Ego

Objawy zła (Ego)

141 postów w tym temacie

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Cieszyła się, że jako tako udało się opatrzyć ramię Khergana i mimo wszystko, z dwojga złego lepiej, że oberwał w lewą rękę, niż miałby w prawą, bo tak straciliby porządny element bojowy, a ten, jak było widać po wcześniejszej walce, mocno się przydawał na tych ziemiach.

 

Gdy ruszyli, Marie rozglądała się czujnie po całym terenie, nie mając zamiaru dać się zaskoczyć potencjalnemu zagrożeniu. Na szczęście tym razem droga przebiegała bez problemów. Jednocześnie zastanawiała się, jak można kochać takie tułacze życie? Włóczyć się po lasach i gościńcach, wystawiając na utratę życia. Jasne, ona też się tułała po morzach i co chwila była w innym miejscu, jednak żegluga to było w jej mniemaniu coś innego. Coś stabilniejszego. Albo po prostu za bardzo się do tego przyzwyczaiła, by spróbować innego życia.

 

Po dotarciu w okolice starego młyna, Marie tylko przewróciła oczyma na opowieść Odo. Prości ludzie lubili opowiadać przeróżne historie, czasami by straszyć nimi dzieci albo siebie nawzajem. Niemniej jak zauważył Karl, ktoś mógł już się tam zadomowić przed nadejściem zmroku i trzeba było sprawdzić, czy teren jest czysty.
- Mogę iść z tobą, Karl. Wolę to, niż słuchać opowieści o duchach i upiorach. - Skrzywiła się i spojrzała ponuro na Odo. Ci wieśniacy... Wskazała trzymanym mieczem drogę na niewielki mostek. - Panowie przodem. - Uśmiechnęła się zadziornie.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Szarża na plugawych zwierzoludzi była nad wyraz skuteczna. Kopia przebijająca korpus bestii i wychodząca plecami wraz z wnętrznościami była pięknym widokiem, świadczącym zarówno o umiejętnościach rycerza jak sprzyjającej mu Pani Jeziora. Nie wszystkim jednak tak dobrze się powiodło, krasnolud miał pecha i w walce został ranny, ale to był jedyny sukces napastników. Wieśniacy okazali się całkowicie bezużyteczni i dopiero po walce opuścili swoje schronienie. Cóż, dlatego własnie w Bretonii było tyle rycerstwa, które dbało o tych niższych stanem, walcząc z wszelkimi zagrożeniami jakie panoszyły się po ziemiach królestwa.

 

Dalsza podróż doprowadziła ich do opuszczonego młynu, który zdawał się być dobrym miejscem na nocleg, zwłaszcza w obliczu zbliżającego się deszczu. Wprawdzie Lucien posiadał namiot, ale jeśli była okazja do przenocowania pod dachem to szkoda by było nie skorzystać.

Podjechawszy bliżej zsiadł z konia, zostawiwszy przy nim kopię i przywiązując wierzchowca do najbliższego drzewa.

 

- Jeśli ktokolwiek tutaj mieszka zaraz się o tym dowiemy. – rzekł dobywając miecza i poprawiając chwyt na tarczy. Osobiście wolał walczyć z konia, ale doskonale wiedział, że czasami sytuacja wykluczała wykorzystywanie pełnej przewagi bretońskiego rycerza. Niezbyt przejmował się strachliwym gadaniem wieśniaków. Nie mogły te wierzenia powstrzymać rycerza Pani. – Ruszajmy zatem, im szybciej sprawdzimy ten opuszczony młyn tym szybciej będziemy mogli odpocząć w suchym miejscu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

war2.jpg.c5ded5732d3b9bf5b30cebf0cbb2c7ca.jpg

Karl Bergsohn

 

Karl uśmiechnął w odpowiedzi na propozycję Mery. Liczył co prawda bardziej na łowcę, ale nie będą się kłócić z tego powodu. Uśmiech mu zszedł, gdy rycerz wtrącił o swoim uczestnictwie w przeszpiegach. 

 

- Nie obraź się Lucien, ale z Twoim ekwipunkiem, to zanim dojdziemy do młynu to wszyscy w okolicy będą wiedzieć, że tam zmierzamy. Pójdę ja i Mery. Przypilnujcie w międzyczasie chłopów - zwrócił się do wszystkich - Jeśli byśmy tam kogoś spotkali, damy Wam znak. 

 

Nie czekając na reakcję pozostałych, wziął tarczę z siodła i poszedł przodem w kierunku młyna mając nadzieję, że nie spotkają tam kolejnych zwierzoludzi.

 

<nie mogę dodać zdjęcia, postaram się go wrzucić w wolnej chwili>

Edytowane przez Kertiop
już wrzucone :) dzięks Ego ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Lucien spojrzał na Karla całkowicie nie biorąc pod uwagę jego prośby. Chyba brał rycerza za kogoś, kto będzie tchórzliwie czekał pół bitwy na tyłach, bo mogą go usłyszeć.

- Gdyby ktokolwiek tam był to i tak już wie o naszym przybyciu, biorąc pod uwagę nasze konie i rozmowy chłopów. Zatem teraz skradanie się pod młyn wydaje się być grubo chybionym pomysłem. - skwitował i ruszył ku młynowi. Zostawanie z tyłu było dla niego mało honorowym podejściem do sprawy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

           

Lavina skrzywiła się zawiedziona “Nic ciekawego? Naprawde?” pomyślała. Zwierzo-ludzie pewnie nie potrzebowali pieniędzy, ale drogie trofea z wymordowanych kupców mogliby nosić przy sobie, jak nie dla siebie to dla takich ludzi jak ona i jej towarzysze.

Nikt nie wyraził ochoty pozbycia się zwłok, wprawdzie Lavina nie traciła czasu na przekonywanie towarzyszy argumentami takimi jak, podnoszenie szans epidemii, nowe mutacje czy obawa przed tym że te zwłoki mogą reanimować się, w końcu kto wie jak bogowie Chaosu traktują swoich wyznawców.

 

Dalsza część drogi przebiegła spokojnie choć, inni byli ostrożni aż czuło się to napięcie w powietrzu. Młyn wodny od razu mimo, że stanowił dobre schronienie na noc, przyprawiał ją o gęsią skórkę a może był to już efekt zapadania nocy.

- Duchy mogą nam najwyżej poprzeszkadzać w nocy, wolę niewyspanie niż ewentualny nocny deszcz. - Powiedziała Odo, na jego komentarz o zjawach.

           

Kiedy Marie i Karl postanowili sprawdzić młyn, Lavinie już cisnął się na usta komentarz o “Jęczących Nawiedzonych Domostwach”, ale kiedy Lucien dołączył na trzeciego, postanowiła przysłowiowo “Ugryź się w język”. Chociaż nie mogła, nie przyznać rycerzowi racji.

- Lucien ma racje, jeśli tam ktoś jest to już nas zobaczył,  jeśli żyw to da nogę, a duchom i zjawą pewnie i tak wszystko jedno. - Powiedziała.

 

 

 

Edytowane przez Ego
wycentrowanie avka ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Młody Łowca, choć zwykle starał się myśleć racjonalnie, widział w swoim krótkim życiu wystarczająco wiele, by wiedzieć że w każdej bajce kryje się ziarenko prawdy. Gdy Odo opowiedział im historię o śmierci właściciela młynu, Rikac tylko skinął głową twierdząco.

Będziemy trzymać nocną wartę -  uspokoił wieśniaków Rikac - W lesie mamy zwierzoludzi, bandytów i inne pomioty chaosu. W młynie wedle waszych słów, szalonego umarlaka.  Wierzę wam, panie Odo, ale nie wydaje mi się żebyśmy mieli jakikolwiek wybór. Ryzyko czyha wszędzie, tu czy tam. - odpowiedział łowca.

 

Spojrzał kątem oka na odchodzących ku młynowi towarzyszy. Kiedy zniknęli już z pola widzenia, obrócił się w kierunku wieśniaków.

Uwierzcie mi, ale chcemy dotrzeć do waszej wioski tak samo, jak i wy. Sami widzieliście, co zaatakowało nas w lesie. - zaczął - Sądzicie, że jeden trup z siekierą jest bardziej niebezpieczny, niż te wszystkie bestie? Nie dla nas. Potrafimy nie tylko walczyć, ale i przeganiać upiory. - następnie ściszył głos, mówił niemal szeptem - Spotkałem w życiu dziesiątki upiorów, panie Odo. I proszę, jestem tutaj, cały i zdrów. - blefował Rikac - Nic wam nie grozi. 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

- Bzdety - żąchnął się krasnolud słysząc bajkę o duchach i komentarz jakoby miał mieć magiczną moc odganiania takowych.

Nie miał jednak zamiaru zostawać z chłopstwem które po słowach Karla jeszczeby gotowe tulić się do jego brody.

- W każdej opowieści może być ziarno prawdy, ale większa szansa że ktoś tam mieszka i morduje przyjezdnych by inni go nie niepokoili, tak czy inaczej, skoro Karl twierdzi że ze mnie taki amulet to nie mógłbym odmówić mu pomocy i nie pójść z nim i Marie. - To rzekłszy ruszył z nimi. 

Rękę z włócznią miał jeszcze sprawną, co prawda wolał parować ciosy tarczą niż unikać, ale i tego go w wojsku uczyli.

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Po słowach Rikaca, Odo i jego kamraci zdawali się być nieco bardziej rozluźnieni. Jak widać nawet najbardziej niedorzeczny blef działał na ich proste umysły. Nie czekając, Marie, Lucien, Khergan i Karl ruszyli do młyna na rekonesans i po dłuższej nieobecności rycerz dał znać machnięciem ręką, że teren jest czysty. Lavina i Rikac, czekający przed mostkiem, zgarnęli wieśniaków i po chwili rozlokowaliście się na parterze młyna, a wierzchowce zostały na zewnątrz, przywiązane do drewnianej poręczy przy budynku. 

 

Wnętrze okazało się być zupełnie puste, pomijając zakurzony, pokryty pajęczynami sprzęt młynarski, którego nie potrafiliście nawet nazwać. Powietrze było wilgotne, pachnące zmurszałymi deskami i czymś ciężkim do sprecyzowania. Ulokowaliście się w pomieszczeniu pełniącym kiedyś rolę magazynu i sprawdziliście piętro i strych przybytku. Nie znaleźliście tam nic ciekawego, a jeśli nawet było tu kiedyś coś cennego, to już zostało zabrane przez szabrowników. Wszędzie zalegał kurz i pajęczyny, jak okiem sięgnąć nie było tu nic prócz maszyn młynarskich.

 

Sprawdziwszy cały budynek, przygotowaliście wieczorny posiłek i wtedy też lunęło z nieba ciężkimi strugami deszczu. Chłopi, choć wciąż trzymali się we własnym gronie, tym razem siedzieli nieco bliżej i byli nieco bardziej rozmowni, niż wcześniej. Schowani po krzakach najpewniej widzieli waszę walkę ze zwierzoludźmi i teraz czuli się już dużo pewniej.

 

Wieczór nadszedł szybko, a wam, siedzącym przy rozpalonych lampach, udzielił się spokojny, leniwy nastrój. Po ciężkim dniu marszu i walki, gdy adrenalina opadła, a brzuchy były pełne, chciało się tylko spać, choć co innego było w planach. Nie lekceważąc opowieści Odo o nawiedzonym młynie, ustaliliście warty i dopiero wtedy kto mógł, udał się na spoczynek. Bębniący o dach deszcz szybko ułożył was do snu.

 

s6OH8dS.png

 

Ranek nadszedł w mgnieniu oka, spokojny, choć deszczowy. Przez całą noc nic się nie wydarzyło - łaknąca krwi dusza młynarza nie pojawiła się, próbując pozbawić was życia. Można było nawet uznać, że to była jedna z najspokojniejszych nocy, jakie spędziliście kiedykolwiek na szlaku. Oczywiście zdarzały się dziwne odgłosy dochodzące z lasu, ale przecież życie w lesie toczy się niezależnie od pory dnia i nocy. Jak zwykle zabobony krążące wśród chłopów nie miały żadnego pokrycia w rzeczywistości. W dobrych nastrojach i wyspani zjedliście śniadanie i zebraliście się do drogi. Przez pierwszą godzinę jazdy deszcz dawał się we znaki, jednak w końcu ciemne chmury przegnał wiatr i wyszło nawet słońce. Podróżowaliście w naprawdę przyjemnych okolicznościach przyrody.

 

hQd5Qs7.jpg

 

Było na czym zawiesić oko, zwłaszcza, że i tak rozglądaliście się za potencjalnym zagrożeniem czającym się w krzakach. Nikt was nie zaatakował, jednak to tu, to tam, dostrzegaliście różne ciekawe rzeczy - a to rozkładające się ciało jakiegoś dziwnego stwora o bardzo krótkich nogach ze strzałą w czaszce przypominającej końską, czy szpaler rosnących przy ścieżce czarnych jak noc krzewów, które Rikac ocenił jako czarcie ziele. Ponoć kąpiel w nim oczyszczała z klątw, złorzeczeń i przeróżnych chorób, jednak ile było w tym prawdy, łowca mógł się jedynie domyślać, wszak nigdy kąpieli w tym zielu nie zażył.

 

Kolejne dwie godziny jazdy przyniosły widok kilkunastu pokrytych mchem drzew, minęliście też nadpsute zwłoki wilka leżące w rowie obok szlaku, a także grupkę wiewiórek przemykających dosłownie przed wierzchowcami Luciena i Karla jadących na szpicy. Las żył i miał się dobrze, co cieszyło zwłaszcza związanego blisko z naturą Rikaca. Okolica była spokojna, tak samo, jak i sama podróż. Dopiero krótko po południu las przerzedził się i wyjechaliście na wijącą się serpentynami ścieżkę prowadzącą między polami, a niedługo później ujrzeliście na horyzoncie kilkadziesiąt drewnianych domostw zbitych wokół szerokiej, błotnistej drogi. Chłopi niemal od razu się ożywili, podnosząc radosną wrzawę, a z ich ust co chwilę padały słowa "Serrac! Serrac!"
 

VrcN0BI.jpg


Wjechaliście do wioski, zatrzymując na dużym placyku w centrum i wzbudzając swoim pojawieniem się sporo zamieszania. Z lichych chatynek wypadli ich mieszkańcy, chcąc sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz a okrzykom radości nie było końca, gdy uwolnieni w L'Anguille chłopi witali się wylewnie z rodziną w Serrac. Były i łzy smutku, w końcu nie wszycy wrócili cali i zdrowi do domu. W powietrzu krzyżowały się okrzyki, a wychudzeni wieśniacy, wdzięczni za zwrócenie im przyjaciół, mężów i synów, ruszyli, by uścisnąć wam po kolei dłonie i okazać szacunek. Kobiety posuwały się nawet do wylewnych pocałunków szczęścia, składanych na waszych policzkach, co zwłaszcza dla Luciena i Khergana było dosyć dziwnym doświadczeniem. Większość mieszkańców Serrac była strasznie wychudzona i zabiedzona - doszliście nawet do wniosku, że dla Odo i reszty pobyt w celi wcale nie różnił się tak bardzo od codziennego życia.


Przy okazji rozejrzeliście się. Na wzgórzu, na północ od wioski, wznosił się zamek Serrac. Budowla pięknie zdobiona i okazała, co mogło tłumaczyć ubóstwo wioski - wyglądało na to, że tutejszy wielmoża wyciskał z wieśniaków ile się dało, nie zostawiając im wiele na własne, podstawowe potrzeby. Po przeciwnej stronie zamku, na południu, leżały pola uprawne, zaś od wschodu i zachodu las podchodzący pod samą wioskę (na niewielkiej polance nieopodal pasło się kilka krów i kóz). Gdy atmosfera radości nieco opadła, przez korowód ludzi przecisnął się starszy, siwy mężczyzna, który - podpierając się na swojej wystruganej z grubej gałęzi lasce - ukłonił się nisko i spojrzał po was.


- Dziękuję wam za oswobodzenie i zwrócenie nam naszych przyjaciół całych i zdrowych. Przynajmniej tych, których dało się uratować - powiedział. - Médard mnie zwą, jestem starostą Serrac i w ramach podziękowań, ugościmy was dzisiaj, czym chata bogata. W jedynej gospodzie w wiosce - "Białym Jeleniu". Zapraszam, szlachetni wojowie i wojowniczki. Pokoje też się znajdą, jeśli będziecie chcieli przenocować. Zapraszam, zapraszam!  - Skinął na was głową.

 

s6OH8dS.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

war2.jpg

Karl Bergsohn

 

 

Dalsza podróż i nocleg w młynie odbyły bez żadnych komplikacji. Karl nadal miał za złe rycerzowi, że wszędzie porywa się do przodu i postanowił, że da mu nauczkę. Ale jeszcze nie wiedział jaką. Gdy z drużyną doszli do wioski uśmiechnął się lekko, uświadamiając sobie, że jego misja się zakończyła. Widząc tłumy chłopstwa dziękującego im za uratowanie ich ziomków, czuł się niezręcznie. Chyba nie przywykł jeszcze do podziękowań od innych ludzi. W życiu mało kto mu dziękował. Właściwie to nawet nie pamiętał kiedy po raz ostatni, ktoś go chwalił za cokolwiek. A tu patrz, nawet niektóre chłopki go ucałowały, co mu było szczególnie miłe. Słysząc propozycję starszego wioski, uśmiechnął się na myśl o dobrym piwie. Co jak co, ale zasłużył sobie. 

 

- Pobyt w gospodzie po podróży dobrze by nam zrobił - odpowiedział były rzezimieszek starszemu człowiekowi, po czym spojrzał po towarzyszach. Miał nadzieję, że nie zostawią go samego w towarzystwie chłopstwa. Po wysłuchaniu opinii towarzyszy, rusza w kierunku gospody.

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné


Odnośnie noclegu w młynie skończyło się jedynie na zabobonach, co właściwie było pewne już poprzedniego dnia. Marie ani razu się nie przebudziła, no, pomijając swoje okienko na wartę. Wyspała się w miarę dobrze, z rana zjadła solidną porcję żarcia ze swoich zapasów i zebrała się z pozostałymi do dalszej drogi.

 

Las o tej porze roku mienił się wszystkimi kolorami i fajnie było nacieszyć oczy takimi widokami, choć w głównej mierze kobieta rozglądała się za potencjalnym zagrożeniem. Szczęściem nic na nich nie wyskoczyło i do Serrac dotarli bez przeszkód. A to, co tam się wydarzyło, gdy wieśniacy odkryli powrót swoich ziomków, sprawiło, że Marie aż uniosła brwi.

 

Dawno nie spotkała się z taką szczerą radością, chociaż ludzie z Serrac wyglądali, jakby ich pan głodził. Mimo to potrafili znaleźć w sobie pokłady energii, serdeczności i pozytywnych emocji. Zerkając na zamek Serrac Marie skrzywiła się tylko - to było normą, że szlachcic mający ziemie wyzyskiwał prostych ludzi, choć czasami zdarzały się wyjątki. Niestety, za rzadko, ale w takich czasach żyli.

 

- Mam nadzieję, że ty się nigdy nie staniesz takim tyranem jak ten, co tu rządzi. Ci ludzie to skóra i kości. - Spojrzała na Luciena. Jako Bretonka wiedziała, że błędny rycerz dostanie kiedyś od swojego pana ziemie, które będzie musiał utrzymywać i ściągać podatki.

 

Zaproszenie od starosty Serrac przyjęła z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Z chęcią zjemy coś ciepłego i napijemy się lokalnego winka, jeśli pędzicie - rzuciła i spojrzała na Medarda. - Macie tu starosto jakiegoś znachora, albo znachorkę? Na szlaku zwierzoludzi spotkaliśmy i nasz towarzysz ranny został. - Wskazała podbródkiem na Khergana. - Dobrze by było, gdyby jakieś doświadczone oko spojrzało na jego ranę.

 

Rozmówiwszy się z mężczyzną ruszyła za Karlem do "Białego Jelenia". Nogi trochę ją już bolały, więc z przyjemnością usadzi zadek na krześle, czy inne ławie.

Edytowane przez Mashiro

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Obawy o złych lokatorów okazały się płonne i bezpodstawne. Młyn był po prostu opuszczonym i zapomnianym budynkiem, który teraz dał schronienie podróżnikom oraz spokojną noc. Zabobony wieśniaków były tylko starymi opowieściami bez dowodów.

Czas mijał na trasie, a oni dotarli w końcu do wioski koło południa, co dało się słychać w głosach podnieconych chłopów. Tak ich, jak również ich rodzin, które nie szczędziły łez i czułości. Wdzięczność też okazać potrafili, skoro proponowali nocleg i posiłek w gospodzie. Trudno było zatem nie skorzystać z gościny, choć kusiło też wyruszyć na zamek by poznać tutejszego pana i to z nim zamienić więcej słów.

 

- Gdy pora nadejdzie dla rycerza by zostać panem na włościach, to każde są niejako odbiciem charakteru. Ja zaś mam przed sobą jeszcze długą drogę zapewne, nim z kielicha Pani Jeziora będę godzien się napić. I jakoś nie widzę siebie póki co jako pana na zamku. – odezwał się Lucien z uśmiechem do Marie, która już chyba próbowała zarzucić coś rycerzowi oceniając chyba go na podstawie tego co widziała. Ruszył niespiesznie z resztą towarzyszy w kierunku gospody, po drodze zagadując do starosty – Kto jest tutaj panem na zamku i jak się zwie ów szlachcic?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Kłamstwo Rikaca uspokoiło zaniepokojonych wieśniaków, ale nie samego Rikaca. Wierzył że dom może być przeklęty, lub nawet zamieszkany przez bandytów bądź inne upiory. Piękny domek z młynem przy rzece długo nie pozostałby niezamieszkany. A jeśli został, to znaczy że coś było z nim nie tak. Takiego zdania był Młody Łowca.

Kiedy więc wreszcie znaleźli się w środku, Rikac zdrzemnął się tylko chwilę w czasie, gdy jego towarzysze jeszcze nie spali. Przebudził się dopiero, gdy wszyscy położyli się spać, wówczas zabrał ze sobą łuk i udał się na zewnątrz. Moknąc w deszczu trzymał obiecaną wieśniakom wartę. 

 

Rankiem, gdy wyruszyli w trasę, nie czuł się ani trochę wyczerpany. Nocne czuwanie po latach spędzonych w podróży miał już zapisane we krwi. Zmęczenie poczuł dopiero, gdy wioska zamajaczyła na horyzoncie.

Cel misji przed nimi, i jak zakładał łowca, koniec ich wspólnej przygody. Miał szczere wątpliwości, że uda im się znaleźć winowajców całego tego zamieszania. Nie byli już nawet na ich tropie, a wiedzieli, że ktoś nadepnął im na odcisk. Jeśli byli wystarczająco bystrzy, zatarli już za sobą wszystkie ślady. Kątem oka spojrzał na zamek, ale nie zastanawiał się nad tym, kto jest jego panem. Nie interesowało go to, i bał się że ciekawość jego towarzyszy zostanie negatywnie przez starostę odebrana. 

Z chęcią skorzystamy z waszej gościny - odpowiedział Rikac starszemu mężczyźnie. - Jeden z naszych towarzyszy został ranny. Zostaniemy tutaj do czasu, aż nie nabierze sił, mości gospodarzu. 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

VmKliy0.jpg

Khergan Stalowa Tarcza

 

Khergan po sutej kolacji z z suchego prowiantu zasnął jak dziecko.

Młyn - nawiedzony czy nie - dawał poczucie bezpieczeństwa i spokoju a i utrata krwi sprawiała że był bardziej senny niż zazwyczaj.

Ranek przywitał z uśmiechem - wciąż żyli, a szlak jak się okazało był już krótki do przebycia i niebawem ukazała się ich oczom wioska Sierrac. Cel podróży.

 

Ze spokojme obserwował radość wieśniaków, aż wyłonił się z nich przywódca.

- A powiedz mi Médardzie czy w wiosce jest jakiś medyk, cyrulik lub inna osoba co zna się na leczeniu ran? Nawet proste świeże bandaże i chociaż spiryt do przemycia ran się nada. 

- NIestety napadli na nas w lesie zwierzoludzie i moje ramię nie uszło całe spod topora jednego z nich, szczęśliwie kolczuga uratowała mnie od utraty ręki.

 

Edytowane przez Mhelkir

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Odpoczynek i darmowe, wiejskie jedzenie jeszcze nikomu nie zaszkodziły, więc nie zastanawiając się ani chwili, ruszyliście za wieśniakami, którzy prowadzili was, jakby Serrac odwiedziła sama Pani. Po drodze Médard odpowiadał na pytania.
- Oczywiście, mamy tutaj znachorkę, naprawdę dobrą. Stara Jaqueline potrafi wyczyniać cuda, nie będziesz zawiedziony, mości krasnoludzie - odparł na słowa Marie i Khergana, po czym przeniósł wzrok na Luciena. - Na zamku i w okolicy rządzi sir Enguerrand. Nie chcę się żalić, ale twardą ręką rządzi i okrutną. Za byle co potrafi powiesić, albo wybatorzyć.

 

Z kolei Lavina wypytała o zamek Serrac.
- Nie wim, pani, skąd ma tyle służby, ale ma ich na tyle dużo, żeby siać postrach w okolicy. Nikt mu się tutaj nie sprzeciwi, nawet jedna grupę awanturników kiedyś potrafił wtrącić do lochu, a potem słuch o nich zaginął.

 

W końcu weszliście po kilku schodkach do jedynej w wiosce gospody "Biały Jeleń". Chata zbyt bogata nie była, bo na posiłek złożyły się jajecznica na grzybach, kasza i nieco czerstwy chleb. Do tego doszło grzane mleko i lokalnie pędzone wino jarzębinowe, które okazało się być całkiem dobre w smaku. W karczmie panowała wesoła atmosfera, przynajmniej do czasu, gdy drzwi chałupy otworzyły się energicznie i do środka wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w kirysie i granatowej pelerynie na której widniał herb Serrac - żółty dąb przepasany białą wstążką na zielonym tle. Spojrzał z obrzydzeniem po zebranych, krzywiąc się, a idealnie przystrzyżona bródka skrzywiła się wraz z nim. 

 

eMl3aDs.jpg

 

W mig w sali pojawili się również przyboczni rycerza - sześciu mężczyzn w skórzniach z wyszytym na tunikach takim samym herbem, jaki posiadał ich pan. W dłoniach dzierżyli halabardy i rozglądali się czujnie po pomieszczeniu. W gospodzie zapadła pełna oczekiwania i niepokoju cisza. Wielmoża postąpił kilka kroków do przodu, a jego okute buty dzwoniły o deski podłogi. W końcu mlasnął i rzucił do zgromadzonych.
- Doszły mnie słuchy, że zbiegowie wrócili do wioski! - Mówił tonem nie znoszącym sprzeciwu, pełnym pogardy. - Jak sami wiecie, to zbrodnia przeciwko waszemu panu, a karą za ucieczkę jest stryczek! 


Lucien i Marie spojrzeli po sobie. Jako Bretończycy, zdawali sobie sprawę, że jest to powszechnie obowiązująca, zgodna z bretońskim prawem kara, jednak zwykle w takich sprawach przeprowadzano nieco dłuższy proces. W kierunku wyniosłego rycerza wyszedł wioskowy starosta, który uklęknął przy nim na jednym kolanie.
- Lordzie Enguerrand, to nie była ucieczka. Nasi przyjaciele zostali porwani i wywiezieni daleko stąd, do samego L'Anguille - powiedział, nie patrząc na oblicze swego pana.
- Jak śmiesz stawać w ich obronie, Médard i sprzeciwiać się mojemu osądowi i ostatecznemu słowu. Uciekli, żeby nie pracować na swojego pana, a sam wiesz, co to oznacza. I skoro ich tak bronisz... dobrze więc, zawiśniesz razem z nimi. - Rycerz kopnął staruszka w twarz, a ten upadł na podłogę, łapiąc się za rozbity nos. - Brać uciekinierów i tego karalucha tutaj!

 

Ludzie Enguerranda ruszyli, by odnaleźć Odo i pozostałych, a jeden z nich zaczął szarpać Médarda  za ramię, próbując go podnieść na równe nogi. Wieśniacy w karczmie skulili się w sobie, żaden z nich nie miał zamiaru zareagować, by nie narażać się swemu panu. Mieliście dosłownie chwilę na reakcję, nim przyboczni odnajdą uwolnionych przez was wieśniaków i zabiorą ze sobą na zamek, gdzie czekała ich pewna śmierć.

 

s6OH8dS.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

war2.jpg.c5ded5732d3b9bf5b30cebf0cbb2c7ca.jpg

Karl Bergsohn

 

 

Karl wysłuchał starszego wioski o sir Enguerrandzie i jego metodach postępowania. Pomyślał sobie, że pewnie trochę przesadza z tymi karami. Z uśmiechem szedł do gospody ciesząc się powodzeniem pierwszej, dobrodusznej w jego życiu misji. W gospodzie bawili się dobrze. Karl opowiadał właśnie jak znaleźli zguby w portowym mieście, popijając przy tym winem jarzębinowym. Aż wlazł szlachcic. Były rzezimieszek nie musiał długo się zastanawiać z kim na do czynienia. Pomogły mu w dedukcji bogate odzienie szlachcica i strach jaki zapanował w gospodzie. Uśmiech szybko zszedł z twarzy bo widząc sześciu zbrojnych domyślał się, że jest coś nie tak. Spoglądał ponurym wzrokiem na sir Enguerranda i dokańczał swój trunek słuchając co ma do powiedzenia ów szlachcic. Gdy szlachcic kopnął staruszka w nos nie wytrzymał i walnął kuflem o stół.

 

- Ty dupku... - powiedział myśląc o "szlachetnym panie", po czym podszedł do najbliższego strażnika i wykorzystując zamieszanie w braniu chłopów, starał się przyłożyć sztylet przy krtani najbliższego sługi szlachtodupka. Jeśli zaskoczenie nie wyjdzie, przeszkadza w pochwyceniu jednego z chłopów chwytając ramię lub halabardę przeciwnika. - spróbuj go tylko tknąć, a pożegnasz się za chwilę z życiem! - krzyknął do strażnika starając się go zastraszyć. Był gotowy na próbę oporu strażnika. Jeśli sztylet znajduje się przy jego szyi, troszkę naciska ostrzem na szyję, jeśli trzyma ramię bądź halabardę, nie pozwala mu nawet na drobny ruch wykorzystując swoją krzepę i złość, a drugą ręką chwyta za sztylet, wyciągając go z pochewki pasa.

 

 

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné


Marie z odrazą przysłuchiwała się słowom starosty na temat traktowania ich przez pana tych ziem. Szlachcice wszędzie nadużywali swojej władzy, a już najbardziej lubili pastwić się nad biednym chłopstwem, co było idealnie widać po Serrac. Czy Bretończyczy, czy Imperialni wysoko urodzeni - zawsze wybierali słabszych, by się znęcać a spieprzali aż się za nimi kurzyło, gdy tylko znalazł się ktoś silniejszy, kto postanowił dać im nauczkę.

 

Blondynka ze smakiem wsuwała jajecznicę na grzybkach, gdy w gospodzie pojawił się niejaki sir Enguerrand, który okazał się być właścicielem tych włości i od razu rozpoczął tyradę na temat Odo i pozostałych porwanych. Nie docierały do niego słowa Medarda, najwyraźniej już podjął decyzję i chciał powiesić bogu ducha winnych wieśniaków. Kopiąc staruszka w twarz, miarka się przebrała. Marie chwyciła szybko za łuk i strzałę, naciągnęła ją na cięciwę i wycelowała wprost w Enguerranda.

 

- Zostaw tych ludzi i wynoś się stąd, póki jeszcze możesz! - Warknęła przez zaciśnięte zęby. - Wierz mi, że z tej odległości na pewno nie spudłuję... Lucien, wytłumacz temu szlachetce, że ma się stąd zwijać ze swoimi przydupasami, jeśli nie zrozumiał języka plebsu - rzuciła ironicznie, nie spuszczając go z oka.

 

Miała nadzieję, że sytuacja szybko się wyklaruje, gdyż nie mogła trzymać napiętej cięciwy w nieskończoność, a zabicie władcy tych ziem byłoby mimo wszystko samobójstwem, gdyż szukali by jej w całej Bretonii. Mimo wszystko nie zamierzała pozwolić zabrać stąd Odo i jego towarzyszy. Gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli, będzie strzelać, ale tylko by zranić. Może jak ten imbecyl poczuje grot strzały w nodze, to nagle stwierdzi, że trzeba wziąć odwrót.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1WHKVbT.jpg

 

Lucien Dubois

 

Wieści dotyczące zamku i rządzącego tymi ziemiami sir Enguerranda nie były dobre, ale też Lucien nie mógł pouczać kogoś o wysokim statusie społecznym. On sam również był szlachcicem jak na każdego rycerza przystało, ale nie miał praw póki co by panoszyć się na cudzym terenie. Mógł współczuć wieśniakom, ale nic poza tym nie mógł zrobić. Mimo wszystko należał się sir Enguerrandowi szacunek za jego pozycję, choćby nie wiem jakim był władcą…

A potem nagle pojawił się w drzwiach wraz ze swą strażą i cały spokój runął jak domek z kart.

 

Lucien widząc wchodzącego szlachcica wstał ze swojego miejsca przy stole by się przedstawić a potem swoich towarzyszy zgodnie z etykietą, ale to co usłyszał i to co się zrobił Karl chwilę potem zniweczyło spokojną rozmowę jaka miała za chwilę się wydarzyć. Czyny Marie wcale nie pomagały, a Lucien miał jeszcze w pamięci słowa wieśniaków o zaginionej grupie awanturników.

 

- Karl, natychmiast odstąp! A ty Marie odłóż łuk! Nie jesteście u siebie i jedyne co osiągnięcie swoją lekkomyślnością to kajdany i loch! – rzekł do swoich towarzyszy ostro gromiąc ich wzrokiem, uprzedzając niejako dalsze pochopne działania reszty i atakowanie szlachcica na jego własnym podwórku. To mogło się dla nich skończyć tylko i wyłącznie źle, a tego Lucien wolał uniknąć. Obrócił się ku szlachcicowi postępując krok w jego kierunku i skłoniwszy lekko dodał. – Wybacz sir Enguerrandzie moim towarzyszom. Pijani są i nie wiedzą co mówią oraz czynią. Nazywam się sir Lucien Dubois, rycerz z Quenelles i taki los mi dała Pani Jeziora, bym się opiekował tą grupą podróżników podczas mej wędrówki oraz nieraz doprowadzać ich do porządku i pilnować by nie napytali sobie biedy. - tu spojrzał przez ramię na swych towarzyszy mierząc ich złym wzrokiem, by czasem nie odezwali się znów w głupi sposób i modląc się o to w duchu do Pani Jeziora. Po czym kontynuował swą przemowę tym razem skupiając się na wieśniakach i ich przewinieniu wobec pana tych ziem.

 

- I muszę stanąć w obronie słów Médarda, bowiem ma rację. Uwolniliśmy twych poddanych panie z więzienia w L’Anguille, gdzie byli przetrzymywani przez bandytów którzy ich porwali. I to właśnie twoi poddani po uwolnieniu pragnęli czym prędzej powrócić do Serrac, pod twe panie opiekuńcze skrzydła. A tak nie postępują ci, którzy chcą się wymigać od pracy i uciekają. Zechciej zatem sir Enguerrandzie raz jeszcze przemyśleć swe rozkazy i okaż łaskę tym, którzy do ciebie powrócili. - mówiąc to starał się w żaden sposób nie urazić szlachcica, zachowując wszelkie elementy etykiety, ale mimo wszystko chcąc przekonać go do powstrzymania gniewu. Doskonale bowiem zdawał sobie sprawę co się wydarzy, jeśli ten jednak zdecyduje o uwięzieniu ich wszystkich...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Nie ma co, Lucien miał gadane, choć Marie zastanawiała się, jak on może do tego tak spokojnie podchodzić. Wiadomo, chciał wyratować ich z opresji, ale żeglarka nie brała raczej pod uwagę, że władca Serrac tak łatwo odpuści. Mimo wszystko posłuchała Luciena i opuściła łuk, żeby nie pogarszać sytuacji. Nie znaczyło to jednak, że nie miała zamiaru strzelić, gdyby trzeba było. O nie. Pomimo tego, że strzałę miała skierowaną ku podłodze, ta wciąż tkwiła na cięciwie gotowej do naciągnięcia w każdej chwili. Na razie jednak Marie nie wykonywała żadnych gwałtownych ruchów. Czekała, jak zachowa się pan Serrac i jak dalej rozwinie się ta niecodzienna sytuacja.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Mężczyzna który zjawił się w gospodzie wzbudził w Rikacu niepokój, wystarczyło krótkie spojrzenie by wiedzieć, z jakim człowiekiem ma się do czynienia. Sir  Enguerrand sprawiał wrażenie nieustępliwego socjopaty, do którego nie przemówią rozsądne argumenty. Młody Łowca spotkał na swojej drodze wielu takich ludzi, widział do czego są zdolni, a William nauczył go, że nie należy wchodzić im w drogę. Zwłaszcza, kiedy są bardziej wpływowi niż ty.

Każde słowo i decyzja mogła obrócić się przeciwko nim. Rikac zastanawiał się nad następnym posunięciem, ale nie spodziewał się, że jego towarzysz wykaże się całkowitym brakiem rozsądku. Karl zaatakował, sytuację próbował złagodzić Lucien swoją wypowiedzią. Ale Rikac wiedział, że to nie wystarczy. Odłożył kufel z hukiem, podniósł się z krzesła, i chwycił Karla za kark, a następnie otwartą dłonią wymierzył mu siarczysty policzek.

Uspokój się głupcze. - warknął - Narażasz naszą misję na niebezpieczeństwo, upewnię się, że nasi pracodawcy dowiedzą się o twoim braku jakiejkolwiek dyscypliny. 

 

Obrócił się w kierunku sir Enguerranda, i ukłonił się. 

- Przepraszamy za zachowanie naszego towarzysza. Przybyliśmy tu z  L'Anguille na zlecenie władz miasta. Odpowiedzieliśmy na wezwanie i zatrudniliśmy się do misji eskortowej. Przywódcą naszej misji miał zostać rycerz, którego zdążyliście państwo poznać. - wskazał głową na Luciena - Nakazano nam przyprowadzić pańskich ludzi i niezwłocznie się z panem skontaktować. Zostali porwani przez kultystów chaosu, sprowadzeni do kryjówki w L'Anguille, gdzie chciano wykorzystać ich w mrocznych rytuałach. Niestety sprawców nie udało się schwytać. Za to udało nam się uratować pańskich ludzi, nim zdążono oddać ich w ofierze bóstwom chaosu. Co więcej, padło podejrzenie, że owi kultyści znajdują się w tej wiosce. 

Patrzył przez chwilę po zebranych, milczał przez chwilę, tak aby do Sir Enguerranda dotarło znaczenie tych słów.

To sprawa na wielką skalę, i z dużym prawdopodobieństwem do wioski wkrótce zawitają śledczy. Obawiam się panie Enguerrandzie, że jeśli pańscy ludzie zostaną powieszeni, podejrzenia spadną na pana. Ktoś może pomyśleć, że próbuje zatrzeć pan ślady. Szanuję pańską decyzję, podjąłbym podobną gdybym był na pana miejscu. Nie chce pan zdrajców, zdrajców należy likwidować, tak zachowałby się każdy rozsądny dowódca. Ale ci ludzie są także świadkami, a sprawa nadal jest otwarta. Likwidowanie świadków jest uznawane za przestępstwo, o czym pan, jako rozsądny człowiek, zdaje się chyba wiedzieć. - spojrzał karcąco na Karla i Marie - Dopilnujemy aby spotkała ich kara za znieważenie pana w obecności pańskich ludzi. To karygodne. Nie chcemy podważać pańskiego autorytetu, sir. Błagamy, abyście okazali im łaskę. Alkohol przyćmił ich zdrowy rozsądek.

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

 

Lavina uważnie chłonęła sygnały z otoczenia, co mówili mieszkańcy wioski, jak to mówili i jakie spojrzenia czy gesty towarzyszyły ich zachowaniu w stosunku do niej i jej towarzyszy. Jej kufel piwa był nadal pełny, nie miała ochoty na trunek ale przyjęła go z grzeczności. Wzdrygnęła się kiedy inwentarz zamku wparował do karczmy i zaczęły się pokazy siły i rozstawianie słabszych po kontach. Kiedy Karl pokazał jak krótkie są jego nerwy, została na swoim miejscu z rękami na kuflu i obserwowała wydarzenia z udawaną nonszalancją, poprawiając uścisk na kuflu kiedy do Karla dołączyła Marie, i Lavina była już prawie pewna że trafią do lochów i że nawet użycie wymówki "Ja tych ludzi pierwszy raz na oczy widzę" nie pomoże. Zastanawiała się czy uda jej się przełożyć niepostrzeżenie jej narzędzia z miejsca którego straż jej ich nie skonfiskuje. "Złoty chłopak" - nazwała Luciena kiedy ten spróbował złagodzić sytuacje, chociaż z zachowania świty martwiła się że go prędzej wyśmieją niż posłuchają mało wiedziała o stosunku jaki mają do siebie rycerze, ale miała nadzieje, że lepsze niż miedzy dwoma różnymi gangami złodziei w tej samej dzielnicy. Po wypowiedzi Rikaca musiała aż zacisnąć zęby żeby nie prychnąć ze śmiechu, już widziała jak Karl i Marie dają się zdyscyplinować reszcie. 

Czujnie obserwowała sytuacje nie mogła nic dodać do tego co powiedziała reszta by pomóc tej sytuacji, jedynie co mogła zrobić by nie podpaść bardziej to nie sięgać do swój miecz. Przynajmniej na razie.

Edytowane przez Obca

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W moment podniosła się wrzawa. Karl doskoczył do jednego z żołnierzy Enguerranda z zamiarem przyłożenia mu sztyletu do szyi, jednak tamten nie dał się zaskoczyć, więc rzezimieszek schował broń i zaczął szarpać za halabardę wojskowego, skutecznie umożliwiając mu wyprowadzenie wójta Serrac na zewnątrz. Potem zerwała się Marie z łukiem gotowym do strzału, jednak słowa Luciena wlały w nią nieco więcej rozsądku, a przynamniej wstrzymania się z gwałtownymi ruchami, których mogłaby żałować. Rikac dołożył swoje i chciał nawet zdzielić Karla otwartą dłonią w policzek, ale rzezimieszek w ostatniej chwili odchylił się i ręka łowcy przecięła jedynie powietrze obok jego nosa. Co i tak zdenerwowało Bergsohna. Lavina i Khergan natomiast siedzieli wciąż przy stoliku, udając stoicki spokój i obserwując całą sytuację. 

 

Enguerrand już taki stoicki nie był.
- Jak śmiecie przeciwstawiać się władcy tych ziem! Kmioty i barbarzyńcy! - Skrzywił się mocno, zerkając z pogardą po Marie i Karlu. Nie odwołał jednak swoich ludzi, którzy nadal przeszukiwali karczmę. Zwrócił się za to do Luciena i Rikaca. - Nawet jeśli to prawda, co mówicie, jam jest panem tych ziem i to ja stanowię tu prawo! Przepraszam tu nie wystarczy! Chłopi zawisną, tak samo, jak ta dziewka i kmiot! - Wycelował palcem w Marie i Karla. - A sprawę chaosytów, jeśli naprawdę prowadzą tutaj swoje działania, sam rozwiążę, jak na dobrego władcę przystało. Ciebie, rycerzu Quenelles i ciebie, zakapturzony, zapraszam za to na moje włości, do zamku Serrac, jeśli pomożecie ująć tych, którzy próbowali mi się przeciwstawić. Wyprawię dla was taką ucztę, że jeszcze długo będziecie nosić ją w pamięci. Wasi ludzie zawisną jeszcze dziś wieczorem! Jam jest tu prawem i ja zadecydowałem! Brać ich a potem wieśniaków!

 

Tym razem halabardnicy odstąpili od zaganiania Odo i pozostałych mężczyzn pod drzwi, skupiając się na osaczeniu i pochwyceniu Marie oraz Karla. Jak widać słowa Luciena i Rikaca zadziałały jedynie połowicznie, gdyż pan na Serrac nie zamierzał puścić płazem potwarzy, jakiej doznał od żeglarki i rzezimieszka. Z pewnością nie chciał również wyjść wśród swych ludzi i wieśniaków obserwujących scenę na mięczaka. Pięcioro halabardników ruszyło na Marie i Karla, który wciąż szarpał się z ostatnim z ludzi Enguerranda.

 

s6OH8dS.png

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Z5dGk6i.jpg
Marie-Noëlle Dieudoné

 

Pomimo całej tej szopki urządzonej przez Rikaca, Enguerrand nie miał zamiaru im odpuścić. No, przynajmniej Bretonce i Karlowi, bo łowca i rycerz dostali nawet zaproszenie na zamek. Marie nie zamierzała się poddać i pozwolić się powiesić, więc albo ją tu ubiją, albo to ona wyjdzie (oczywiście z pomocą towarzyszy) obronną ręką z tej sytuacji. Trzeba było od razu pokazać temu szlachetce, że nie zamierzają tanio oddać skóry, ale jak to mawiali: co się odwlecze... Skoro pan tych ziem tak chciał załatwić tę sprawę, jej w to graj.

 

Błyskawicznie naciągnęła trzymaną w palcach strzałę na cięciwę i wypuściła w nadchodzącego wprost niej halabardnika. Nie chciała go zabić, dlatego celowała w nogi mężczyzny, by wyłączyć go z walki. Chwilę później odrzuciła łuk i chwyciła prawą dłonią za miecz, a lewą za taboret na którym siedziała. Na dobycie tarczy nie było już czasu, a taki stołeczek może okazać się skuteczną zasłoną, a i może przy okazji po łbie któryś z nich dostanie.

 

- Khergan, Lavina, może byście w końcu ruszyli zadki i nam pomogli?! - Krzyknęła do kompanów, nie odwracając się w ich stronę, by nawet na moment nie stracić swoich przeciwników z pola widzenia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

63OwHmq.jpg

Rikac Greatthane

 

Serce w piersi Rikaca zabiło mocniej, przez chwilę zastanawiał się, czy nie włączyć się do walki. Nie uważał, żeby była to gra warta świecki. Zastanawiał się, czy zapobiegnięcie egzekucji będzie łatwiejsze, niż walka z uzbrojonymi żołnierzami w gospodzie? Usiadł obojętnie przy swoim stoliku, i mierzył towarzyszy spojrzeniem. Przyglądał się beznamiętnie, jak żołnierze próbują schwytać Marie Karla. 

Jasne, brzmi nieźle. - wzruszył ramionami zrezygnowany łowca. Podniósł kufel piwa które postawił mu wcześniej zgodnie z obietnicą Khergan, pociągnął duży łyk, zawartość spływała mu po podbródku, kiedy łowca opróżnił cały kufel, przetarł twarz dłonią  - Uczta, w towarzystwie socjopaty, tak, to doskonały pomysł.

Łowca podjął decyzję. Jeśli nie będą działać teraz, może okazać się że za parę chwil będzie już za późno. Zdjął z pleców łuk, wyciągnął strzałę i naciągnął na cięciwę, po czym wycelował w najbliższego żołnierza.

-  Proszę mi wybaczyć gospodarzu, ale nie jestem głodny. - wypuścił pocisk. 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

war2.jpg.c5ded5732d3b9bf5b30cebf0cbb2c7ca.jpg

Karl Bergsohn

 

 

Karl zwarł się z jednym z zbrojnych szlachcica. Wolałby to rozwiązać za sprawą sztyletu, ale strażnik w porę zorientował się, że podchodzi do niego z gniewnym grymasem. Pierwsze planował chwycić przeciwnika jedną ręką, ale szybko okazało się że ma godnego rywala. Strażnik miał trochę krzepy, a Karl widząc, że z jedną ręką nic nie wskóra, szybko schował sztylet do pasa i chwycił oburącz broń przeciwnika. Chciał zatrzymać egzekucje na chłopach i miał nadzieję, że szlachetka się wycofa w porę, gdy zobaczy, że awanturnicy stanęli okoniem do jego planu, ale szybko się rozczarował. Tylko Mery wyciągnęła łuk i mierzyła w szlachcica. Były rzezimieszek musiał przyznać w duchu, że odwaga żołnierki coraz bardziej mu imponowała. Rycerz, jak to rycerz, szukał pokojowego rozwiązania ze swoim "ziomkiem" i nie miał mu tego za złe. Ba, miał nawet nadzieję, że to coś pomoże i szlachcicowi wróci rozsądek. W międzyczasie szukał słabego punktu u przeciwnika aż usłyszał za sobą kroki i głos łowcy. W ostatnim momencie zgiął głowę do boku i uniknął upokarzającego ciosu od Rikaca. Gdyby miał wolną rękę zaraz by mu palnął w ten głupi łeb, ale łowca zrezygnował z uderzania i zaczął rozmawiać z szlachcicem. Chciał zastraszyć szlachetnego pana i Karl choć był na niego nieźle wkurzony, był pod wrażeniem jak szybko potrafi nikczemnie manipulować prawdą i kłamstwem w tak krótkim czasie. Zorientował się pod koniec jego wypowiedzi, że pewnie to było wszystko na pokaz, żeby wyratować ich nędzne tyłki. Karl pomyślał sobie, że Rikac miał szczęście, że nie trafił z policzkiem, bo gotów byłby uszkodzić mu rękę za zniewagę. Gniew narastał i narastał, słysząc, że niebieskokrwisty zaprasza łowcę i rycerza na obiad, gdy rzezimieszek, żołnierka i parę chłopów będą zwisać za oknem. Zaczęły nim targać wątpliwości i ciągły gniew, a w dodatku ciągle się mocował z strażnikiem co nie pomagało w uspokojeniu się. Ale wszystko się zmieniło gdy poleciała strzała ze strony Mery i gdy Rikac wybrał stronę.

 

Haha no to bójka... - rzezimieszek głośno się zaśmiał i z gniewnym uśmiechem wlepił spojrzenie w strażnika. Szamotanie się z strażnikiem nie było najlepszym pomysłem gdy przeciwników było więcej i mogli okrążyć Karla. Nie zastanawiając się dłużej, wręcz z pełną gotowością, wymierzył, a następnie kopnął z całej siły stopą w krocz przeciwnika. Jeśli przeciwnik się zgiął, dokańcza go brutalnym ciosem po gębie, a następnie wyciąga miecz i rusza na następnego, nie dając się okrążyć. Jeśli jego zagranie nie wyszło, pluje na strażnika (najlepiej w oczy) i próbuje walnąć strażnika jedną ręką w twarz. Następnie wykorzystuje moment na wyszarpanie broni przeciwnika, aby następnie zaatakować strażnika jego własną bronią (starając się go nie zabić, a jedynie skutecznie zranić).

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

P2sOvfn.jpg

Lavina  Bleich

 

Lavina miała jeszcze nadzieję, że Marie i Karl opanują się i nie sprawią, że wszyscy oni trafią do lochów czy też na stryczek i pozwolą Lucienowi stopniowo łagodzić sytuację atmosfera i tak była gęstą. Po wystrzeleniu strzały przez żołnierkę wszystko potoczyło się w mgnieniu oka Rikac wystrzelił swoją, a ona i krasnolud zostali wywołani z imion. Lavinie wystarczyła druga strzała by trzymanym kuflem poleciał na strażnika po drugiej stronie stołu. Kiedy ten leciał sięgnęła po sztylet w bucie i zamierzyła się na ich szlachcica, ich sytuacja nie dawała im już żadnego wyboru, jeśli pozwolą mu ujść z życiem wróci albo wyśle za nimi wiecej straży a wioskę z wieśniakami spali do gołej ziemi. Jeśli padnie trupem w najgorszym razie kupi im to czas na ucieczkę

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz