Nadia

Danse Macabre (Nadia)

32 postów w tym temacie

Na początek roku pańskiego 1349 jeszcze nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Zima przechodziła łagodnie zostawiając brzuchy nasycone pożywieniem, a głowy pełne dobrych myśli i zaufania pokładanego w Bogu i Najświętszej Panience. Rządy Księcia Albrechta zwanego Kulawym były spokojne, a plotki o zarazie pustoszącej krainy na południu wydawały się przesadzone i odległe niczym wielkie potwory morskie, które czasami opisywali żeglujący po Dunaju marynarze.

 

Wiosna jednak przyniosła pewne niepokoje. Z Konfederacją trzech miast: Schwyz, Uri i Unterwalden rozpoczął negocjacje niedaleki Zurych, najwyraźniej także planując uniezależnić się od władzy Habsburgów, wieści o pladze stały się na tyle częste i niepokojące, że zamknięto mury miasta odmawiając wstępu obcym, a w domostwie Grafenegg zrobiło się niecodzienne poruszenie, posłańcy pojawiali się i wybywali w sprawach znanych tylko panu rycerzowi i jego małżonce. Służba plotkowała intensywniej niż zwykle wymyślając coraz bardziej szalone teorie, a młodzi państwo byli niespokojni i nerwowi jakby podskórnie czując, że to ich losy się ważą.

 

Sprawa wyjaśniła się szóstego maja, w sobotę, podczas kolacje, na której przyszło Zicie usługiwać. Zaczęła się tak samo jak zwykle: wpierw Aldric odmówił długą modlitwę, tak jak lubiła jego małżonka, następnie Zita i dwie pozostałe służące nałożyły na talerze państwa potrawy i odsunęły się w cień by oczekiwać na najlżejszy sygnał, że znów są potrzebne, a potem pan domu zaczął wypytywać syna jakie poczynił postępy w edukacji oraz młodszą córkę jak jej minął dzień. Starszą zwyczajowo pomijał, więc Franziska patrzyła tylko tępo w stół drżącymi rękami łamiąc chleb.

Schemat był zawsze ten sam i trwał do momentu, kiedy wszyscy skończyli jeść, podziękowali modlitwą za posiłek i rozchodzili zostawiając oczywiście służbie zadanie posprzątania. Ale nie dziś. Dziś podczas kolacji przybył służacy z dwoma listami, które odebrał pod murami od gońców i które były na tyle ważne, że niezwłocznie przekazał je państwu, którzy czytali nie odchodząc od stołu. Warto zauważyć, że cenną tą umiejętność posiadali wszyscy członkowie rodu, a także kilkoro służących, którym chciało się słuchać Dietera.

- Franzisko - zaczął oficjalnie Aldric po przeczytaniu listu sprawiając, że zaskoczona córka drgnęła i podniosła na niego wzrok - nadszedł już czas byś wyszła za mąż.

- Za mąż? - powtórzyła niezbyt mądrze dziewczyna najwyraźniej wciąż w pewnym szoku.

- Jesteś w odpowiednim wieku - wtrąciła nad wyraz łagodnie matka - A twój ojciec znalazł idealnego kandydata.

- To młody Wilhelm Habsburg, drugi syn Rudolfa. To boczna linia, z zamku Hainburg, ale ciągle nosiciele potężnego nazwiska. Ten sojusz zapewni nam pomyślność i szczęście. Co o tym sądzisz?

- Ja.. ja... - Franziska zarumieniła się i otworzyła usta. Szybko się jednak opamiętała, spuściła skromnie oczy i szepnęła - Chętnie spełnię twą wolę ojcze.

- Spotkasz go niedługo, albowiem wraz z ojcem są gośćmi u naszego księcia.

- To wspaniałe wieści! - Heinrich ucieszył się szczerze całą radosną uwagę skupiając na siostrze. Ku uldze Zity, której wcześniej posłał ze dwa uśmiechy - Jak stryj Joachim umrze i przejmę w końcu zamek Grafenegg będziemy sąsiadami.

- Dla ciebie także mamy wieści Valerio - kontynuowała Carolina tym swoim niecodziennym, łagodnym tonem, który budził niepokój - Klasztor w Kahlenberg chętnie przyjmie cię w swe szeregi i gdy tylko bramy miasta zostaną otwarte pojedziesz tam wieść najwspanialsze życie wypełnione służbą bogu.

Przy stole zapadła ciężka cisza, którą w końcu przerwała Valeria powoli podnosząc spojrzenie z matki na ojca.

- To ja mam iść do klasztoru, a ona będzie żoną księcia? - zapytała wolno cedząc słowa.

- Tak, dokładnie tak będzie - Carolina porzuciła swój nienaturalny łagodny ton i wróciła do codziennego oschłego i zimnego - Powinnaś docenił łaskę i szczęście, która cię spotyka.

- Docenić?! - Valeria wybuchła - Docenić?! Ojcze, nie możesz...

- Mogę - przerwał jej twardo Aldric. Najmłodsze dziecko było jego oczkiem w głowie, ale nawet dla niej nie zwykł zmieniać swych decyzji i nie pozwalał na podważanie autorytetu - To już postanowione. Twoje wiano zostanie przekazane na rzecz klasztoru, będzie ci tam dobrze, a my zyskamy przychylność biskupa.

Przy stole znów zapadła cisza, a Valeria patrzyła w stół przygryzając wargę. W końcu wstała, podeszła do ojca i padła na kolana chwytając jego dłoń i składając na niej pocałunek. Franziska parsknęła cicho, tak że tylko stojąca za nią Zita to usłyszała.

- Skoro takie jest twe życzenie ojcze, tak uczynię. Zanim jednak na zawsze zniknę za klasztorną furtą pozwól mi na ostatnią przyjemność. Na ucztę niewielką, na tańce i ostatnią osłodę życia przyziemnego.

Carolina już otwierała usta by zaprotestować, ale Aldric był szybszy.

- Niech i tak będzie - skinął głową - Wypada też w końcu przywitać Wilhelma odpowiednio i zaprezentować się jego familli. Wyprawimy ucztę.

W podzięce Valeria jeszcze jeden pocałunek złożyła na dłoni ojca, który skinął głową i wstał dając sygnał, że posiłek zakończony. Wyszli po kolei wszyscy: ojciec, matka i Franziska podejrzliwie patrzące na najmłodszą i Heinrich pełen współczucia. Ostatnia wychodziła Valeria przedtem jednak przenosząc wzrok na swą służkę:

- Chodź ze mną.

 

Zita czuła na swych plecach wściekłe spojrzenie pozostałych służących, które zostawiła z pracą, ale w gruncie rzeczy mogła im zazdrościć. Kiedy uda jej się dostać do kuchni już pewnie niewiele zostanie z resztek z pańskiego stołu i przyjdzie jej iść spać z pustym brzuchem.

W swej komnacie Valeria ściągnęła panieński welon okrywający skromnie jej włosy i wściekle rzuciła go na łóżko.

- Ona ma iść za księcia a ja do klasztoru. Klasztoru! O nie, o nie... tak to nie będzie.

Miotała się przez chwilę wściekle niczym wilk na postronku, tak że Zita mogła tylko stać i czekać.

- Mam jedną, jedyną szansę - kontynuowała Valeria na szczęścia siadając i pozwalając służącej by należycie zajęła się jej włosami - Muszę przekonać księcia do siebie podczas uczty. Więcej niż przekonać... - zamyśliła się - Musi mi ulec, musi lec ze mną, tak by nie miał wyjścia. Najlepiej by było jakby sprawił żebym się stała brzemienna... - kontynuowała na poły do siebie na poły do Zity snując plan - Wtedy nie będzie wyjścia. Ale jak mieć pewność, no jak... Słyszałaś o szeptunce co w murach miejskich żyje?

Zita słyszała, a jakże. Plotki o mądrej babce co pośród nierządnic się chowa krążyły po służebnych komnatach co jakiś czas. Ponoć pomagała im ze wszystkimi problemami, a one za to chowały ją przed strażą i chłopkami niechętnymi.

- Będziesz musiała ją znaleźć. Znaleźć i nakupić ziół co bym miała pewność. Tak, to najlepsze wyjście.

Przeniosła pełne nadziei spojrzenie błękitnych oczu na Zitę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Milczenie w odpowiednich momentach było jedną z umiejętności jaką winni posiadać wszyscy służący. Nie było to oczywiście prosta zdolność i nie każdy mógł się nią poszczycić, chociaż jej brak mógł kosztować wiele tego, który nie umie powstrzymać języka. I nie mowa była tylko o służbie mającej na widoku stratę zarobku, w najlepszym wypadku. Na szczęście Zita pojęła zasady życia już dawno... a wcielenie ich w życie wymagało przygięcia charakteru nim zastanie on przycięty przez innych.

 

Dziewczyna przyglądała się swemu państwu bez zainteresowania ich posiłkiem oraz prowadzonymi czczymi rozmowami. Zapach lżejszych potraw na koniec dnia był dziś naprawdę kuszący, więc brzuch służącej aż skręcał się z radości, choć to wszak nie dla niego to wszystko zostało przygotowane, a jedynie resztki z pańskiego stołu były tym, na co mógł liczyć, mając nadzieję na mniejszy apetyt szlachetnej rodziny. Dlatego Zita skupiała wzrok na swym państwu, nie zaś na słodkim zapachu ich kolacji potęgowanym przez czający się głód.

 

Czekała w milczeniu. Nie zaburzała ni słowem tej atmosfery.

Jak chrzaniona suka oczekująca kości z resztką mięsa, którą pan i tak wyrzuci na dwór, aby pilnowała posesji.

 

Już myślała, że nic się nie zdarzy, że wszystko zmierza ku końcowi dnia, resztkom pozostawionym służbie i odpoczynkowi na jaki Zita zasłużyła, och, jak zasłużyła. Mimo wizji nadchodzącego kolejnego dnia, mimo zrozumienia, iż nic nie ulegnie zmianie - ona czekała na to niecierpliwie; a jednak w posłusznej ciszy i spokoju, zaburzanego jedynie uśmiechami posyłanymi przez Heinricha. Ku swojej rozpaczy Zita czuła za każdym razem przyjemne, ciepłe mrowienie ciała; wtedy też zawstydzona spuszczała nieznacznie wzrok, zupełnie nie wiedząc jak powinna zareagować w takiej sytuacji. W obliczu przyszłego spadkobiercy rodu.

 

W momencie, gdy myśli Zity krążyły wokół niezrozumiałego podejścia Heinricha (była tylko jedną ze służących, nikim komu pisane było takie zainteresowanie!), wydarzenia następnych minut wybiły służkę z niegodnych niewiasty rozważań.

 

Nawet gdyby dane było się jej wtrącić, nawet gdyby była równa państwu, to wszystko odebrało jej głos. Role się odwróciły w szokujący Zitę (i nie tylko ją) sposób. Z drugiej strony.... Z drugiej strony słodziutka Valeria posmakowała pragmatyzmu swego ojca, który sprzedawał ją bez mrugnięcia okiem dla zysku. To akurat aż tak szokujące nie było, zważywszy na aurę chorej ambicji jaką Aldric zdawał się emanować. Jaką zaraził i córkę, której dziś postanowił odebrać wszystko, przekazując to córce, którą pogardzał... a która, co Zita zrozumiała szybko, nie zamierzała poddać się losowi. Tylko co jej panienka zdążyła w tak krótkim czasie wymyślić?

 

caitiffdiv.png

 

Zita obserwowała jak wściekła Valeria wyrzuca z siebie furię, która w niej gorzała. Służka milczała, jedynie posłusznie obserwując i czekając; czekając na ruch córki Aldrica. Nawet pusty brzuch nie zagrał zawiedzionej nuty, pozostając w ciszy jako i jego pani, jakiej los dalszego bytu pozostawał w niewiadomej.

- Pani moja. - wszeptała Zita jakby strwożona, iż sam Aldric podsłuchuje za drzwiami, ale zaraz obrała zwyczajny ton - Zrobię jak każesz, wiesz żem ci wierna, jak i w potrzebie nie zostawię, ale... - spojrzała uważnie na Valerię - ...choć uwieść mężczyznę łatwo kobiecie... To czy jesteś gotowa poświęcić cnotę dziewictwa i szacunek jakim cię darzą, a który zamrze wraz z takim uczynkiem? - służka czuła kiełkujący w niej niepokój - Z uczynienia tego zamiaru czynem nie będzie wszak odwrotu...

Edytowane przez Zell

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Valeria parsknęła i przeglądając się w lustrze popatrzyła na Zitę.

- A jaki mam wybór, powiedz, jaki? Klasztoru już nigdy nie opuszczę i co mi po tym szacunku jak zamknięta będę w jego murach? Zresztą jak wszystko dobrze pójdzie to niewielu się dowie, a nikt nie będzie chciał rozpowiadać. Poza Franziską - młoda panna zmarszczyła brwi - Ale wtedy ona zostanie oddana w służbę Bogu, by Biskupowi zadośćuczynić. Ona się tam nadaje dużo bardziej niż ja, wystarczy przecież tylko na nią spojrzeć!

Valeria westchnęła ciężko, a potem odwróciła się w stronę swej służącej.

- A poza tym i twój los się tutaj waży. Myślisz, że pozwolą ci zostać tutaj na służbie? Herta cię nie lubi i beze mnie nikt się za tobą nie stawi. Każą ci iść precz razem z siostrą, tak że albo przyjdzie wam obu zemrzeć z głodu albo podjąć się będziesz musiała nierządu. A jakby się udało pojechałybyście ze mną do książęcego zamku, gdzie spokojny żywot by was czekał. Nie mam wyjścia innego.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Zita spojrzała ponuro na Valerię.

- Wiem co mnie czeka, gdy do klasztoru pójdziesz, złudzeń nie mam, ale skoro widzę, że ty też moja pani... - spojrzała poważnie na Valerię - Nie wiem czemu Francizkę wybrano na żonę dla księcia. Nie rozumiem tego, ale gdy tylko zobaczy ciebie, moja pani... sądzę, że gotów i przed klasztorem obronić, swoją zachcieć. - uśmiechnęła się, ale bez radości w tym wyrazie - Możesz być pewna mojej pomocy, jak tylko będę mogła. Pan-ojciec twój uparty, swoje zamysły ma, a ich się trzymać będzie, nawet jeżeli są ważne tylko dla jego żony. - obserwowała reakcję panienki na te słowa - Babkę znajdę, jak grosza dostanę to zakupię jej radę oraz zioła. Dla kogo to - nie powiem. - urwała na moment - Tylko kiedy uczta ma się odbyć? Kiedy pojawi się mąż przyszły? Twój mąż, bo inaczej przecie nie będzie, ma pani.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- To przez panią matkę, jestem tego pewna - Valeria potwierdziła z westchnieniem - A skoro ułożył się już z biskupem będzie trudniej. Z drugiej strony biskupowi wszystko jedno, która z nas zostanie oddana. Byleby wiano odpowiednie wniosła. 

Wstała powoli leniwym, kocim ruchem i podeszła do kuferka, gdzie jak Zita wiedziała trzymała swą biżuterię. Po chwili zastanowienia wyjęła srebrny wisiorek z krzyżem, który wart był pewnie kilka miesięcy pracy Zity.

- Weź to, za to dostaniesz wszystko co zechcesz - wręczyła służce biżuterię - Uczta pewnie za około tydzień będzie. Miasto zamknięte, więc tylko tutejszych zaproszą, a i przygotowań wielkich nie będzie, bo i z czego? Musisz się wymknąć w nocy tak by nikt nie pytał po co i na co. No i nikt nie może cię rozpoznać pod murami. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

caitiff.jpg

Zita Taube

Jak sobie życzysz, moja pani... - służka skłoniła się Valerii, chowając w dłoni srebrny wisiorek, za którego wartość mogłaby żyć spokojnie przez kilka miesięcy - ...tak też zrobię.

 

 

W końcu obie dobrze wiemy, że nie mam wyjścia w tej sytuacji.

 

caitiffdiv.png

Srebrny wisiorek ciążył Zycie w wyszytej kieszonce służebnego fartucha. Był zbyt ciężki, och, jak ciężki. Kobiecie wręcz wydawało się, że bez pomocy nie zdoła go nigdzie dalej przenieść, a na pewno nie będzie w stanie udać sidę z nim w poszukiwaniu szeptunki; w zamiarach przeciwko woli Aldrica. 

 

Valeria ryzykowała na swój sposób, ale w innym stopniu niż Zita. Niezależnie od wyniku planu szlachetnej panny, jasne stanie się kto ją w nim wspomógł, kto bardziej wystawiony na karę. Zitę bronić mogła tylko Valeria, o ile naprawdę zechce stanąć naprzeciw złości własnego ojca, którego wszak służka wolała unikać zawsze. 

 

Oczywiście był jeszcze Heinrich, ale Zita szczerze wątpiła, by młodzieniec był skory narażać się dla zwykłej dziewki służebnej, gdy takich mógł mieć wiele. 

 

caitiffdiv.png

Znowu o nim myślisz?

Zita uniosła spojrzenie znad resztek pozostałych po kolacji, jakich część podwędziła Agnes dla swojej starszej siostry nim reszta głodnej służby zasyciła się całością. Była wdzięczna siostrzyczce, która nie zapomniała o starszej z nich, dbającej o jej byt od  dawna. 

- O kim niby myślę? - zapytała, przełknąwszy ostatni kęs nadgryzionej wędzonej kiełbasy (przez Agnes, jak miała nadzieję), zastanawiając się w jaki sposób mała porwała taki kąsek. 

 

O twoim przyszłym mężu. O Heinrichu, oczywiście! - rozbawiona dziewczynka zajęła swoje miejsce przy ścianie, wiercąc się na wygniecionym już sienniku. 

 

On nie jest i nigdy nie będzie żadnym moim mężem, skończ z tymi durnotami, na spaniu się skup dzieciaku. - mruknęła Zita, rozsznurowując koszulę i spoglądając na miskę z wodą. 

- Ale ja chcę, abyś dała mu dzieci, abyś żyła z nim i dostawała prezenty! Wtedy obie będziemy żyć lepiej! 

- Do żadnego z tych nie trzeba mieć męża. - mruknęła starsza siostra, stojąca plecami do młodszej, obmywająca wodą szyję i piersi - A teraz cicho, spać idź. 

 

- Ale chciałabyś, aby teraz tu wszedł, co? - złośliwe pytanie Agnes zaskutkowało celnym rzutem koszulą wprost w dziewczynkę. 

 

caitiffdiv.png

Agnes spała już spokojnie, zapewne śniąc o życiu, o jakim tylko takie dziewczynki śnić jeszcze umieją, a siostrzyczka Zity posiadała zaiste bujną wyobraźnię i wiarę w cuda. Zita nigdy żadnego nie widziała, ale zakładała, iż zdarzają się one innym - szczególnie tym lepszego stanu... i tym bardzo blisko Boga. 

 

Czy Caroline była taką osobą?

 

Zita ukryła w niezdobionym pudełku otrzymany od Valerii krzyżyk, umieszczając go wśród plątaniny nici, które skrywały to bogactwo, jakiego mieć nie powinna.

Takie bogactwo... Czy jej prawdziwy ojciec właśnie tyle dał swej kochance, aby odeszła w milczeniu? Czy właśnie tyle była warta dla niego córka? A może nawet chciał tak zafundować usunięcie bękarta, na co jej matka się nie zdecydowała? 

 

Nie miało to już znaczenia. Przeszłość pozostawała przeszłością, a nagliły sprawy teraźniejsze. 

 

Zita nie mogła liczyć na wychodne przed końcem planowanej uczty. Herta już postara się, aby miała ręce pełne roboty i głowę pełną obaw, jakie musiała nosić w sercu. W końcu zdanie klucznicy będzie ważne w kwestii losu służki, gdy jej pani odejdzie do klasztoru...

Na szczęście dzięki przygotowaniom, służba będzie zbyt zajęta, by nocnego wyjścia Zity wypatrywać. Im więcej zadań, tym większe zmęczenie i gorsza czujność. Potrzeba momentu, chwili osobnej pracy, jaka pozwoli wydostać się z posiadłości.

 

I tego właśnie musiała wypatrywać, gdy strudzeni padną na swoje posłania, wypocząć przed następnym dniem pełnym pracy... a może i sama Herta zostawi swoją ofiarę z dodatkową pracą, jaka przeciągnie się i na godziny nocne? 

 

Najwyżej pomoże się trochę ziszczeniu tej karze... 

Edytowane przez Zell
Koszula!

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Trzy dni minęły. Trzy dni ciężkiej, wytężonej pracy. We wtorek Zita zdała sobie sprawę, że nic z tego: Herta była zbyt zajęta zarządzaniem i swoją robotą by mieć czas na wymyślanie jej dodatkowych zajęć. Uczta miała mieć miejsce już w następny poniedziałek, a wiele produktów niedostępnych było z powodu zamknięcia miasta. Klucznica niemal na głowie stawała by kupić płody rolne czy sprowadzić wino z monastyru, a przecież należało jeszcze zadbać o mięsiwa jakieś i przyozdobienie stołu. 

Valeria już więcej nie poruszała tego tematu, ale każdego ranka, kiedy Zita pojawiała się w jej komnacie czuła na sobie pytające spojrzenie, na które póki co nie miała zadowalającej nikogo odpowiedzi. Poddenerwowanie córki rycerza pogłębiało się ilekroć spotykała matkę: Carolina bacznie ją obserwowała i co rusz kazała się modlić o łaskę pana jakby przyzwyczaić ją chciała do życia w klasztorze. 

Kolacja państwa dobiegała końca i wszystko wskazywało, że wieczór zakończy się tak samo jak poprzednie: zjedzeniem posiłku przez służbę, posprzątaniem komnat i pójściem na spoczynek by od świtu znów ciężko pracować. No chyba, że Zita sama znajdzie jakiś pretekst by się wydostać z domostwa w końcu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

W duchu Zita czuła tą niemą satysfakcję ze stresującego położenia w jakim znalazła się Herta, zawsze chcąca, aby wszystko działało jak najlepiej. Obowiązki zdawały się być teraz jej głównym sensem życia... ale w tym momencie to nie praca była głównym sensem życia dla Zity, która z każdym dniem sama czuła się coraz bardziej poddenerwowana. W końcu sama myśl o możliwym wyrzuceniu dwóch sióstr na ulicę, jeżeli Valeria zostanie odesłana...

 

Herta... Sądzę... Sądzę, że mogłabym pomóc w zdobyciu części potrzebnych rzeczy na ucztę... - od tych trzech dni Zita najwyraźniej wolała być po dobrej stronie Herty... co nie powinno dziwić w momencie, gdy zdanie tej kobiety będzie miało wpływ na dalszy los służki, gdy tylko jej pani odejdzie do klasztoru.

Edytowane przez Zell

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Herta oderwała wzrok od lnianego obrusu, na którym jakaś nieogarnięta służka (chyba Erica, ale Zita nie była tego pewna) pomyliła wzór i niebieski kwiatek był krzywo naszyty. To nie był wielki problem, prawdopodobnie już po godzinie uczty wszystko i tak zostanie przykryte plamami i zeschłym sosem kapiącym z dłoni ucztujących, ale nadal stanowiło to skazę w oczach perfekcyjnej służącej. No i pozwoliło oderwać myśli od dużo bardziej palących problemów. 

- Ty? - Herta zmierzyła Zitę od góry do dołu - A niby w jaki sposób?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Zita poczuła rozchodzącą się w niej złość na pogardliwe podejście, którym zawsze raczyła ją Herta. Niezależnie jak bardzo się starała, jak Valeria była z niej zadowolona, jak dobrze wykonywała polecenia - to zawsze było nie tym dla zarządzającej. Za mało idealne.

Tylko teraz, gdy ochrona służącej miała zniknąć... Gdy miała pozostać bez broni...

 

- Na mieście na pewno są tacy, co mogliby zaoferować brakujące rzeczy na ucztę... - odparła cicho - Mogłabym rozpytać... Postarać się ugadać, załatwić co tylko mi się uda... Oczywiście nie zaniedbując pracy, w późniejszych godzinach... - dodała szybko, jakby nie chcąc, aby Herta posądziła ją o chęć ucieczki od obowiązków.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Klucznica wydęła pogardliwie swe ładne, pełne wargi.

- Myślisz, żeśmy nie próbowali? Osoby lepiej znające się na rzeczy? Urodzone w Wiedniu? Kogo ty przybłędo możesz znać kogo nie znamy my? - Herta otaksowała Zitę wzrokiem i prychnęła lekceważąco. Ale potem się zamyśliła, zmrużyła oczy i gwałtownie złapała dziewczynę za ramię - A może jednak faktycznie kogoś znasz... na schadzki się wymykałaś, co? 

Nagle w kuchni rozległ się huk, przekleństwo i pośpieszne wołania.

- Ja tu oszaleje - kobieta westchnęła, puściła Zitę niechybnie zostawiając jej siniaki i odwróciła się by odmaszerować do miejsca wypadku - Dobra, jak potrafisz znajdź kogoś kto da radę załatwić więcej jadła i wina i przyprowadź go do mnie. Bo chyba nie myślałaś, że powierzę ci dukaty.

I odmaszerowała, nawet się nie oglądając.

 



Był rzut:

Rzuciwszy 6k10 dla gracza o nicku Zell, Nadia uzyskał(a) wyniki:
kość 1: 1, kość 2: 8, kość 3: 9, kość 4: 5, kość 5: 5, kość 6: 3. 
Suma wyników = 31 
Powód rzutu: Przekonywanie: oddziaływanie+przbiegłość ST:7

 

Możesz mi opisać jak Zita się przygotowuje, co ze sobą bierze i o której się wymyka etc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Zita jedynie przez krótką chwilę patrzyła za odchodzącą Hertą, ukrywając niechęć, jaką obdarzała kobietę oraz złość, której okazać oczywiście nie mogła... jak i to zawsze było. Klucznica mogła wyładować na służących frustrację, mogła okazywać pogardę, ale "przybłęda" nie miała szans na taki zaszczyt. Ona miała przywilej jedynie do dachu nad głową i tego, co państwo pozostawili na stole po posiłku, za cenę służby.

I milczącej zgody na traktowanie jej ze wzgardą z powodu pochodzenia. Nikogo wszak nie obchodziło, że Zita nie prosiła o zabranie jej do Wiednia. Wyboru dokonano za nią.

 

Zrealizowała jednak część zamysłu. Mogła wyjść sama na miasto, mieć czas na wykonanie zadania, jakie postawiła przed nią Valeria. Widziała jednakże, że łatwe to do realizacji nie będzie, szczególnie biorąc pod uwagę potrzebę zachowania tajemnicy tego działania. Na dodatek wybieg, dzięki któremu udało się otrzymać pozwolenie na opuszczenie posiadłości, również będzie trzeba brać pod uwagę. Herta nie zapomni, a trzeba mieć na uwadze możliwość niepowodzenia zamiaru Valerii, co pozostawi Zitę w nieciekawej sytuacji, zdaną na wątpliwą łaskę humoru przełożonej.

 

A w taką łaskę ciężko było uwierzyć.

 

caitiffdiv.png

 

Jeszcze przed powrotem swojej młodszej siostry, Zita zabrała się za przygotowania do wyjścia na miasto. Mała była czasem niemożliwa i fakt, że jeszcze nie stanęła przed Heinrichem oferując mu Zitę na żonę, zadziwiał starszą z sióstr. Z drugiej strony ten dzieciak miał swój rozum i nie sabotowałby siostry, choć fakt, iż raz przyznała jej się (jakie to było bez sensu!) do słabości jaką żywi do jedynego syna Aldrica, potrafił jej wypalić w twarz. Agnes rozumiała problem sytuacji, chociażby widząc nerwowość Zity, a ta wątpiła, aby dziewczynka nie widziała bonusów jakie spływają na nie z łaski okazywanej przez Valerię swojej służce. Zita miała też wrażenie, że mała poniechała prób nagabywania siostry o partnera w aktualnej, nerwowej sytuacji.

 

Niemniej Zita mogła spokojnie się przygotować, przegryzając w trakcie kawałek chleba i mizerny ochłap kiełbasy, zostawiając resztę na powrót Agnes, gdy dzieciaka nie zasyci to, co sama porwie z kuchni (ona chyba była ciągle głodna!). Srebrny wisiorek skryła w doszytej na tą okazję ciasnej  kieszonce dłuższego płaszczyka, jakiego szarawy materiał bynajmniej nie chronił przed zimnem (ani nie był w stanie przegrzać w nocnej atmosferze wiosny), a jedynie przed podmuchami wiatru... choć to mizerne ubranie bardziej nadawało się jako zakrycie tego noszonego w momentach wolności od służby.

Czyli bardzo rzadko, jedynie w sytuacjach równie częstych jak i ta.

 

Nim założyła to okrycie wierzchnie, przepasała się pasem materiału zwykle służącym za szal, ale nim zrobiła pierwszy krok za drzwi pomieszczenia służebnego jaki z siostrą zajmowały (czy może konkretniej - schowka na służbę)... zawahała się. Jej wzrok spoczął na niewielkim drewnianym krzyżyku, który spoglądał na nią martwym, zimnym wzrokiem. Choć nosiła w ukryciu drogocenniejszy niż ten, zawiesiła na szyi rzemyk z drewnianym wyobrażeniem świętości i wyszeptała kilka słów, jakie skierowała do Boga, błagając o wsparcie.

Jako i została nauczona.

 

Dopiero po tym małym geście, co do którego skutku pewności mieć nie mogła, była gotowa zapuścić się w miasto, jakie zaczynało pławić się w mroku, który zakryje ją, jako i będzie mógł ją wspomóc w razie czego szal.

 

Co zaś Herty i jej domysłów się tyczy...

 

Schadzki...? Zupełnie jakby Zita miała siły po całym dniu pracy myśleć o spotkaniach z mężczyznami na mieście, o zawiązywaniu chociaż przelotnych znajomości, nie mówiąc o romansach! Nawet, gdy udało jej się otrzymać wychodne, wolała inne rzeczy robić niż szukać sobie kochanków...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zita nigdy jeszcze nie widziała Wiednia nocą. Jeszcze chwilę po opuszczeniu dworku było dobrze, latarnie zaświecone przy bramie rozpraszały groźne ciemności, tak że bez lęku ruszyła ku murom miejskim. Dwa następne domostwa także wywiązywały się z obowiązku wywieszenia źródła światła, ale potem było już zdecydowanie gorzej. Uderzenie ciemności było tym dotkliwsze, że musiała zapuścić się w wąskie zaułki, które otoczyły ją i przysłoniły widok sprawiając, że kluczyła na ślepo.  

Dwa razy zabłądziła i znalazła się w ślepych uliczkach przytłoczona otaczającymi ją ze wszystkich stron komórkami i stertami gruzów, a pod stopami nie czuła bruku ani drewnianych bali, którymi wykładano ulice. Cofała się ostrożnie wypatrując czy nigdzie nie ma wiertelników patrolujących miasto po nocy by zachowywać porządek i zawczasu ostrzegać przed pożarem. 

 

Krążyła tak jeszcze dość długo, aż w końcu udało jej się dostać na obrzeża miasta, gdzie w końcu panował jakiś ruch. Minęła dwóch mężczyzn, którzy pośpiesznych krokiem wracali najprawdopodobniej do domostw i swych małżonek. Największy ruch był nieopodal prawej baszty i tam skierowała swe kroki. 

- A tyś co za jedna? 

Z wyłomu muru wyłoniła się niewiasta z nieskromnie podwiązaną suknią. W bladym blasku wiszących kawałek dalej latarni Zita nie widziała jej twarzy, ale niski zachrypnięty głos brzmiał groźnie. 

- Czego tu szukasz? Idźże precz dziewko. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Niespodziewany głos bezwstydnie odzianej kobiety sprawił, że serce Zity zapomniało kilku uderzeń. W pierwszym momencie młoda służka chciała się wycofać, jako i nieznajoma jej próbowała wyperswadować. Po co w końcu sprawiać problemy narażając się na nie samemu? Przecież wystarczyło odejść... lub od razu szukać najlepszego miejsca do spania na ulicy.

 

Nie przyszłam sprawiać kłopotów... - odparła w stronę kobiety, której oblicza dostrzec nie mogła - ...kiedy sama chcę własne rozwiązać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Kobieta zaśmiała się chrapliwie w sposób przypominający ujadanie psa. 

- Tu wiele problemów się da rozwiązać - w jej głosie było coś jadowitego - Ładniutka jesteś, to wielu chętnych się na ciebie znajdzie. Ale uważaj, bo z zazdrości inne dziewczęta mogą ci twarz pociąć. 

Kobieta zbliżyła się jeszcze kilka kroków i Zita widziała już teraz jej zniszczoną twarz, która kiedyś musiała być całkiem urodziwa. Jasne włosy spływały jej luźno na plecy, a ciemne ocyz patrzyły badawczo. 

- Ale lepiej poszukaj gdzie indziej. Wielu mężczyzn szuka służki, która będzie pełnić obowiązki żony. Nawet jakby cię bił będzie ci lepiej niż tu. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

- Mój problem jest innej natury... - odparła Zita, czując jak żołądek zwija się boleśnie i to nie z powodu głodu - ...jeszcze. - dodała ledwo szeptemPotrzeba mi jednak rady by me problemy rozwiązać, a pomocy szukać u mądrych babek najlepiej... Jako i takiej szukam. - spojrzała uważniej na nieznajomą - Dlatego przyszłam tu o drogę pytać. Krzywdy nie przynoszę ino pomocy od niej szukam... bo tylko ona pomóc może...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

- Mhm... - nierządnica spojrzała odruchowo na brzuch Zity, a potem się odsunęła robiąc przejście - Dobrze trafiłaś, idź tam w dół, cały czas prosto aż do najgłębszych lochów. Ale uważaj starucha nigdy nie pomaga za darmo. 

Zicie nie pozostało nic innego jak podziękować i wejść w czeluście, które kojarzyły jej się z zejściem wprost do piekła. Pochodnie wisiały rzadko i dziewczyna musiała iść głównie na wyczucie dłonią trzymając się muru. Z wnęk po bokach dwa razy dochodziły ją grzeszne jęki, a raz słyszała płacz i odgłosy bicia. Dwa razy widziała jakieś dziewczęta, pobite, z bliznami, które syczały na nią niczym dzikie koty gotujące się do ataku.


Minęła je, wszystkich tych piekielnych wysłanników minęła i w końcu dotarła na sam koniec, gdzie od szepciuchy dzieliły już ją proste drzwi.

- Wejść! - nawet nie zdążyła zapukać, gdy dobiegł ją rozkaz brzmiący jak szuranie paznokciami po ścianie. 

Celę, którą miała zajmować wiedźma oświetlało jedno łuczywo rzucające migotliwe błyski na stół zawalony jakimś zielskiem i na klatkę, w której popiskiwał szczur.

- No, no, no. Któż odwiedził starą Ravelę? - szepciucha wyłoniła się z jednego z czarnych kątów niczym mara nocna. 

 

 

gDRhxBi.jpg

 

- Widzisz mój drogi jaka ślicznotka? Czegoś tu szukasz, przecież nie jesteś brzemienna.

Jej pokryte bielmem oczy zdawały się przezywać na wylot. 

- Trucizny szukasz? Pozbyć byś się kogoś chciała? Czy napoju miłosnego, by zawsze cię chciał ten jedyny idiota?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

caitiff.jpg

Zita Taube

Gdyby nie sytuacja w jakiej się znalazła - nigdy nie szukałaby dojścia do tego miejsca. Gdyby nie złośliwa kolej losu, która postawiła Zitę naprzeciw wydarzeniom jakie zwykłej służki tyczyć się nie powinny...

Nie byłaby w tej piekielnej przystani grzechu i rozpusty.

 

- Moje pragnienie jest pragnieniem posiadania dziecka... - odparła, starając się nie patrzeć wprost w te ślepe oczy staruchy, które jednak pozwoliły ocenić jej urodę - ...nie tylko ku spełnieniu chęci własnych, ale szczególnie ku zadowoleniu mężczyzny. Problem jednak leży w płodności kobiecego ciała.

Edytowane przez Zell
Zmiana

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

gDRhxBi.jpg

 

Ravela

 

Szepciucha parsknęła. 

- Widzisz mój piękny, dziecka jej się chce! Małego, wrzeszczącego bachora, do którego będzie musiała wstawać w nocy, który sprawi, że jej cycki obwisną i wyssie z niej wszystkie siły życiowe. Czy aby na pewno tego chcesz? Twój mężczyzna, gdy legniesz w połogu, na pewna sobie znajdzie inną. A jeśli pomrzesz, bo przecież wypchnięcia na świat dzieciaka zabija wiele z nas, to szast prast i się z nią ożeni. No, ale skoro jesteś pewna...

 

Wiedźma podeszła do Zity kolebiąc się na boki jak kaczka. Była niska, sięgała jej ledwie do piersi, ale nawet się nie pofatygowała by zadrzeć głowę. Zamiast tego wyciągnęła palec zakończony długim, żółtym szponem i dotknęła ją nim w brzuch.

- A co masz dla starej Raveli w zamian, hm?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Kobieta sięgnęła do wszytej kieszonki, w której skryła srebrny wisiorek.

- Czy taka zapłata... - wyciągnęła krzyżyk otrzymany od swej pani - ...będzie satysfakcjonująca?

 

Zita czuła ciężar srebra, jaki przypominał jej, iż ów święty symbol męczeństwa Chrystusa, miał zostać wykorzystany w podstępie, o jakim nawet spowiednik dowiedzieć się nigdy nie mógł.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

gDRhxBi.jpg

Ravela

 

 

- Ha! Srebro! - starucha ucieszyła się, capnęła w szpony krzyżyk, a potem bezceremonialnie, bez zachowania jakiejkolwiek świętość ugryzła go sprawdzając twardość. Próba musiała wypaść zadowalająco, bo schowała go do kieszeni ukrytej pod fałdami szmaty w jaką była przyodziana  - Siądnij sobie tutaj, na stołku. Ja muszę przygotować co nieco. 

Nucąc jakąś dziwną, monotonną pieśń Ravela ruszyła do ziół wiszących przy ścianie biorąc kilka z nich i krusząc w rękach, a następnie wrzucając do drewnianego moździerza. Co jakiś czas przerywała śpiew, by wygłosić uwagę typu "A to mój piękny jest blekot, ale nie za dużo, nie nie, bo zabije" czy "a teraz trzeba roztłuc, dokładnie, mocno, tak jak bachor roztłucze wnętrzności tej dziewki". Gdy skończyła tłuc wyjęła skądś buteleczkę z ciemnego szkła, wylała jej pachnącą siarką zawartość na zioła i obficie napluła do środka, a potem zaczęła energicznie mieszać. Ten ruch sprawił, że szczur w klatce zapiszczał niespokojnie. 

- Pooośpiesz się - dziwny syczący głos dobiegł, gdzieś zza pleców siedzącej na taborecie Zity, z miejsca gdzie jak jej się wydawało nie było nikogo. Dziewczyna poczuła zimny dreszcz biegnący jej po kręgosłupie i instynktownie wiedziała, że nie powinna się odwracać - Pooośpiesz, mało czasu...

- Już, już mój piękny, nie mogłam odmówić dziewczynie w potrzebie, prawda? Nie jeśli płaci srebrem hi hi hi hi - chichot szeptunki odbił się od ścian, kiedy chwyciła pusty flakon i przelała do niego spreparowaną przez siebie miksturę - Dzień przed legnięciem ze swym lubym wypij całość, a jeśli się da zasieje ci bachora w brzuchu. 

Ravela zbliżyła się z dekoktem zmuszając Zitę do wstania i ustawienia się bokiem do ciemności, skąd dochodził przerażający szept.

- A teeeraz precz! - szczeknął groźnie właściciel głosu, a kiedy się ruszył Zita kątem oka w końcu go dojrzała. Wysoką, przygarbioną i poskręcaną sylwetkę, która sugerowała schorowanego człowieka, jednego z tych, co tłoczą się pod klasztorami wypatrując łaski bożej i resztek jedzenia. I przez moment mogła podejrzewać, że chory nieszczęśnik szukał ratunku w medycynie szeptunki, przynajmniej dopóki łuna lampy nie padła na jego twarz: monstrualne oblicze z płaskim nosem i czerwonymi ślipiami. Żaden człowiek nie mógł tak wyglądać, żaden. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

caitiff.jpg

Zita Taube

Lodowate uczucie ogarnęło Zitę, gdy zza niej rozległ się głos, jednak nie odważyła się odwrócić w jego stronę. Nie chciała. Bała się co może zobaczyć za sobą, a jednocześnie jakby podskórnie rozumiała, że dla własnego dobra nie może się odwrócić. Chciała uciec, nigdy się nie dowiedzieć... ale z drugiej strony musiała zostać i poczekać, a jak i ten głos był niecierpliwy, tak i ona z niecierpliwością wyczekiwała momentu, w którym będzie mogła odejść stąd... i wrócić do swojego mizernego życia.

Dlatego, gdy szeptunka podeszła do Zity, dziewczyna poczuła uchodzące z niej napięcie. Już zaraz będzie wolna! Już zaraz odda Valerii miksturę i niech szlag Hertę! Już tylko chwila... Wytrwa.

Jednak napięcie gnieżdżące się w służce zaczęło zanikać zbyt szybko. Przedwcześnie.

 

Nie wiedziała kogo... a raczej co... ujrzała. Nie chciała tego widzieć. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała nad tym rozmyślać. Chciała tylko zapomnieć.

Czy istota zauważyła, iż Zita ją dostrzegła? Czy...

 

- Dziękuję... To wiele dla mnie znaczy. - cicho zwróciła się do szeptunki przyjmując od niej buteleczkę. Starała się z całych sił nie okazywać swojego zestresowania, nie dać głosowi zadrżeć ani minimalnie, a w żadnym razie - nie patrzeć w stronę tej ciemności. Nigdy.

Z tłumioną nerwowością lekko skłoniła się szeptunce, mając tylko nadzieję, że starucha nie dojrzy jej zdenerwowania, zaś żeby ta istota z cienia nie zdenerwowała się bardziej...

 

...Zita nie nadwyrężała pobytu w tym miejscu ani w samych lochach, opuszczając drugie szybciej, gdy tylko oddaliła się kawałek od miejsca, w którym rezydowała stara szeptunka.

 

Jeszcze nigdy nie pragnęła tak bardzo powrócić do posiadłości Aldrica jak właśnie tej nocy.

Edytowane przez Zell

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gnana chęcią oddalenia się od potworności Zita nie pilnowała drogi. Na szczęście instynktownie nogi same ją poprowadziły pod domostwo Aldrica, gdzie wśród znajomych murów i twarzy mogła w końcu poczuć się bezpieczniej i odpocząć radując się, że całą tą plugawą misję ma za sobą. Obmyła się szybko, przytuliła do lekko pochrapującej siostry i zasnęła snem kamiennym, snem sprawiedliwych.

 

O poranku wraz ze śniadaniem zaniosła zioła Valerii, której radość zdawała się nie mieć  końca. W euforii podarowała Zicie swą niebieską chustkę wyszywaną kwiatami, a obiecywała i więcej dóbr, gdy tylko zostanie małżonką księcia. Niecność i występność planu nie zajmowała dziewczynie myśli, a i Zita nie miała kiedy nad tym rozważać: z każdym dniem wydawało się, że pracy jest więcej i więcej.

 

Była oczywiście jeszcze Herta, która szybko dopadła Zitę w ciemnym korytarzu z zapytaniem co załatwiła na swej nocnej wyprawie. Służka kłamała, miotała się mówiąc, że nie znalazła nic wartościowego, że próbowała, ale na daremno. Widziała jak z każdym słowem klucznica wpada w gniew, jak już podnosi dłoń do ciosu, jak już mierzy...

Uderzenie nie nastąpiło, Herta tylko zmrużyła oczy i bacznie przyglądała się Zicie.

- Nie wiem co knujesz, ale się dowiem. Będę cię obserwować.

Dotrzymała słowa. Jej wzrok lustrował Zitę kiedy szykowała śniadanie, prała rzeczy w balii, usługiwała przy obiedzie, sprzątała wszystkie zakamarki i dopiero wieczorem, gdy udawała się na spoczynek czuła się wolna od tego spojrzenia. Valeria miała podobnie, udawała dobrą córkę całkowicie pogodzoną z losem, co niesamowicie wzmogło podejrzliwość jej matki. Obie jednak: panienka i jej służka skupiły się na swych obowiązkach i przygotowaniach do uczty, tak że nikt nie mógł im nic zarzucić. Nic, a nic.

 

***

 

Poniedziałkowy wieczór nadszedł szybciej niżby sobie tego Zita życzyła. Ledwie jeszcze wczoraj brała udział w mszy, podczas której modlono się za ofiary zarazy, która ogarniała cały kraj i proszono by gniew boży ominął Wiedeń, a dziś już stała przed posiadłością wraz z resztą służby czekając na gości, którzy lada moment mieli nadjechać.

Pierwsza karoca ciągnięta była przez cztery bułane konie, które zatrzymały się idealnie przed wejściem do posiadłości. Elegancki stangret ubrany na obcą modłę zeskoczył prędko i ruszył do drzwi pojazdu.

- Zbędny zbytek -syknęła cicho Carolina.

- Chcą się pokazać - odpowiedział jej równie cicho mąż, ale zaraz zamilkli i ich twarze rozjaśniły uśmiechy.  Z karocy pierwszy wysiadł pokaźny, brodaty arystokrata w ubraniu tak kosztownym, że Zita mogłaby żyć za to przez rok. Za nim wysiadł wysoki młodzian o licu przeciętnym, włosach kędzierzawych i przyjemnym uśmiechu, który rozjaśnił jego oblicze, kiedy spojrzał na Valerię. Wszyscy, to jest domownicy oraz goście z kolejnych karoc nadjeżdżających coraz liczniej, widzieli jak uśmiech znikł z twarzy młodego Habsburga, gdy przedstawiono mu Franziskę i jak pokryły się szkarłatem policzki starszej córki Aldrica.

Pozory zostały jednak zachowane, Wilhelm ukłonił się dworsko przed swą narzeczoną i podał jej ramię. Razem wkroczyli do rozświetlonej drogimi świecami sieni, a za nimi pośpieszyli pozostali.

Zicie przypadły obowiązki w kuchni, więc nie mogła dalej zwlekać by zobaczyć wystawnych gości, którzy ciągle nadjeżdżali, a i przekaz przebiegu uczy znała tylko od specjalnie przyuczonych młodzianów, którzy podawali do pańskiego stołu.

 

 

Ponoć młody panicz patrzy tylko na Valerię...

 

Ponoć Franziska nic nie mówi tylko patrzy tępo w stół i już są plotki wśród gości, że słaba na umyśle

 

 

Ponoć Habsburgów nieustannie pilnuje jakiś ponury człek, co jest niemal obraźliwe w gościnie

Ponoć jakaś procesja idzie ulicami miasta gromadząc biczowników

 

Ponoć gdy panna Valeria zagrała na lutni i zaśpiewała wszystkim mowę odjęło

 

Ponoć uważają, że żal wysyłać ją do klasztoru

 

Ponoć pani Carolina jest wielce niezadowolona i już zrugała córkę na boku

 

 

Ponoć wino i miód leją się obficie

Ponoć na nic to się nie zdało

 

Ponoć Franziska się źle poczuła i poszła do siebie

Ponoć dwóch gości już wzięło się za łby

Ponoć ktoś zachorował w mieście

 

Ponoć może braknąć mięsiwa

 

Ponoć Heinrich gdzieś przepadł

 

Ponoć Rudolf Habsburg i Aldrich omawiają już detale ślubu

 

Ponoć...

Ponoć...

Ponoć...

 

Zicie od tych wieści i plotek już pękała głowa, więc z ulgą przyjęła polecenie, by zanieść obierki świniakom. Hałasy i światła z domostwa docierały na podwórze przytłumione jakby  zostawiła za sobą zupełnie inny świat, więc odetchnęła chwilę czując wytchnienie...

...dopóki czyjaś ręką nie złapała jej za ramię i nie pociągnęła w bok, za drewnianą ścianę kurnika.

- Spokojnie, to ja! - Heinrich wysunął się z cienia, gdy krzyknęła odruchowo - Nie chciałem cię przestraszyć wybacz.

Dziedzic arystokratycznego rodu prosił ją o wybaczenie. To by było nawet zabawne, gdyby tylko nie wiedziała co dalej nastąpi.

- Chciałem z tobą porozmawiać od dawna, bez niczyjego towarzystwa... Zito... me serce bije tylko dla ciebie. Za każdym razem jak cię widzę ma dusza wyśpiewuje peany i dziękuje Bogu, że mogliśmy się spotkać. Pozwól mi być twym rycerzem, składać hołdy u twych stóp i poznać słodycz twoich warg. Błagam, powiedz, że nie jestem ci obojętny...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

caitiff.jpg

Zita Taube

Panika przeszyła Zitę, gdy niespodziewanie została pociągnięta za ścianę kurnika. Wciąż przeżywała w milczeniu tamtą noc, podczas której zobaczyła to, co nie mogło zostać stworzone przez Boga. Nie było więc dziwne, iż w pierwszym momencie poczuła ten zastrzyk adrenaliny kierowany pierwotnym instynktem nakazującym rzucić się do ucieczki... 

Ale wtedy z cienia wyłonił się nikt inny jak Heinrich, uspokajając kobietę...

 

...w pierwszym momencie.

 

Zita słuchała jego słów z rosnącym niepokojem, jaki przerodził się w strach pomieszany z... właśnie. Z czym? 

Jej siostrzyczka miała w jednym rację - Zita żywiła pewne uczucia do tego mężczyzny, który okazywał jej zainteresowanie. Nie rozumiała jednak ich dokładnej natury... Na pewno powodowane były nowością sytuacji. Ona była przecież nikim. Czemu miałaby zwrócić na siebie uwagę kogoś takiego? Czemu powinna żywić jakiekolwiek nadzieje? Nie, to nie mogło się zdarzyć. Nic dobrego z takiej relacji nie wyniknie, a sama Zita była wszak owocem jednej...

 

...to czemu w samotnych chwilach przed zaśnięciem potrafiła marzyć o ziszczeniu się niemożliwego marzenia?

Głupia dziewczyna...

 

- Ależ... Panie... - wydusiła z siebie, gdy wrócił jej głos - Ja... Jestem jedynie służką... - urwała, nie mogąc zebrać myśli na coś więcej.

 

Patrzyła w oczy Heinricha, choć wiedziała, że nie powinna. Wiedziała, że rumieniec zdradza jej myśli, ale nie mogła nic poradzić, jedynie starając się skryć bardziej w cieniu, ukryć słabość. Nie mogła. Nigdy. 

 

Nigdy...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz