed wyruszeniem w drogę, zapłatę dostanie w twierdzy dopiero po powrocie a sierżant wraz z krasnoludami wracać będzie dopiero z powrotną karawaną za tygodnie, a jak zaopatrzenie na czas nie przypłynie to może i miesiące. Mógł co prawda poprosić go o pieniądze i by zapewne otrzymał ale był na to zbyt dumny. Na razie miał wystarczająco, całe 4 srebrne szylingi, równowartość zapchlonych 48 pensów. Dzień jedzenia, o ile można było nazywać to jedzeniem kosztował 5 pensów, rozsądek podpowiadał mu więc że należało jak najszybciej poszukać płatnego zajęcia, może u kowala? a może jako zbrojne ramię?

 

Chwilowo jednak bawił przy stole z grupką poznanych niedawno ludzi, opowiadając o walkach stoczonych w górach szarych z zielonym plugastwem jak i skavenami w tunelach niedaleko ukochanej twierdzy. Przeżył więcej niż niejeden człowiek, miał więc co opowiadać, a i uszu nastawiał czy pracy nie ma siedząc i pijąc, czasem ktoś mu nawet za te opowieści prawdziwe piwo i strawę postawił. Jak na razie ludzie których poznał byli z gatunku tych dobrych, szczególnie sir Lucien, widać było po reakcji i słowie gdy snuł swoje historie uczucia jakie żywił ten młody człowiek do plugawej zielonej zarazy, widać było prawość w jego sercu i słuszną nienawiść. Zresztą, to nie jedyna podobność jaką widział kransolud, już taki los potomków Grimnira że bliżej im do tych co los zesłał na wojenną ścieżkę.

 

Gdy inni wstali kiwnął głową na znak że zgadza się z ich słowy, zarzucił tarczę (wielką stalową tarczę zdobioną symbolem klanu Grintzagaz) na plecy oraz w milczeniu podążył za innymi. Poza wielką tarczą nosił również włócznię która obecnie leżąc na plecach wystawała znad jego głowy, dość niecodzienna broń jak na krasnoluda.

 

 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Omijając wpływające coraz większą liczbą szczury i wbiegających, bądź wybiegających z gospody ludzi, którzy ratowali swoje mienie, w końcu znaleźliście się na zewnątrz. Uderzyło w was chłodne, jesienne powietrze przemieszane z portowymi zapachami. Na całej długości i szerokości ulicy mieszkańcy uwijali się jak w ukropie, próbując uchronić swoje mienie przed zamoczeniem, lub porwaniem go przez wzbierającą wodę. Lucien i Karl od razu popędzili do stojącej przy gospodzie stajni, gdzie niespokojne konie stawały dęba, rżały i strzygły uszami, nie dając się okiełznać walczącemu z ich zachowaniem młodemu stajennemu. Jedynie Alecto, jak na dobrze ułożonego rumaka przystało, zachowywał się w miarę spokojnie i zarżał tylko radośnie, widząc swego pana. Rycerz i rzezimieszek zgarnęli swoje wierzchowce i wyprowadzili na zewnątrz, mając je pod kontrolą.

 

Wody systematycznie przybywało, co nie było dobrą wiadomością zwłaszcza dla Khergana, który już teraz brodził w mętnej brei niemal po pas. Rozglądając się, szybko ustaliliście powód takiego obrotu sprawy. W poprzek ulicy utknął bowiem spory wóz, powodując szybsze spiętrzanie się wody. Próbowało go przesunąć kilku mężczyzn, ale pomimo wkładanego wysiłku, wciąż mieli z tym problemy. Nim ruszyliście w jego stronę, by im pomóc, od strony przyległych do tawerny budynków usłyszeliście mocny, arogancki, bretoński ton.
- Hej, wy tam! Ruszcie się i przesuńcie ten wóz! Zagradza całą ulicę, a jak tak dalej pójdzie, zaleje wszystkie domy poniżej!

 

Na jednym z wąskich balkonów na piętrze stał postawny, na oko trzydziestoletni, długowłosy mężczyzna, a jego szyte na miarę, bogato zdobione szaty z miejsca zdradzały, że macie do czynienia z przedstawicielem szlachty. Mężczyzna władczym tonem wydawał rozkazy pracującym przy wozie, jakby próbował mieć tym realny wpływ na przesunięcie przeszkody. Nie zastanawiając się długo i nie zważając na okrzyki szlachetki, ruszyliście, by pomóc, choć Lucien i Karl musieli odpucić, by mieć oko na wierzchowce. Woda wciąż się podnosiła, a wóz najpierw nie chciał zupełnie drgnąć, a gdy w końcu udało się go odklinować, napór wody był tak silny, że poczęliście osuwać się wraz z drewnianą konstrukcją. Sytuacji nie ułatwiały przepływające w waszą stronę z dużą prędkością skrzynie, beczki i inne przedmioty - nie dość, że musieliście asekurować wóz, to jeszcze uważać, by czymś nie oberwać.

 

Gdy wydawało się, że napór wody jest zbyt silny i osuniecie się wraz z wozem, wciągnięci w kipiel, nieoczekiwanie obok pojawił się wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna o przystojnej twarzy, który z zacięciem na obliczu wspomógł was przy zabezpieczeniu i przesunięciu wozu. Musieliście włożyć w to sporo wysiłku, ale ostatecznie udało się odstawić wóz tak, by nie powodował zagrożenia i nie osunął się w dół ulicy. Woda swobodnie przelała się przez zaporę i spadł jej poziom, co zwłaszcza Khergan przyjął z ulgą.
- Dobra robota, ale jest jeszcze sporo do zrobienia! - Nieznajomy uśmiechnął się szeroko i puścił oczko do Laviny i Marie, po czym przedzierając się przez wodę ruszył w stronę siedzącego na beczce nieopodal zapłakanego chłopca. Patrząc na jego świetnej jakości, dopasowany, szkarłatny płaszcz, nie mieliście złudzeń, że to kolejny przedstawiciel szlachty, jednak oni zwykle nie byli tacy skorzy do pomagania zwykłym ludziom.

 

Nie zastanawialiście się jednak nad tym długo, gdyż napór spływającej i wypłukującej wszystko wody wywalił z hukiem drzwi stojącego nieopodal obskurnego budynku, z którego wraz ze śmieciami, resztkami jedzenia i innymi rzeczami wypłynęło ciało, obrócone twarzą do dołu. Rikac, będąc najbliżej, podbiegł i odwrócił nieszczęśnika na plecy, po czym odskoczył, jak poparzony, odkrywając na czole topielca trzecie, na wpół zamknięte oko. Wśród zgromadzonych nieopodal ludzi pomagających przy zatrzymaniu przyboju wybuchło nagle poruszenie, które przerodziło się w panikę, gdy z domu wypłynął kolejny trup. Blady, nabrzmiały od wody mężczyzna płynął na plecach, a z jego klatki piersiowej wyrastało kilka paskudnych, gąbczastych macek. Gdy z budynku wypłynęły trzecie zwłoki, tym razem nieszczęśnika pokrytego gdzieniegdzie futrem i ropiejącymi ranami, mieszkańcy uciekali z wody, krzycząc przeraźliwie, jakby zwłoki za chwilę miały ożyć i pożreć ich żywcem. Widzieliście, jak chowają się gdzie tylko było można, zatrzaskując za sobą drzwi.

 

00233515.jpg

 

Szybko zostaliście na placu sami, w towarzystwie zmutowanych zwłok dryfujących bezwiednie w brudnej wodzie, przed ponurym budynkiem, który odstraszał swoim wyglądem potencjalnego gościa. Zewsząd odpadał tynk, a czarne oczy okien wpatrywały się w was, jakby chciały dać wam do zrozumienia, że nie jesteście tu mile widziani. Io ile piwnica zdawała się być zalana, tak parter był w miarę suchy. Pogoda zaczynała się psuć - od Morza Szponów zaczynał wiać mocny, przeszywający wiatr, niebo zaciągnięte było ciemnymi chmurami zwiastującymi rychłe nadejście deszczu, co przy opustoszałej uliczce dawało poczucie, jakby za chwilę miało stać się coś niepokojącego. 

 

Przez rozbite drzwi, wewnątrz domu, mignął wam nagle spory kształt. Czyżby kolejne zwłoki? Cóż, sprawdzić można to było tylko w jeden sposób, zwłaszcza, że mieszkańcy zupełnie nie kwapili się, by cokolwiek zrobić. Mieliście jedynie wrażenie, że obserwują was z zasłoniętych okien i lekko otwartych drzwi okolicznych domostw.

 

s6OH8dS.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 war2.jpg

Karl Bergsohn

 

 

Karl głupio się czuł trzymając konia podczas gdy reszta ryzykowała może nie życiem, ale na pewno uszczerbkiem na zdrowiu przesuwając wóz z drogi. Spoglądał na Luciena czekając, aż sam coś zrobi, ale nie robił, więc odczuł mały zawód z powodu obojętności kompana. Już miał ruszyć, gdy zobaczył nadchodzącego kolejnego ochotnika. Widząc, że z pomocą nieznajomego przesunęli wóz i poziom wody zaczął stopniowo się obniżać zaczął się rozglądać czy jeszcze coś ich czeka. No i wtedy zobaczył, że z domu coś wypływa. Normalnie by się tym nie przejął. Widział już często śmierć. Było mu żal nieszczęśnika, ale już się tym nie przejmował jak kiedyś. Dopóki nie zobaczył dziwnej reakcji Rikaca i zamieszania jakie robili mieszkańcy przy kolejnych trupach. Widział, że coś było nie tak z ciałami, które wypływały z mrocznego domku. Nawet z dalsza dostrzegł dziwne macki wychodzące z klatki piersiowej drugiego umrzyka. Podszedł jak najbliżej mógł z koniem. Podchodząc do ciał, już się przygotowywał mentalnie do zobaczenia zmutowanych ciał. Słyszał już kiedyś co mogą zrobić moce chaosu z ludźmi, ale pierwszy raz na oczy widział coś takiego. Zawiązał konia jak najbliżej tajemniczego domu i przykazał mu, żeby się nie bał, bo zrobi z niego kiełbasę. Choć i tak wiedział, że zwierzę go nie zrozumie. Podszedł do umrzyka z mackami i chciał mu się przyjrzeć. Zobaczyć czy zobaczy jakieś rany, coś co by wyjaśniało dlaczego nie żyje i dało mu jakąś informacje. Oczywiście nie dotykał zwłok, za bardzo się brzydził, ale starał się dowiedzieć jak najwięcej mógł o umrzyku. Wiedział, że w domu czekają go odpowiedzi i jeśli chce zrobić coś dobrego to musi wejść do środka i dowiedzieć co się stało. Targały nim wątpliwości, no i oczywiście strach, ale miał poczucie, że musi to zrobić. Zwrócił się do towarzyszy szukając poparcia i dodania odwagi: 

 

- Wchodzimy? - starając się aby jego głos nie zdradzał jego strachu i rozterek.

 

Jeśli towarzysze są chętni do wejścia razem z nim, sprawdza swój oręż czy jest na swoim miejscu i wchodzi z kompanami do pełnego mrocznych tajemnic domu.

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

 

Na brodę Grimnira! - krzyknął Khergan widząc zmutowane zwłoki - cóż za obrzydlistwo, myślałem że elficka zaraza architektoniczna to jedyna choroba która trawi to miasto, ale widać infekcja jest głębsza niż na pierwszy rzut oka można ujrzeć - rzekł krasnolud z widocznie zmartwioną twarzą.
Rozejrzał się w około - oho, to tyle jeśli chodzi o gościnność i odwagę miejscowych - w tym momencie żałował że żołnierskim doświadczeniem wybrał włóćznię, nie ma przecież jak ciężki krasnoludzki topór gdy musisz odciąć głowę zmutowanego ścierwa, włóćznią wiele nie zdziała.

 

- Te ścierwa trzeba związać i spalić jak woda opadnie, bogowie jedni wiedzą jaka zaraza z nimi płynie. Macie topór? Dla pewności lepiej odrąbać im czerepy - Khergan nie miał wiele do czynienia z chaosem, tyle co z ksiąg go uczyli i tyle co widział w walce ze skavenami które spaczeń czasem wykorzystywały do swoich plugawych celów, szczuroludzie jednak zdawali się odporni na choroby i inne plugastwa, podobnie jak ich mniejsi pobratymcy, nie tyczyło to się niestety wielu innych ras. Wiedział jednak że brak głowy u wroga często rozwiązuje wiele problemów, niezależnie jakim plugastwem włada.

- Pomoże mi ktoś? - rzekł wyjmując z sakwy linę zakończoną kotwiczką. Niezależnie czy ktoś pomógł przytrzymując zwłoki podszedł i zaczepił kotwicę za pasem pierwszych zwłok, podszedł do drugich ciągnąc je za sobą, starając się jak najmniej ich dotykać obwiązał je razem z pierwszymi liną, podciągnął do trzecich i wykonał to samo. Woda ułatwiała sprawę bo mógł pod nimi przeciągnąć linę nie dotykając paskudztwa. Taki pakunek przywiązał do drzwi domu z którego wypłynęły - było to ostrzeżenie dla mieszczan jak i tymczasowy środek ostrożności, nie ma nic gorszego niż zaraza. Przyjrzał się jeszcze raz zwłokom, ten ostatni z ropiejącymi ranami najbardziej napwał go obrzydzeniem i obawą.  

 

- Czy wchodzimy? - odpowiedział pytaniem na pytanie Karla. - Gdyby nie pogoda i woda bym optował raczej za oblaniem domu oliwą i spaleniem tej rudery do gołej ziemi, niestety nie mamy tej opcji. Te ciała... - zamilkł na chwilę -  to może być wynik kontaktu ze spaczeniem. Widziałem podobne kiedyś po walce ze szczuroludźmi, dzieci Grungniego są twardzi jak stal i skała ale i ich ciała Chaos potrafił splugawić...
- Niestety obawiam się najgorszego, wątpliwe by kontakt w sercu miasta był przypadkowy, to nie kopalnia na mroźnej północy byś nagle dokopał się do skażonych skał czy innym nieszczęściem losu znalazł przeklęty przedmiot. Ktoś to tutaj przyniósł albo Ci nieszczęśnicy padli ofiarą eksperymentów, kultu lub szalonego, psia jego krew, maga! - 
powiedział i widać że gniew w nim rośnie. - Chodźmy!

 

Rzekłszy to zdjął z pleców tarczę i osłaniając się nią szedł z włóćznią w dłoni zdecydowanym krokiem do wejśćia domu.

Odwaga jak i tchórzostwo są zaraźliwe, to jedna z wielu prawd jakich nauczyło go żołnierskie życie, chciał więc zarazić innych odwagą.
- Na chwałę Grimnira! - krzyknął i wszedł do domostwa.

 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Pomogła przy przesunięciu wozu i odpuściła oko temu szlachetce, który się do nich dokoptował, a potem równie szybko zniknął. Szkoda, że nie zdążyła zapytać o jego imię, kto wie, może nawet udałoby im się spędzić dzisiejszy wieczór na małym co nieco. Marie rozmarzyła się na moment, a potem z chałupy nieopodal wypłynęły pokryte mutacjami zwłoki i cała ulica w mig zrobiła się wymarła. Żeglarka tylko zmrużyła oczy, widząc naznaczonych Chaośników i zastanawiała się, co trzeba mieć we łbie, żeby wyznawać tych plugawych bożków...

 

Rozglądała się po okolicy, gdy Khergan zaczął obwiązywać truposzy. Skinęła mu na propozycję obcinania głów.
- No i trzeba zawiadomić straż miejską, o ile już żaden z tych tchórzy, co się pochowali nie pobiegł po nich - rzuciła i przyjrzała się domostwu.
Nie lubiła takich miejsc, a już zwłaszcza, gdy wypływali z nich mutanci. To mogło oznaczać, że mieli tu jakieś zebrania i prawdopodobnie oddawali cześć swoim ulubieńcom.
- Pewnie odprawiali w piwnicy te swoje obrządki, woda ich zastała i biedaczki nie zdążyli uciec - powiedziała, biorąc sytuację na logikę. W maga, o którym mówił krasnolud, jakoś nie chciało jej się wierzyć, chociaż oczywiście nie można było niczego wykluczyć.

 

Sięgnęła po tarczę, w prawą dłoń poszedł miecz. Coś im mignęło wcześniej w drzwiach, a martwe, czy nie, warto było być odpowiednio przygotowanym. Czuła, jak ogarnia ją euforia, a gnane ciekawością zmysły wyostrzały się, analizując otoczenie. Pomimo delikatnego niepokoju, który ją tylko dodatkowo napędzał, cieszyła się, że nie musi siedzieć na tyłku w gospodzie. Co prawda nie lubiła mieć do czynienia z plugawymi religiami, ale cóż zrobić - ciekawość i tak prędzej, czy później zaprowadzi ją w końcu do Morra.
- Miejmy się na baczności, może być ich tu więcej i niekoniecznie martwych... - szepnęła, gdy z uniesionym mieczem przekroczyła za Kherganem próg podejrzanego domostwa.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Wierzchowiec czekał cierpliwie na swego pana, wszak był odpowiednio przeszkolony i niejako razem się wychowywali. W przeciwieństwie do konia Karla, który należał najwyraźniej do narowistych i nie ułożonych. Ale nie spodziewał się niczego innego po obcokrajowcach nie należących do szlachty. Sytuacja na zewnątrz nie wyglądała za dobrze, ale jego towarzysze sobie poradzili z pomocą mężczyzny, który wyglądał na bretońskiego szlachcica. Jego zachowanie miało w sobie znamiona dobrych wzorców do naśladowania, pomagania w każdych niemal warunkach, co mogło się podobać Pani.

Rozmyślania przerwało jednak pojawienie się zwłok, które choć do topielców należały, to jednak  nosiły oznaki mutacji. Takich rzeczy nie spotkało się w miastach a przynajmniej nie powinno się spotykać. Mutanci przeważnie atakowało na traktach, z lasów czego był już świadkiem podczas swej wędrówki. Nie dziwił się reakcjom mieszkańców, którzy byli bojaźliwi i przerażało ich niemal wszystko co stanowiło zagrożenie. Dlatego tak wielu też liczyło na pomoc ze strony szlachty i rycerstwa, na ich działania. Lucien nie miał też zamiaru pozostawać przed tym wyzwaniem w tyle. Przymocowawszy wierzchowca przy wejściu, ściągnął tarczę pokrytą heraldycznymi znakami z mocowań i wyciągnął miecz z pochwy.

 

- Wchodzimy bez wahania. Kto wie czy nie został tam jeszcze jakiś mutant, a takowych nie można przy życiu pozostawić, zwłaszcza w mieście.  – rzekł i ruszył śladem krasnoluda do środka, który wykazywał z jednej strony zmysł pola walki chcąc walczyć w dystansie z przeciwnikiem, ale też w zagraconych pomieszczeniach mógł nie mieć okazji do wykorzystania w pełni swej przewagi. - Uważajcie na flanki towarzysze. I nie dotykajcie niczego podejrzanego.

 

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

 

Przesuwanie wozu stojąc w wodzie i ślizgając się po powierzchni jest zdecydowanie trudniejszą sprawą niźli się wydawało. Zwłaszcza jak dwóch rosłych chłopów zamiast pomóc pilnuje swojego żywego inwentarza. Ciężka fizyczna praca nie była obca kobiecie ale lubiła też równy podział rozłożenia prac, zwłaszcza jeśli praca dawała swoją własną satysfakcję zamiast zysku.

Na widok płynących zwłok aż się wzdrygnęła, była przyzwyczajona że zwłoki nie powinny się przemieszczać. I nawet jeśli te poruszała woda, ta nienaturalność wywołała u niej dreszcz niepokoju. Zanim mogła się przyjrzeć martwym ścierwom krasnolód już je zaczął holować na sznurze. Postanowiła nie wchodzić komuś w kompetencje, Tarcza sprawiał wrażenie jakby dokładnie wiedział co robi. Kiedy wewnątrz domu zobaczyła ruch jej ręka odruchowo sięgnęła po rękojeść miecza.

   

 

- Idę za wami, chociaż czułabym się lepiej jakbyś mieli choćby szkic planu, wiecie sprawdzić czy nie ma bocznego wyjścia, ewentualny podział na mniejsze grupy w celu szybszego przeszukania terenu, hasło ostrzegawcze, wiecie takie tam podstawy.  – Powiedziała do swoich towarzyszy ustawiając się przy drzwiach i wyciągając miecz.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Rikac zgodnie z wcześniejszym oznajmieniem, ruszył do stajni aby pomóc przy koniach. Jego towarzysze radzili sobie całkiem nieźle, więc zdecydował się pomóc właścicielom pozostałych rumaków. Jego doświadczenie pozwoliło mu szybko uwinąć się z ujarzmieniem najbardziej niesfornych wierzchowców.  

Wreszcie wydostali się na zewnątrz, woda stale wzbierała, a na ulicach miasta zapanował chaos. Rikac rozglądał się w okół, nie potrafiąc zdecydować, kto z potrzebujących najbardziej potrzebuje jego pomocy. Nim udało mu się wreszcie podjąć jakąkolwiek decyzję, drzwi jednego z budynków nie wytrzymały naporu, i tym samym wyrwały się z zawiasów.  Z zewnątrz wypłynęły ciała.     

- Jasny gwint... -  szepnął sam do siebie, i ruszył w kierunku najbliższego ciała. Obrócił je, po czym gwałtownie odskoczył. Obrócił się w kierunku towarzyszy, w jego oczach przez ułamek sekundy pojawiło się przerażenie, które szybko ustąpiło miejsca spokojowi.

 

- Ktoś musi to sprawdzić.. - powiedział, i skinął głową w kierunku Marie i Luciena - krasnolud chyba zdecydował za nas. Wchodzimy do środka. Bądźcie ostrożni.  

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zachowując ostrożność, w gotowości przekroczyliście próg ponurego domostwa, z którego przybój niemal całkowicie już wypłukał mętną wodę. Od razu buchnął w was odór wilgoci przemieszanej z chłodem. Poruszając się na tyle cicho, na ile pozwalały wam umiejętności, zabraliście się za sprawdzenie domu.

 

Parter okazał się być całkiem pusty, choć nie sprawiał wrażenia zniszczonego. Po krótkich oględzinach doszliście nawet do wniosku, że domostwo było zamieszkiwane jeszcze całkiem niedawno. Prowadzący w głąb korytarz był długi i pogrążony w półmroku, wyłożony jakimś ciemnym drewnem. Po lewej znajdowała się spora, choć obecnie pusta garderoba na ubrania, a po prawej schody balustradą prowadzące na piętro. Okno na półpiętrze zasłonięte było ciężkimi kotarami, przez które jedynie miejscami przebijało się dzienne światło.

 

Przeszliście do przestronnego salonu, z którego na ulicę wychodziły dwa duże okna. Pod jedną ze ścian znajdował się kominek, a z sufitu zwieszał się pokryty plątaniną pajęczyn kandelabr. Z mebli ostały się tutaj jedynie niewielki stół, niechlujnie ułożony po środku pokoju dywan i kredens. Naprzeciw kominka dostrzegliście uchylone drzwi, które zaprowadziły was do czegoś, co wcześniej musiało być jadalnią połączoną z kuchnią.

 

Wszędzie panowała zupełna cisza, więc w końcu ruszyliście na piętro. Pierwsze pomieszczenie po lewej wyglądało na składzik - znajdowały się tam półki z pożółkłymi prześcieradłami i poszewkami, kolejne trzy pokoje rozsiane na całej długości korytarza stanowiły sypialnie a ostatni z nich okazał się być toaletą z wielką, drewnianą balią. Nie znaleźliście tutaj nic ciekawego, więc zeszliście na dół.

 

W takich domach zwykle znajdowało się jeszcze zejście do piwnicy, a skoro do tej pory go nie odkryliście, zaczęliście przeczesywać parter. Po dłuższej chwili Lavina natrafiła na podejrzaną nierówność w podłodze w salonie, zamaskowaną pod dywanem. Lucien i Karl szybko przesunęli stół, odrzucili dywan i waszym oczom ukazała się prostokątna klapa w podłodze z przymocowanym do niej z prawej strony metalowym kółkiem umiejscowionym mniej więcej pośrodku.

 

Khergan energicznym ruchem szarpnął za kółko, podrywając klapę i ukazując wszystkim drewniane schody prowadzące pod poziom domostwa, prosto w mrok. Odór wilgoci i stęchlizny, jaki buchnął z piwnicy sprawił, że Rikac skrzywił się, a Lucien aż odkaszlnął, zakrywając usta dłonią. Z tej perspektywy nie dało się zauważyć, czy piwnica wciąż jest zalana, więc był tylko jeden sposób, by to sprawdzić. 

 

Szykując się do zejścia, usłyszeliście jednak nagle coś, co sprawiło, że spojrzeliście po sobie, łapiąc za broń. Z piętra doszło was wyraźne skrzypienie podłogi i już po chwili byliście pewni, że to czyjeś kroki. Stawiane powoli, jakby ktoś próbował przemieszczać się bardzo ostrożnie. Nasłuchując, zdaliście sobie sprawę, że to musi być jedna osoba. Czyżby ktoś ukrył się w szafie, albo jakimś kufrze i korzystając z okazji postanowił dać nogę? Przywołaliście w głowie rozkład pomieszczeń na górze - odgłos kroków pokrywał się z jedną z sypialni po lewej stronie korytarza. Trzeba było decydować, co robicie...

 

s6OH8dS.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Dom, z którego wypłynęli mutanci okazał się być pusty, ale mimo wszystko coś tu żeglarce nie pasowało. Po pierwsze, nie natrafili na ten kształt, który mógł być człowiekiem, przepływającym obok drzwi, co mogło oznaczać, że to coś lub ktoś jeszcze żyło i albo dało nogę, albo wciąż ukrywało się w budynku, chociaż sprawdzenie z grubsza nie pozwoliło na odkrycie niczego podejrzanego, a po drugie, skądś ci chaośnicy musieli wypłynąć.

 

Na szczęście niedługo później Lavina znalazła właz do piwnicy, który Khergan szybko otworzył i ze środka wylała się ciemność, dająca ujrzeć jedynie kilka pierwszych schodków prowadzących na dół.
- Ciemno tam jak w dupie - powiedziała Marie-Noëlle. - Jeśli mamy schodzić, to trzeba sobie poświecić czymś solidnym. To miasto budowały elfy, dziadek mi kiedyś opowiadał, że piwnice pod domami często łączą się z podziemnym labiryntem korytarzy. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale lepiej dmuchać na zimne, no nie?

 

Odłożyła tarczę i już sięgała do plecaka po latarnię, gdy nagle usłyszała, że ktoś spaceruje sobie po piętrze. Przez chwilę myślała, że ma jakieś omamy słuchowe, ale dźwięk wyraźnie się powtórzył. No i reszta towarzyszy również go słyszała.
- Trzeba to sprawdzić, to pewnie jeden z lokatorów - rzuciła ściszonym głosem i na powrót dobyła tarczy oraz uniosła miecz. - Idę na górę, nie ma sensu, żebyśmy wszyscy się tam pchali, jeśli to tylko jeden człowiek. Jak będzie więcej, to będę wołać. Ktoś idzie ze mną? Karl? Khergan? - Zerknęła na nich, po czym przeniosła spojrzenie na Lavinę i pozostałych. - Wy możecie sprawdzić piwnicę, albo poczekać na nas, to pewnie nie zajmie dużo czasu...

 

Po tych słowach ruszyła z wolna w stronę schodów, nasłuchując czujnie. Chciała jak najciszej wejść na piętro i rozeznać się w sytuacji, a w razie czego zaatakować lub się bronić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

war2.jpg

Karl Bergsohn


Karl wchodząc z drużyną do tajemniczego domu czuł się o wiele pewniej. Po części się bał, ale obecność towarzyszy dodawała mu odwagi i determinacji. Po przeszukaniu domu i odnalezienia ukrytego wrota do piwnicy nawet odczuł satysfakcje ze swoich poczynań i skupił wszystkie zmysły, żeby dokończyć sprawę truposzy. Piwnica nie wyglądała na bezpieczną, miał wrażenie, że tam na dole coś ich jeszcze zaskoczy. Wpatrywał się w tą ciemność oczekując, że coś z niej wyjdzie. Aż podskoczył jak usłyszał delikatne stąpnięcia na pierwszym piętrze. Od razu miał pewność że odgłosy dochodzą z odwiedzanej (ale widać nie zbyt dokładnie) sypialni z oknem. Nie potrafił sobie wyobrazić, że oto straszny mag lub mutant chowie się przed nimi w szafie. Coś mu w tym śmierdziało. Nie wiedział jeszcze co, ale to się kupy póki co nie trzymało. 

 

- Idę z Tobą Mery - odpowiedział Karl. Nie mógł sobie pozwolić na strach po tym jak kobieta i w dodatku żołnierz, chciała iść do góry sprawdzić kto jest sprawcą cichych kroków. Przesiadując często w tawernach, nie pamiętał jak wiele razy z kumplami od piwa śmiali się z imperialnych żołnierzyków i strażników. A tu masz, kobieta-żołnierz chce iść w pierwszym szeregu. Nie mógł zostać przy klapie. Nie pozwalała mu na to duma byłego rzezimieszka. 

 

- Nie wchodźcie do piwnicy bez nas. Dobrze by było jakby ktoś czatował przed domem. Lokator czy kto tam jest, może zechcieć zeskoczyć z okna, żeby uciec - rzucił w locie cichym głosem podążając za Marie-Noelle w kierunku schodów. Wyciąga jak najciszej potrafi miecz z pochwy i wchodzi po schodach, a jego celem była sypialnia z której dochodziły ciche odgłosy kroków.

Edytowane przez Kertiop
dodanie avka i imienia postaci ;) dzięki Ego ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Przeczesywanie parteru nie dało żadnych rezultatów, pomijając odkrycie zejścia do śmierdzącej piwnicy. Lucienowi nie uśmiechało się schodzić na dół, zwłaszcza że w chwili obecnej musiała być cała zalana wodą i trudno by było cokolwiek w niej znaleźć. A znaczniej szybciej by się w niej utopiło, tak jak spotkało to tamtych mutantów. A to nie był los, jaki chciał mieć Lucien w swym udziale. I o ile nie będzie do tego zmuszony pozostawiał sprawdzanie w tej chwili piwnicy swym towarzyszom w pierwszej kolejności.

Odgłosy skrzypienia na górze wskazywały na ciągle jeszcze żywych osobników, co nie było dobrą wiadomością. Skoro mutanci jeszcze żyli należało się z nimi rozprawić w pierwszej kolejności. Skoro trzech się utopiło, to można było zgadywać że w tym budynku jest ich więcej. Nie mogli zatem czekać zbyt długo dyskutując jaką podjąć decyzję, należało działać od razu.

 

- Rozdzielamy się. Idę na górę jako pierwszy, nie można zostawić tego zadania dla jednej osoby. Wyznawcy chaosu bywają przebiegli i niebezpieczni. Walczyłem już z nimi w lesie Arden. Lepiej zatem by ciężkozbrojna osoba szła przed resztą, lepszą stanowi wtedy osłonę dla tych którzy ją wspierać będą z drugiej linii a potem z flanki.  – rzekł do reszty kierując swe kroki ku schodom. Przemieścił tarczę przed siebie i z mieczem gotowym do walki szedł tam, gdzie słyszeć było ruch nieznanego. Dwójka jego towarzyszy potrafiła chodzić cicho, w przeciwieństwie do jego mimowolnych cięższych kroków. Ale to też było dobrą stroną tej sytuacji - przeciwnik jeśli gdzieś był na górze - mógł podejrzewać tylko jedną nadciągającą osobę a nie trzy co dawało im element zaskoczenia. Przeciw mutantom nie trzeba było walczyć honorowo, nie zasługiwali na taki zaszczyt.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

Dom był pełen zapachu wilgoci, błota i mokrego drewna, śmierdział, tak jak Khergan spodziewał się że śmierdzieć powinien.
Czuły słuch, z którego krasnolud był znany w swoich stronach, na niewiele się zdał, nie znaleźli nikogo.
Co więcej nie znaleźli też pływających zwlok, widocznie zwłokami nie były i gdzieś sobie poszły, co mocno trapiło młodego khazada.

Gdy już byli przy klapie do piwnicy nagle usłyszeli kroki na piętrze.
- Oho, nasze pływające zwłoki chyba się odnalazły - szepnął

Już miał odpowiedzieć Marie, kiwnąć głową na znak że zgadza się z jej planem, gdy nagle wyrwali się do pomocy Karl i Lucien, a troje to już tłok jak mawiał mu pewien ludzki bard, chociaż nie do końca rozumiał co ten człeczyna miał na myśli. Wysłuchał co powiedzieli i złapał za ramię Luciena,
- zostań - szpenął stanowczo - z tym żelastwem jedynie spłoszysz naszą ptaszynę.
- Chodźmy lepiej od strony okien, będziemy go łapać gdyby chciał wyfrunąć -
 dokończył szeptem
- Dajcie nam znać przez okno jak będzie już po - szepnął na koniec do Marie i wyszedł z budynku pod okna by w razie czego złapać uciekiniera, miał nadzieję że Lucien podąży za nim.

 

 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Rycerz spojrzał z góry na krasnoluda, który proponował mu dziwne podchody i łapanie przeciwnika gdyby tamten próbował uciekać. Do tego jeszcze miał dać iść samej niewieście na górę naprzeciw wroga. Może i radziła sobie z mieczem, ale to nie uchodziło. Pokręcił zatem tylko głową do Khergana.

- Nie mam zamiaru podchodzić do wroga niczym złodziej od tyłu, ale wolę stawić mu czoła jako pierwszy. Ruszaj zatem krasnoludzie na tyły i weź jeszcze kogoś z łukiem jako wsparcie. - mruknął do Khergana. Nie miał zamiaru rezygnować ze swego postanowienia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

- Okna są z boku a nie z tyłu, a nasz ptaszek w sypialni po lewej stronie od korytarza - pouczył zakutego łba zwanego rycerzem.
- A tyłem to on będzie do Ciebie skacząc przez okno - mruknął na koniec krasnolud i poszedł pod okna, zmartwiony tym że taktyki w bretońskich szkołach rycerskich nie uczą.

 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

 

Domostwo nie było jeszcze całkowitą ruiną ale rzeczy posiadających jakąś wartość już nie miało, przynajmniej Ona nic nie znalazła. Cienia który im mignął nie znaleźli co było dziwne gdyż wejście do piwnicy było zbyt ładnie przykryte by ktoś ewakuował się tamtędy a potem magicznie na nowo przykrył je dywanem. Przykucnęła na skraju wejścia do ciemności. "No tak, a mogłam wiedzieć lepiej i wziąć torbę ze sobą."

Kiedy deski na piętrze skrzypnęły spojrzała w górę tak szybko, że aż poczuła to w karku. Najwidoczniej chodzenie po czyimś domu nawet w towarzystwie sprawiało, że czuła się jakby stąpała po krawędzi grobu. Ucieszyła się że chętnych do przepychanek zbrojnych było wystarczająco i sama nie widziała potrzeby uczestniczenia. Jako że jedyną osobą która jeszcze nie zdążyła się do nich włączyć był Rikaca zwróciła się do niego i przemówiła półszeptem.

- Będzie nam potrzebna latarnia mam jedną, ale została w gospodzie, przyniosę też parę innych rzeczy które mogą się przydać. Myślę że w piątkę poradzicie sobie spokojnie poradzicie z problemem na górze. - Powiedziała, i kiedy mężczyzna dał znak ze przyswoił informację. Po cichu ruszyła do wyjścia by puścić się biegiem po mokrej ulicy w stronę tawerny.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Marie przez chwilę przysłuchiwała się wymianie słów między Kherganem a Lucienem, w końcu dorzuciła też swoje trzy grosze.

 

- Typowy szlachetka, uparty i myślący, że pozjadał wszystkie rozumy... - Prychnęła cicho przez zęby, zerkając na Luciena. - Khergan ma rację. Przecież w tym rynsztunku tylko nam go spłoszysz... Ale dobra, chcesz iść przodem, to idź, najwyżej będzie na ciebie, jak nam mutant spierdoli. - Skrzywiła się i odstąpiła od schodów, wskazując je ręką i puszczając rycerza przodem.

 

Zawsze się zastanawiała, dlaczego nazywają ich zakutymi łbami.

Teraz już wiedziała...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Przeszukując parter, domostwo wydawało się być całkowite spokojnie. Nie było niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że dzieje się tutaj coś złego. Rikac ostrożnie rozglądał się w okół, próbując znaleźć coś, co mogliby przeoczyć. Rozejrzeli się również po piętrze, gdzie także nie znaleźli niczego co mogłoby być warte uwagi. Zarówno łowca jak i jego towarzysze zdecydowali się nie odpuszczać. Go zżerała ciekawość, a niektórzy, choćby Lucien uważali to za konieczne. 

Wspólnie szybko doszli do wniosku że rozsądnie będzie poszukać piwnic bądź ukrytych przejść, i nie mylili się. Udało im się wreszcie znaleźć przejście, gdy Rikac usłyszał kroki, gwałtownie obrócił się, ściągając łuk z pleców. Spojrzał gniewnie na towarzyszy.

 

Zbyt dużo gadacie... - warknął szeptem - Ktokolwiek tu jest, już wie, że my wiemy. Rozdzielenie się to beznadziejny pomysł - Rikac wyprostował się - Jeśli obcego nie speszyły nasze głosy, to znaczy, że albo jest głupi, albo szykuje zasadzkę. A może poszedł już po wsparcie? Piwnica może poczekać. Część z nas powinna pilnować wejść, jeśli maczają w tym palce kultyści chaosu, czy inne zbiry, to jestem pewien że tutaj wrócą. Nie dajmy się zaskoczyć. 

Zatrzymał odchodzącą Lavinę, chwytając ją za ramię.

- Latarnie albo świece powinny być tutaj, w domostwie. Po prostu poczekaj. Nie śpieszmy się z tym. - odparł.

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

 

war2.jpg

Karl Bergsohn

 

Karl wolał się nie oglądać na grupę gdy wchodził po schodach i skupić się na to co go czekało na górze, ale rozmowy towarzyszy kłócących się ze sobą co tu zrobić po prostu nie mieściła mu się w głowie. Jedynie Khergan posłuchał odnośnie pilnowania okien przed domem i słyszał częściowo co powiedział Rikac odnośnie dużej gadatliwości grupy. Zgadzał się z nim w 100%. Jak zobaczył Luciena kierującego się na schody, myślał, że za chwilę nawrzeszczy na przygłupawego rycerza. Powstrzymał się jednak (choć gniewny grymas twarzy mu nie zszedł) i nie pozwolił się wyprzedzić szlachcicowi. Szedł pierwszy na górę, starając się jak najciszej potrafi stąpać po stopniach. Miał nadzieję, że krasnolud będzie gotowy, a zakuty łeb zawróci. "Chociaż kto wie czy strzelec nie miał racji odnośnie zasadzki i o tym, że stąpający na górze już wie, że po niego idziemy...Psiakrew! Zaraz się dowiemy..." Pomyślał kierując się pierwszy na górę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz