Marass

Oczy szeroko zamknięte (Marass)

42 postów w tym temacie

The human face is, after all, nothing more nor less than a mask.

 

FGiQQf5.jpg

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

1846

20. dzień Miesiąca Pieśni

poranek

Gristol, Dunwall

Dzielnica Destylarni

 

The Angry River

 

 

dD6XvXJ.jpg

 

 

Kapitan Straży Miejskiej, Nicholas Lawrence stał nad brzegiem rzeki Wrenhaven, patrząc na jej wartki nurt w takim skupieniu, jakby widział ją po raz pierwszy. Wydawał się całkowicie pogrążony w gonitwie własnych myśli, co zresztą było prawdą - wszak miał o czym myśleć - i z tego dziwnego odrętwienia wyrwał go dopiero smród przypalanej skóry. Nicholas Lawrence lata temu stracił czucie w lewej dłoni, dlatego też jego nerwy nie wysłały do mózgu informacji, że papieros, o którym najwyraźniej zapomniał, przypala mu palce. Zakomunikował mu to dopiero ten odrażający zapach.

Kapitan przeklnął szpetnie i ugasił niedopałek raz na zawsze, dając go porwać falom Wrenhaven. 

 

Westchnął głęboko, wyciągając z kieszeni kurtki małą karteczkę. Po raz setny dzisiejszego poranka przyjrzał się zapisanym na niej starannym, pełnym zawijasów charakterem pisma słowom, po czym ze złością wepchnął ją z powrotem na miejsce. Splunął, zapiął kołnierz aż pod szyję (nie dość, że zanosiło się na mróz, to jeszcze cholernie wiało!) i odwrócił się w stronę jednej z luksusowych kamienic, które znajdowały się przy Endoria Street.

 

Zimowe słońce oświetlało jego plecy, kiedy znikał za potężnymi, bogato inkrustowanymi dwuskrzydłowymi drzwiami. 

W korytarzu panował półmrok, a wysokie sufity sprawiały, że wydawało się tutaj jeszcze chłodniej niż na zewnątrz. W budynku znajdowały się tylko trzy mieszkania, każde zajmowało niemal całe piętro. Kapitan bywał w takich budynkach rzadko, ale kiedy już bywał, nigdy nie wróżyło to nic przyjemnego dla ich właścicieli. Być może dlatego nie żałował, że z - łagodnie mówiąc - niesatysfakcjonującej pensji Strażnika Miejskiego w tym życiu nie będzie go stać na takie lokum. 

 

Na drzwiach mieszkania na drugim piętrze przywieszono już metalową tabliczkę z wygrawerowanym na niej napisem: Nie wchodzić! Śledztwo w toku! Kapitan Lawrence oczywiście wszedł.

Jego dwóch współpracowników kończyło właśnie przesłuchanie młodej pokojówki o cerze tak jasnej i włosach tak kręconych, że przypominała porcelanowe laleczki, którymi bawiły się jego córki. 

-  Czy ktoś z Kongregacji Wszechludzi odwiedzał ostatnio twojego pana? - Nicholas bezceremonialnie przerwał przesłuchanie, zadając pytanie, które nurtowało go odkąd wpatrzony w nurt rzeki, całkowicie zapomniał o żarzącym się papierosie. Pokojówka spojrzała na niego wielkimi, pełnymi autentycznego niezrozumienia oczami.

- Ja... nie wiem. Ja tylko sprzątam. Pan nie mówi mi, kto przychodzi. - wydukała z wysiłkiem, jakby bała się, że przedstawiciel władzy za moment zakuje ją w kajdany. 

Nicholas westchnął przejeżdżając dłonią po brodzie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od dwóch dni się nie golił.

- Pojedziesz z nami. Wracamy. - zakomunikował współpracownikom, nie zważając na rosnące przerażenie w oczach kobiety.

 

Pokojówka nigdy nie spodziewała się, że będzie opuszczała dom Antona Sokołowa w dorożce z oznaczeniem Straży Miejskiej. Pan przecież zawsze był dobry, miły, wypłatę dostawała na czas, miała wychodne i nigdy się na nią nie skarżył. O tak, pan był dobry. Nie to co ten jego przyjaciel, jak mu było... Piero? Piero Joplin? Ten zawsze patrzył na nią takim wzrokiem, jakby chciał ją rozebrać. Ale pan Anton nie.

 

Ciekawe czy go znajdą. I czy znajdą szybko.

Mia Russo pomyślała, że jeśli zajmie to więcej niż tydzień, skończy jej się pensja, którą przedwczoraj otrzymała od swojego pracodawcy. Wtedy właśnie młodziutka pokojówka całkowicie przestała przejmować się Strażą Miejską, oznaczoną dorożką i tym nieprzyjemnym kapitanem, a zaczęła znów martwić się o to, co za kilka dni włoży do garnka.

 

 

*

 

 

O porwaniu Antona Sokołowa huczało całe miasto. Był to tak gorący temat, że z pewną niechęcią skonstatowali, że to nie oni pierwsi się o nim dowiedzieli. Zanim Lord Protektor wezwał ich do siebie, minęło kilka dni. Dni, wypełnionych krzykliwymi nagłówkami "Dunwall Courier", które za cel wzięło sobie wymienienie wszystkich hipotez, odnośnie zniknięcia słynnego wynalazcy i królewskiego medyka. Hipotez mniej lub bardziej prawdopodobnych (doprawdy, czy ktoś wierzył, że Sokołow sfingował własne porwanie, by rozpocząć nowe życie na Serkonos jako gwiazda tamtejszego kabaretu?).

 

Kiedy już Corvo Attano zaprosił ich do Dunwall Tower - co samo w sobie było dziwne, gdyż zwykle spotykali się poza cesarską rezydencją - sprawy zaczęły przybierać coraz bardziej katastrofalny obrót.

Na premierę najnowszego spektaklu w Teatrze Dramatu imienia Beatrix Blayne Kaldwin, nie przybył odtwórca głównej roli, słynny aktor Camdyn Mercer. Wieść o jego porwaniu rozeszła się błyskawicznie, przechodząc przez języki wszystkich artystów w mieście, którzy nie należeli do osób powściągliwych w słowach i docierając wprost do redakcji "Dunwall Courier". O tej sprawie Kruki wiedziały jednak wcześniej. Jak również o tym, że podobny lost podzieliła lady Kaliyah von Meyers, wdowa po Masonie von Meyersie, który zmarł na zawał niemal dekadę temu, pozostawiając żonę z kolosalnym spadkiem. 

 

Zaginionych pozornie nic nie łączyło. Poza głośnymi nazwiskami, oczywiście.

Corvo Attano wiedział jednak coś, co nie przedostało się do informacji rozchwytywanego dziennika Dunwall - przy każdym z nich pozostawiono wiadomość. Lakoniczną, krótką notkę, sporządzoną starannym, pełnym zawijasów charakterem pisma.

 

 

HxRDh4V.png

 

 

Zm3VJJD.png

 

 

wsb5kz5.png

 

 

Zakazy Kongregacji Wszechludzi odnaleziono w domach zaginionych lub miejscach ich pracy: Zagubiony Umysł leżał leżał starannie oznaczony przyciskiem do papieru przy biurku Antona Sokołowa, Próżnujące Dłonie znajdowały się w toaletce lady Kaliyah, a w teatralnej garderobie Camdyna Mercera odnaleziono kartkę z napisem Kłamliwy Język. Sprawa nie tylko nabrała więc religijno-politycznych rumieńców, ale stała się na tyle delikatna, że jej rozdmuchanie mogło grozić poważnym skandalem. Lord Protektor oczywiście najlepiej zdawał sobie sprawę, że bunt mieszkańców Cesarstwa przeciw władzy religijnej, odbije się na ich stosunku do Korony. Dlatego też zdecydował się zaangażować do tego zadania swoich najlepszych ludzi. Naznaczonych, których starannie wyselekcjonował. Poza tym, karnawał Uczty Oświecenia, nie sprzyjał prowadzeniu śledztwa przez organy do tego wyznaczone, nawet, gdyby Corvo wierzył w ich skuteczność (a nie wierzył), Straż Miejska musiała zająć się nasilającymi się o tej porze roku aktami wandalizmu, kradzieżami i gwałtami, a powoli brakowało rąk do pracy.

 

Słowem, zostały tylko Kruki, w których nadzieję pokładało Cesarstwo.

 

 

*

 

 

Lord Protektor nie zostawił ich, oczywiście, z niczym. Spotykali się coraz częściej, na bieżąco informowani o postępach toczącego się śledztwa. To była dobra okazja, żeby poznać siebie i dowiedzieć się czegoś o nowych towarzyszach. 

Spędzali czas w zimowym ogrodzie w Dunwall Towar, a Maksim i Alva wiedzieli, że kilkaset metrów dalej, w ściśle strzeżonym Coldrige Prison siedzi zamknięta na cztery spusty wiedźma Lena, której Emily Kaldwin postanowiła oszczędzić głowę (nieobojętny na przyczyny tej decyzji pozostał raport arystokraty). Poznali nawet jej nazwisko: Levine.

Lena Levine, jedna z najmłodszych więźniarek celi o zaostrzonym rygorze.

 

Elena Findley i jej syn zamieszkali w cesarskiej rezydencji. Zachary zdecydowanie odżył w wielkim mieście. Widzieli go często, gdy bawił się z dziećmi strażników, ogrodników i pokojówek. Podobno cesarzowa pokochała go szczerym uczuciem, ku niezadowoleniu Eleny, pozwalając chłopcu niemal na wszystko. Nie mieli, oczywiście pojęcia, czy Emily zdaje sobie sprawę z niezwykłych umiejętności Zacharego, ale nie mieli też czasu, by się nad tym zastanawiać.

 

Miesiąc Pieśni minął, znaczony kolejnymi porwaniami, a oni czekali na jedno: coroczny bal z okazji Uczty Zatracenia u lady Boyle. To był ich jedyny trop.

Okazało się bowiem, że poza enigmatycznymi karteczkami z Zakazami Kongregacji, a także rozpoznawalnym nazwiskiem, zaginionych łączyło jeszcze jedno: w mieszkaniach całej trójki znaleziono zaproszenia na to owiane legendą wydarzenie. Corvo nie zamierzał tego znaku ignorować, co więcej - choć emocje Lorda Protektora bardzo często trudno było odczytać - wszyscy wiedzieli, że łączy z tym wielkie nadzieje. Jeśli istniała jakaś szansa na poznanie losów zaginionych, to tylko na balu. Był o tym przekonany.

 

Odpowiednie zaproszenia otrzymali już następnego dnia. Posiadłość Boylów znajdowała się w Dzielnicy Rezydencji. Po śmierci głównej organizatorki przyjęcia - Waverly Boyle, która siedem lat temu popełniła samobójstwo, organizację balu przejęły jej siostry: Esma oraz Lydia. Ta druga wycofała się jednak z przedsięwzięcia w zeszłym roku, toteż miała to być pierwsza impreza organizowana przez samą tylko Esmę

 

Oczywiście, mieli udawać zwyczajnych gości, dlatego w dobrym guście było przyprowadzenie osoby towarzyszącej. Nie zmieniało to jednak faktu, że misja miała najwyższy priorytet, a Lord Protektor wymagał od nich bezwzględnego poświęcenia. 

 

Nie pozostało im więc nic innego jak przygotować się do tego wielkiego wydarzenia towarzyskiego. 

 

 

*

1846

5. dzień Uczty Zatracenia

wieczór

Dzielnica Rezydencji w Dunwall

Posiadłość lady Boyle

 

 

q83V7Bn.jpg

 

 

Rezydencja rodziny Boyle'ów była jedną z najbardziej okazałych w tej dzielnicy. Setki metrów kwadratowych absolutnego luksusu, otaczał starannie utrzymany ogród, który stanowił w oczach jego projektantów, dowód na całkowitą dominację człowieka nad naturą. Regularność kompozycji wyznaczały równo przycięte krzewy biegnące symetrycznie wzdłuż alejki dziedzińca. Korony karłowatych drzew zostały uformowane i równo przystrzyżone w kształt kul i stożków. Intensywną zieleń trawy uzupełniały ażurowe ławki o ograniczonej funkcjonalności (wszak chodziło o prezencję), marmurowe rzeźby oraz piękna, wysoka fontanna, witająca gości wjeżdżających dorożkami na teren posesji.

 

Kilkukondygnacyjna posiadłość odbijająca się w gładkiej tafli basenów, zachwycała przepychem. Elewację pokrywały strzeliste kolumny i pilastry. Reprezentacyjny tympanon zdobiły szczegółowe, figuratywne płaskorzeźby, a balkonowe tralki wykonano z drogich, serkońskich, śnieżnobiałych kamieni. Z tego samego materiału stworzono schody, prowadzące do wnętrza posiadłości. Kolejne, delikatnie zaokrąglone stopnie były szerokie u dołu i stopniowo zwężały się ku górze, przypominając swoim kształtem rozłożystą, balową suknię.

 

 

Gregor von Faust

 

Lady Boyle zainwestowała dziesiątki tysięcy złotych monet, by uczynić jej wydarzenie niezapomnianym. Doktor Gregor von Faust przekonał się o tym, kiedy tylko przekroczył drzwi wejściowe rezydencji. Wielka sala balowa oświetlona setkami migotliwych świec, sprawiała silne, nierealne wrażenie, jakby całe wnętrze oderwane było od rzeczywistości. Potęgowały je dodatkowo starannie udrapowane, czerwone kotary, stoły uginające się pod naporem najdroższych smakołyków, dostarczonych tutaj ze wszystkich zakątków Cesarstwa, a także (a może przede wszystkim) goście.

Kobiety i mężczyźni o pełnych przepychu kreacjach, często z maskami przysłaniającymi twarz i - zwłaszcza w przypadku płci pięknej - włosami upiętymi tak starannie i przyozdobionymi tak obficie, że mogłyby robić za eksponaty w Muzeum Rzeźby.

 

Gregor bywał już na takich imprezach i nigdy nie wspominał ich specjalnie dobrze. Młode damy zazwyczaj nie tylko do niego nie podchodziły, ale nawet unikały jego spojrzenia, a większość z fikuśnych przystawek uważał za zbyt ciężkostrawne. Trzeba było jednak przyznać, że na arystokratycznych balach serwowano znakomite trunki. To na pewno był plus. Gdy tylko doktor o tym pomyślał, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zmaterializował się u jego boku usłużny kelner, zachęcając do skosztowania wybornego, serkońskiego wina. Gregor instynktownie przyjął propozycję, choć jego uwaga skupiona była na lustrowaniu wnętrza. 

Czyżby przybył jako pierwszy?

Nie udało mu się bowiem dostrzec żadnego Kruka... Chociaż nie, wróć...

Czy te rude włosy, które dostrzegł wśród gości to nie była Rakela?

Gregor poszedł tym tropem, by upewnić się co do przypuszczeń.

Te jednak okazały się błędne. Obok pokaźnych rozmiarów fontanny z płynną czekoladą stała bowiem nie malarka, ale nie kto inny jak Elise Laurenz. Rozmawiała z zadbaną kobietą po czterdziestce i właśnie przeczesywała ręką włosy, w geście niemego roztargnienia, który tak dobrze znał. Ubrana była w czarną, satynową sukienkę, która podkreślała bladość jej cery i intensywny kolor włosów. Wydawała się go nie dostrzegać, wpatrzona w rozmówczynię z wyrazem łagodnego znudzenia, rysującego się na twarzy.

 

 

Preston Jenkins

 

Preston planował się spóźnić. Nie dużo, oczywiście, jednak słyszał ze spóźnienia są modne. Misja misją, ale przecież mógł sobie pozwolić na tę odrobinę dezynwoltury. 

Nie przewidział jednak tego, że w takim zatrzęsieniu ważnych sztywniaków, niewiele osób dostrzeże jego modne spóźnienie. Trudno. Odbije to sobie szklaneczką drogiej, gristolskiej whisky. Bo whisky mieli tutaj dobrą, nie to, co w Uroborosie - jednej z lepszych knajp Wodnej Dzielnicy, której szyld przedstawiał węża, połykającego swój własny ogon.

 

Gdzieś w oddali mignęła mu Alva, jednak zanim Kruk zdążył zareagować, pałaszując przystawkę, której nazwy nie umiałby wymienić, stanowczym krokiem podeszła do niego urocza brunetka, której twarz - był, co do tego pewien! - skądś kojarzył, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć skąd. Kobieta spojrzała na niego z wyraźnym zaciekawieniem, sięgając po pierwszą lepszą przekąskę. 

Myślisz, że się rozkręci? - zapytała, rzucając spojrzeniem w stronę sceny, na której ewidentnie serkońska orkiestra, dawała swój popis, wydobywając z wnętrza dziwnych instrumentów melodię choć przecież energiczną, to jednocześnie absolutnie nijaką. A przynajmniej w odczuciu Prestona.

Alma Moran. - przedstawiła się i dopiero teraz Jenkins zdał sobie sprawę, że zna to nazwisko. Oto stała przed nim sama redaktor naczelna "Dunwall Courier". - Z kim mam przyjemność? - uśmiechnęła się zachęcająco, choć trudno było orzec, czy zrobiła to z czystej ciekawości czy zawodowej wprawy.

 

 

Alva Lazarev

 

Alva pierwszy raz w życiu była na takim przyjęciu, ba, pierwszy raz w życiu odwiedzała dom w Dzielnicy Rezydencji. Owszem, czasami bywała tutaj przejazdem, ale nigdy nie zatrzymywała się na dłużej. To nie był jej świat. Te wypieszczone ogrody, odmalowywane co sezon elewacje, konie trzymane na małych wybiegach, by nie rozpierzchły się za bardzo i pozwoliły podziwiać swoją lśniącą sierść przybywającym w odwiedziny gościom.

Nie, to zdecydowanie nie był jej świat.

 

Oczywiście, nieobca była jej sama idea przyjęć. W Tyvii wszak również miały się one dobrze, a państwo Lazarevowie uwielbiali urządzać pompatyczne imprezy na cześć kolejnego sukcesu biznesowego. Żaden z tamtych balów, nie mógł się jednak równać z wydarzeniem lady Boyle. Tropicielka była pewna, że arystokratka zaprosiła tutaj najgrubsze ryby nie tylko z Dunwall, ale z całego Cesarstwa Wysp. Czy naprawdę tylko ona czuła się tutaj tak bardzo niedopasowana, omijając tych wystrojonych ludzi, plotkujących, flirtujących ze sobą i załatwiających pokątne interesy przy kieliszku drogiego szampana?

Och, nie miała wątpliwości, że ojciec byłby z niej dumny. Wszak czy jej brat mógł poszczycić się udziałem w tak istotnym przyjęciu? Nie. Kto by pomyślał, że ona, Alva Lazarev, będzie pierwszą dzikuską na salonach.

 

Właśnie wtedy, kiedy tropicielka zaczęła instynktownie rozeznawać się w układzie pomieszczenia (za sceną, za tą draperią, muszą być ukryte drzwi; tamten korytarz najpewniej prowadzi do kuchni; wielkie wrota, przy których nieprzerwanie stoi dwójka strażników prawdopodobnie oddzielają część prywatną od tej, przeznaczonej dla gości), tuż przed jej nogami przebiegł... mały piesek. Był tylko nieco większy od szczura, ale za to bardzo intensywnie owłosiony. Szczekał z taką zawziętością, że aż trudno było uwierzyć, że jego miniaturowe struny głosowe mogą z siebie wydobyć takie dźwięki.

 

Tuż za ukokardowanym zwierzakiem, w pościg rzuciła się słusznych rozmiarów kobieta ubrana w zwiewną, różową suknię (pod kolor kokardki psa - przeszło Alvie przez myśl). 

Łapcie... łapcie... moje maleństwo! - biedaczka cała się zdyszała od tego biegu. - Ona nie może jeść czekolady!

Tymczasem, jakby na złość, to małe szczekliwe stworzenie obrało sobie za cel majestatyczną fontannę z czekoladą, ulokowaną na okrągłym mahoniowym stoliku, przy ścianie na przeciwko.


Hans Wetter 

 

Sharon od kilku dni z niecierpliwością czekała na ten wieczór. Dawno jej takiej nie widział: podekscytowanej i przepełnionej prawie że nastoletnią pasją. Oczywiście, wiedziała, że nie wybierają się tutaj przypadkowo, ale nie zamierzała dopytywać o szczegóły. Za to ją cenił, za to ją pokochał, wiedziała, kiedy zaprzestać pytań.

Nie zmieniało to jednak faktu, że żona Hansa, doświadczona pani profesor, specjalistka w zakresie chemii, nie uśmiechała się tak szeroko od czasu całej tej sprawy z zaginięciem Antona Sokołowa. Kiedy zawieszona na ramieniu męża przyglądała się z zainteresowaniem pełnemu przepychu wystrojowi sali balowej, Wetter miał wrażenie, że oto widzi Sharon taką, jaką dawno nie była. Odprężoną, zafascynowaną, pozbawioną trosk codzienności.

 

Matka dwojga jego dzieci zrobiła z tego wyjścia swoisty rytuał. Absolutnie zakazała mu zaglądać do szafy, twierdząc, że w kreacji będzie mógł ją zobaczyć dopiero w ten wielki dzień. A było na co patrzeć. Sharon wybrała na tę okazję śliczną brązową sukienkę, wykończoną złotą taśmą, korespondującą z barwą jedwabnej narzuty. Chociaż jej strój niknął w przepychu wielkich, udrapowanych, szerokich sukni co bogatszych dam, to na Hansie robił wrażenie.

 

Mężczyzna dyskretnie szukał wzrokiem na sali pozostałych Kruków i kątem oka dostrzegł rozmawiających Rakelę, Maksima oraz nieznaną mu kobietę w wyzywającej kreacji. Wyglądało, jakby przyszła tutaj razem z arystokratą. Przypuszczał, że pozostała trójka współpracowników Lorda Protektora musi również bawić się już na balu. To dobrze. Dobrze wiedzieć, że są w gotowości.

 

Sharon zgarnęła dwa kieliszki z tacy niesionej przez usłużnego kelnera i powędrowała wzrokiem za spojrzeniem Hansa.

Znajomi? - mrugnęła z uśmiechem, wręczając mu wino. - Rzucają się w oczy. - to chyba był komentarz, odnośnie płomiennych fryzur kobiet, otaczających Maksima. Sharon jednak nie zamierzała kontynuować tematu, bo podniosła kieliszek w geście wzniesienia toastu. - Za nas. Za to, żeby udało ci się to, co musi się udać. I za tę wspólną noc.

 

 

Rakela White Maksim Olgovich Aristov 

 

Drogę do Dzielnicy Rezydencji, którą przemierzyli prywatną dorożką Maksima, wyruszając spod mieszkania w Dzielnicy Destylarni, Ivette spędziła uroczo trajkotając. Była niesamowicie podekscytowana wizją tego balu, na którym miała pojawić się cała śmietanka towarzyska Dunwall. Ostatnimi czasy ciągle mówiła o tajemniczym zaginięciu tego dobrze rokującego aktora dramatycznego, ale losy biednego Mercera przestały ją tymczasowo obchodzić. W końcu Maksim zabierał ją na najważniejsze wydarzenie tego roku!

 

Oczywiście, wiedziała, że ma odpowiednio się prezentować. Do prezencji Ivette przykładała zresztą dużą wagę. W końcu była artystką - miała doskonały gust! W realizacji jej estetycznych wizji pomagały oczywiście pieniądze Aristova, ale to przecież jasne, że w życiu nie ma nic za darmo. No a na pewno nie ma za darmo skórzanych, szytych na zamówienie, bogato ornamentowanych gorsetów i złotej biżuterii. Maksim zainwestował w ten bal niemało, ale - musiał to przyznać - jego towarzyszka wyglądała obłędnie. Zresztą, nie było to tylko jego prywatne spostrzeżenie, bo wzrok przedstawicieli płci brzydszej zdradzał, że nie pozostają oni obojętni na wdzięki Ivette.

 

Lady Boyle się postarała - trzeba było jej to oddać. Aranżacja wnętrza musiała kosztować fortunę, to samo tyczyło się porozstawianych na stołach potraw. Zanim jednak czający się z tyłu głowy Maksima liczykrupa, zaczął sumować koszty, Ivette pociągnęła go za ramię, wskazując na odwróconą tyłem kobietę. - Czy to Rakela White? - spytała tonem pełnym autentycznego niedowierzania. - Kto by się spodziewał, że TUTAJ będzie!

Maksim, oczywiście, nie tylko się spodziewał, ale również to wiedział. Wszak poinformował go o tym sam Lord Protektor, ale tego przecież Ivette przypuszczać nie mogła. 

 

Rakela, jakby wiedziona myślą, że ktoś - całkiem dosłownie - obgaduje ją za plecami, odwróciła się w stronę nowoprzybyłych. Towarzyszka Maksima oczywiście wykorzystała tę sytuację. - Och, witaj, słonko! Pięknie wyglądasz! Co tutaj robisz? - spytała tonem całkiem niewinnym, ale jednocześnie niepozbawionym zajadłości.

Cóż, ostatecznie mogło być gorzej. Autumn zdawała sobie sprawę, że zawsze może być gorzej. Chociaż Ivette darzyła ją słabo maskowaną antypatią, to, ostatecznie, ona przecież nic do niej nie miała. 

Wkraczając do posiadłości lady Boyle, Rakela zdawała sobie sprawę, że będzie musiała dzisiejszego wieczora odbyć wiele - mniej lub bardziej pożądanych - nic nie znaczących konwersacji. Zresztą, miała już okazję przeprowadzić pierwszą taką, kiedy podszedł do niej starszy jegomość, który przedstawił się jako sir Mattheus Gordon z tych Gordonów. Rakela nie miała co prawda pojęcia o jakich Gordonów chodzi, ale nie zniechęciło to mężczyzny. Nie był dobry we flirtach, ale najwyraźniej zazwyczaj nadrabiał to nazwiskiem. W każdym razie, zapamiętale komplementował malarkę, taksując ją spojrzeniem. Udało jej się jednak zgubić jego towarzystwo, kiedy zadeklarował się, że przyniesie najlepsze wino, jakie znajduje się na balu.

I tak oto została sama, zyskując nowe towarzystwo w postaci Ivette i Maksima.

 

Bal rozpoczął się na dobre.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

sZAa3ND.png

Preston Jenkins

 

Minęło już trochę czasu od ostatniego razu kiedy to Preston Jenkins, czasem zwany Karciarzem, został wezwany przez Lorda Protektora. Chociaż w głębi duszy kruk przeczuwał, że ten dzień wkrótce nadejdzie. Tajemnicze zniknięcia sławnych osobistości i to w takim czasie były zdecydowanie rzeczą która zwracała na siebie uwagę. Wiedział, że nie postawi tego straży. Nie wiedział jednak kogo na tą misje wezwie. Spodziewał się jednak, że dostanie wezwanie. W końcu skoro można, to dlaczego nie wziąć specjalisty od tropienia podejrzanych typków? Prawda?

 

Przynajmniej z takiego założenia wyszedł Preston, oczywiście odpowiadając na wezwanie Corvo Attano. Był potrzebny, więc przybywał. Praca dla Korony zawsze napełniała go dumą. Chociaż jego pochodzenie mogłoby świadczyć o czymś zupełnie innym. Preston czuł zobowiązanie wobec władzy, aby pomóc im pozbyć się śmieci, których system sam nie dałby rady się pozbyć. Tak będzie i tym razem.

 

 

*  *  *  *  *  *

 

 

Preston podszedł do całego balu bardziej jak do zabawy, niż jak do poważnej misji. Głównie dlatego, że była to dla niego absolutna nowość. Preston zwyczajnie nie był na bale zapraszany, bo kto zaprosiłby jakiegoś zwykłego, zupełnie nie podejrzanego, mieszkańca miasta. Wielokrotnie też pytał czy brać broń. Ile tej broni, ile ewentualnej amunicji. Ale zawsze kończyło się tym samym.

 

"Jeden rewolwer absolutnie wystarczy. A i tak raczej nie będziesz musiał go użyć. Dlatego też nie przesadzaj z amunicją."

 

Preston nie był od szpiegowania, był od strzelania... ale wysłuchał zaleceń Lorda Protektora, jeden pistolet. Starannie ukryty. Dwanaście pocisków. Ukryte równie starannie.
Została jeszcze kwestia ubioru, na czym też Preston też się nie znał. Całe szczęście, był Jim który to zaoferował swoją pomoc, przy dobraniu ubrania, no i kupieniu go. Bo najbardziej elegancki ubiór Jenkinsa nie nadawał się na imprezę tego pokroju. W zasadzie, to nie nadawał się na żaden bal, albo ślub. Najwyżej pogrzeb. To zmusiło go do wyruszenia na okrutną dla niego wycieczkę po krawcach.

 

Wybór był trudny, bo jak się okazuje, Preston jest dość wybredny w kwestiach stroju, nie lubiąc zbyt ekstrawaganckich kolorów, co gorsze okazał się też nie lubić czarnych ubrań. Zapewne wywołał tym u biednego Jima ból głowy, ale po wielu godzinach zmagania się z krawcem, udało im się wybrać strój który zarówno pasował Jenkinsowi ale też wpasował się w koncepcje samego balu. Co nie znaczyło jednak, że zmagania z modą Jenkinsa się skończyły. Bo tak oto, w ten sam dzień w który Preston miał ruszyć na bal, do jego lokum, wraz z Jimem przybyła jego narzeczona, oznajmiając, że zajmie się jego fryzurą.

Niestety było to okrutne kłamstwo, kobieta nie tylko przycięła i starannie ułożyła jego włosy, ale i ogoliła mu większość zarostu zostawiając go tylko z wąsem i bródką która rzekomo była bardzo elegancka. Preston jednak lubił swoją brodę. Uważał, że dodawała mu powagi i pomagała straszyć jego wrogów. Niestety Jim i Josephine mieli inną opinię. Takim oto cudem, Preston stał się eleganckim obywatelem Dunwall, gotowym na to jakże wysokiej klasy przyjęcie. Nie do końca z własnej woli. Ale teraz nie wyróżniał by się z tłumu. A przynajmniej nie aż tak. A żeby szansę wpasowania się były większe, otrzymał też przyśpieszony kurs etykiety. Zapamiętał tylko część.

Powinien dać radę. Miał nadzieje, że da radę. Liczył na to, że da radę.

 

 

*  *  *  *  *  *

 

 

Spóźnienie się, było jedną z tych rzeczy które zapamiętał. Miał się nieco spóźnić, bo ponoć tak wypadało. Nie zamierzał rozmyślać dlaczego. To była kolejna z tych rzeczy która była dla niego raczej obca. Nie miał jednak nic przeciwko tejże zasadzie, bo dało mu to trochę więcej czasu który to potrzebował na upewnienie się, że cała jego gra na wpasowanie się w otoczenie nie zostanie zbyt szybko rozbita.

Preston w życiu nie był ubrany tak dobrze. Jednak z powodu Jima i Josephine, musiał zostawić swój ulubiony kapelusz w domu. Nie był z tego powodu zadowolony, uwielbiał swój kapelusz! Czuł się w nim, o wiele bardziej bohatersko. A musiał go zostawić w domu, co za szkoda. Tak oto stał teraz tutaj bez nakrycia głowy. Nie miał też oczywiście swojego paska z kaburą na pistolet. Bo broń musiała być ukryta, w jednej z wewnętrznych kieszeni płaszcza. Do tego z tyłu. Tak by zbytnio mu nie zawadzała.

 

Szybko zlokalizował trunki, chwytając dla siebie szklaneczkę whiskey.

- A jednak faktycznie te droższe są lepsze - powiedział do siebie rozkoszując się smakiem trunku. Przy okazji szukając wzrokiem innych Kruków, lub jakichkolwiek znajomych twarzy.
Pierwszą dostrzegł Alve, chociaż co prawda, była to kobieta którą spodziewał się zobaczyć ostatnią. Miał nawet ochotę podejść do niej i zapytać jak podoba jej się przyjęcie. Chociaż rozmawiał z nią dość niedawno, nie była to rozmowa na tyle długa na ile by chciał. W końcu ich spotkanie w Tyvii wspomniał bardzo dobrze, wypadało by raz jeszcze poagadać. Planował poczekać jeszcze moment, przy okazji próbując jednej z potraw. Nim jednak zdążył chociażby pomyśleć o ruszeniu w stronę znajomej twarzy, inna twarz go zatrzymała. Twarz którą również kojarzył, jednak nie była to twarz kruka. Całe szczęście, Preston był specjalistą od robienia dobrej twarzy do złej gry.

Uśmiechnął się serdecznie, wręcz zachęcająco i nawet trochę flirciarsko do kobiety gdy ta podeszła. Musiał faktycznie wyglądać wspaniale skoro kobiety same do niego przybywały. Dopiero teraz zerknął na zespół który grał.
- Och, mam taką nadzieje, na razie mam wrażenie, że nawet się nie starają by muzyka dodała jakąkolwiek atmosferę, poza nudą - oznajmił spokojnie biorąc kolejny łyk whiskey, raz jeszcze pozwalając smakowi spokojnie pobyć w ustach przed przełknięciem. W momencie w którym kobieta się przedstawiła, natychmiastowo skojarzył ową twarz. Przypomniał mu się też jeden z artykułów który opublikowała jej gazeta o "Karciarzu".

Odruchowo chciał ruszyć dłonią aby podnieść kapelusz ale przypomniał sobie, że go nie ma, więc opuścił dłoń i zaśmiał się. Zupełnie jakby nie poczuł zakłopotania.
- Pani wybaczy, nawyk. Jestem Preston Jenkins. Miło mi panią poznać - powiedział przyjmując na twarz uśmiech, swój najlepszy z tych które mogły służyć jako narzędzie ewentualnego podrywu. - A jak się pani podoba przyjęcie? - zapytał po chwili dla podtrzymania rozmowy. Błądząc dalej wzrokiem po sali poszukując pozostałych kruków.
 

Edytowane przez BigbysHand

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QLvvmJv.png

Alva Lazarev

 

 

Po powrocie do Dunwall i złożeniu raportu, Alva zniknęła. Zupełnie nieuchwytna, przez kilka dni wędrowała sobie tylko znanymi leśnymi bezdrożami, nie bacząc na chłody i słotę.

Musiała sobie wszystko poukładać.

 

Wpierw nie zatrzymywała się wcale, nie tracąc czasu nawet na jedzenie, dopóki nie znalazła kryjówki.  Pobliski strumień zapewniał niezbędną wodę, a wykrot ze zmiecionymi wiatrem liśćmi ocalałymi od wszechobecnej wilgoci, nadawał się w sam raz na osłonięte legowisko, które można było zmienić w nieco wygodniejszy szałas.  Wysiłek fizyczny spychał rozterki na właściwe miejsce, wymuszał analityczne planowanie robót.  Za posiłki starczały zabrane suchary. Wraz z zachodem słońca tropicielka rozpalała ogień  i długo wpatrywała się w płomienie, a później w dogasający żar, zmęczona tak bardzo, aż jedynym pragnieniem pozostało tylko wtulić twarz w futrzane posłanie i zasnąć, nie myśląc o niczym. Budziła się głodna, ale silniejsza. I szczęśliwsza.

Wolna.

Nic się nie zmieniło.

Alva  uśmiechała się radośnie i przekornie. Znów  żaden człowiek nie wiedział, gdzie się włóczy. Bez znaczenia, jak zwykły wilk, sarna, czy nawet mucha. Jak dopalający się żar, który niegdyś był potężnym dębem. Nieistotna we wszechświecie drobina. Ostatecznie nieistotna, jak każda inna. A jednocześnie wciąż żywa i niepowtarzalna. Przerażające. Sprawiedliwe. Piękne. Czego chcieć więcej?

Mogła biec przed siebie, zupełnie wolna. Albo zawrócić. Wolna. Wszystkie rozkazy miały znaczenie dopiero wtedy, gdy się ich posłucha.

Wokoło był tylko las. Normalny, pełen znanych zapachów i dźwięków las, bez ani jednego powtarzającego się drzewa. Ani jeden zbrązowiały, butwiejący liść nie powielał tych samych, obumarłych już żyłek i dziur wygryzionych przez robaki. Cudowna  różnorodność natury zachwycała jak zawsze. Nic nie mogło tego zmienić, tak jak nie zmieniał nic deszcz, czy nadchodzący nocą przymrozek przykrywający wszystko świeżą warstwą szronu. Chociaż... Coś się jednak zmieniło.

Mit stał się prawdą. Gusła rzeczywistością.

Alva nie mogła nie pamiętać Pustki, nie mogła nie widzieć magicznego znaku na swojej lewej dłoni. Już podczas podróży statkiem przyzwyczajała się do tego, że większość ludzi go nie zauważy.

Samotnie przyzwyczajała się do tego, że ona widzi.

 

Trzeciego dnia polowała. Roczny kozioł sarny i tak padłby ofiarą drapieżników. Prawie nie kulał, ale kontuzja wyraźnie odbiła się na kondycji zwierzęcia. Cichy strzał z kuszy tylko przyspieszył nieuniknione.

Mięso, upieczone nad ogniskiem z dodatkiem jedynie soli, było lepsze niż wszelkie frykasy z najwystawniejszej uczty.  Alva mogłaby to przysiąc. Naprawdę, ciężko było uwierzyć, że w Pustce zabiła „zwierzęcą część siebie”.

Coś się jednak zmieniło.

Kiedy porzucała na zawsze szałas, zostawiając go być może tylko mieszkańcom lasu, a być może jakiemuś zbłąkanemu wędrowcowi, biegła.  Biegła, wolna jak północny wiatr, ale nie sama. Wraz z nią biegł biały wilk. Z żadnym jeszcze stworzeniem nie czuła aż takiej wspólnoty. Biegała do utraty tchu.

I zawróciła. Wracała niespiesznie, nie wiedząc jeszcze, czy wraca jak człowiek do swoich, czy jak wilk, obserwować i węszyć zdobycz lub niebezpieczeństwo.

 

A jednak wszystko się zmieniło.

 

Tajemnicze porwania, które ostatecznie poskutkowały także zebraniem Kruków w Dunwall Tower, dla każdego z nich oznaczały kolejne zadanie.

Dla Alvy oznaczało to coś jeszcze. Właśnie teraz.

Po raz pierwszy od dziesięciu lat miała spędzić nie liczony w kalendarzu czas Uczty Zatracenia wśród ludzi.

 

 

 ***

 

Przygotowania minęły tak szybko, iż rankiem ostatniego dnia Miesiąca Pieśni, Alva niemal nie mogła uwierzyć, że... To już.  Długo patrzyła do na wpół pustej garderoby, gdzie jeden, starannie opakowany, kupiony niemal od razu po otrzymaniu wiadomości o balu strój leżał obok gotowego (jak zawsze o tej porze roku) ekwipunku na długą wyprawę.

Zanim choćby dotknęła którekolwiek, jeszcze raz musiała wyjść.

Pół dnia spędziła w siodle, gnając podmiejskimi drogami, ale wieczór zastał ją już w ulicach Zatopionej Dzielnicy. Potrzebowała zobaczyć znajomą, ludzką twarz. I musiała przyznać, że potrzebuje rady.

 

***

 

Rezydencja Lady Boyle wyglądała dokładnie tak, jak Alva mogła się spodziewać po arystokracji. Jak pomnik pychy. Tropicielka ponuro wypominała w myślach sobie, czy też może raczej całej stołecznej klasie wyższej, że wystarczyłoby zostawić ten cały okropny, przystrzyżony pod sznurek i linijkę ogród na rok, a natura pokazałaby wszystkim ile dba o tak sztuczne zabiegi.

Tymczasem jednak próbowała się orientować w rozkładzie pomieszczeń i unikać wszelkich błahych konwersacji.

Nie pasowała tu. Nie pasowała dużo bardziej niż tylko zewnętrznie, chociaż  klasyczny północny minimalizm z pewnością nie był czymś, co – jak było widać dookoła – damy zwykle wybierały na bal. Nie o to chodziło. Do większego kompromisu w kwestii stroju  wcale nie chciała się zmuszać. Żadne rady nie mogły ot tak zmienić tego, kim jest, a poza tym pod długą, czarną spódnicą można było ukryć wygodne buty. Nie wspominając już o takich drobiazgach, jak pistolet i nóż. Alva w ogóle nie myślała o modzie.

Właściwie wolałaby znaleźć się wśród wrogów, lub najeżonych kolcami pułapek, niż w tym dekadenckim tłumie.

„Porwania” – upomniała się w myślach, rozglądając się jeszcze raz.  Mieli przecież misję. Może gdzieś w pobliżu kręci się także Preston lub Rakela?

Zamiast podejrzanych indywiduów, albo któregokolwiek z Kruków dostrzegła jednak, a raczej wpierw usłyszała obok siebie kudłaty kłębek sierści.

 

Odruchowo odsunęła się z drogi korpulentnej kobiety w różu, ale nie potrafiła nie zareagować. Zobaczyła bowiem nie tylko nerwową jejmość, której właśnie uciekła zabawka. Może ta kobieta zupełnie niewłaściwie karmiła swoje „maleństwo”, a z pewnością  rozpieszczała  zwierzaka jak dziecko i stroiła jak maskotkę... Ale... Także bała się o psiaka. To było  słychać. Rzeczywiście, jeśli cholerna fontanna była z najprawdziwszej, najdroższej czekolady z gorzkich importowanych ziaren (Alva nie miała podstaw w to wątpić), to dla malutkiej suczki mogła szybko okazać się zabójcza. Tropicielka wcale nie chciała się o tym przekonywać w praktyce.

Ściganie psa, nawet tak drobnego, było skazane na niepowodzenie.

Sięgając ręką do stojącego obok na stole talerza Alva miała tylko nadzieję, że w tym zawziętym kłębku sierści pozostało dość z prawdziwego dzikusa.

Mniejsza o różową damę. O wszystkie damy...

Gwizdnęła.

Nie było to zwykłe, przywołujące, melodyjne gwizdanie, które zginęłoby w tle tak samo znaczących bodźców. To był krótki, ale ostry, urwany, drapieżny świst, który miał natychmiast  przykuć uwagę zwierzęcia. Dopiero gdyby popatrzyło w jej stronę mogłaby rzucić lepką kulkę mięsa zwiniętą szybko w  palcach. Poturlać po podłodze, jak paskudnego, uciekającego szczura, w innym niż fontanna kierunku. Oczywiście pozostawała także możliwość, że wystraszone „maleństwo” po prostu przywaruje na podłodze i będzie można je złapać.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

DaenmEq.png

Rakela White

 

Wezwanie od lorda przyjęła jako sprawę honoru i priorytet, łatwo zostawiając wszystkie mniej ważne sprawy. Wiara w słuszny cel napełniała ją, gdy tylko wiedziała, że tutaj potrzebna. Nawet jeżeli inny z wybranych niemalże wzbudzał w niej dreszcze samą obecnością. Zachowała maskę spokoju, tak samo jak za każdym razem gdy spotykała ludzi, których celu na ziemi nie potrafiła się domyślić. 

Zaproszenie na bal przyjęła jak przyjmowała każde wyzwanie, poświęcając czas na dobre przygotowanie. 

Nie leżało w jej naturze długo myśleć nad wyglądem, ale wiedziała, że na to wydarzenie musi zrezygnować z wygody na rzecz wrażenia. 

Na całe jej szczęście suknię znalazła bez problemu - a raczej znalazła się krawcowa, której suknie nie przypominały sztywnych, wielkich kreacji, a coś obcego, zwiewnego, idealnego. Do tego Betty, dziewczyna, której dzieła przykuły jej uwagę, nie tak dawno otworzyła swój sklep, więc suknia nie była zbyt droga, za to autorka bardzo szczęśliwa, że ktoś pokaże się w niej na Tym balu. Nie mogła więc kupić stroju nigdzie indziej... nawet jeżeli wywoła komentarze. Przynajmniej pasuje do barwnego tłumu i do reputacji ekscentrycznej malarki. Zrezygnowała jednak z bardzo niepraktycznego nakrycia głowy. 

Ujęta przypływem zrozumienia dla Jowi, pozwoliła jej pomóc w przygotowaniach na bal, którymi ta przejęła się bardziej niż ona sama - młodsza dziewczyna nigdy nie była na żadnym i miała nierealistyczne bajkowe oczekiwania. Bal, suknie, dżentelmeni, muzyka, taniec, bogactwa... Rakela słuchała trajkotania z pobłażliwym uśmiechem i przyjrzała się sobie w lustrze. Nie po raz pierwszy ledwie rozpoznała się w odbiciu i nie wiedziała czy powinno to ją cieszyć czy martwić. Może po prostu zbyt rzadko spoglądała ostatnio w lustro i zaczęła zapominać jak wyglądają jej twarz nieumazana farbą i bez podkrążonych oczu. 

 

Na bal przybyła wcześnie i łatwo wmieszała w zagęszczający się tłum. Hojnie rozdawała uśmiechy i błahe komentarze, korzystając z każdej okazji by dowiedzieć się kto się zjawił... i uważając czy nikt nie zachowuje się podejrzanie. Energiczny błysk w jej oczach i błądzenie po sali był jednak aż nadto odpowiedni dla dziewczyny, która nie miała w pobliżu partnera i nie chciała pozostać sama w takim miejscu. 

Szybko osiągnęła swój cel. 

Przez pewien czas okazywała zainteresowanie rozmową z sir Gordonem, który niechcący dla siebie mógł lepiej wprowadzić ją w plotki. Jednak ilość sensu, jaką można wyciągnąć z nonsensu była ograniczona i nadeszła pora by zrobić coś pożytecznego. Znaleźć innego rozmówcę, na przykład. 

Mogłaby spotkać Hansa. Prestona. Chętnie spotkałaby Alvę. Może kogoś z patronów artystów. Albo partnera do tańca. 

Ale rzeczywistość miała inne plany. Król i Królowa Pozorów postanowili odwiedzić poddaną, a jej pozostało odpowiedzieć. Nie musiała ich widzieć, bo głos Iwette niósł się po sali aż nazbyt dobitnie. Odwróciła się więc, przemykając po parze wzrokiem, którego przeszywająca moc niepokoiła słabych, ale nie wpływała na Maksima, ani, najwyraźniej, na marionetkę u jego boku. Przywołała na twarz uśmiech, który, choć ładny, był pusty jak wydmuszka. 

- Iwetta? Co za spotkanie - odpowiedziała dużo mniej wymuszonym tonem. Jakby nie patrzeć nie była to pierwsza taka wymiana uwag w jej życiu. Żal tracić energię na cudzą zazdrość. - Szukam inspiracji. To miejsce jest tak... barwne. Wyjątkowa kreacja - dodała i dopiero po odpowiedzi na potok słów skłoniła się. - Witaj Maksimie. A co was tutaj sprowadza?

Wciąż nie wiedziała co myśleć o Kruku, poza tym, że niewątpliwie wolała go po ich stronie, niż przeciwko. Gdyby tylko potrafiła odczytać z nazbyt łatwo zmieniającej wyraz twarzy czym dla niego jest ich strona. Przyjaciel, sojusznik, czy rywal w przebraniu? Tak czy inaczej obecność, która wzbudzała zainteresowanie. 

Edytowane przez Paranormal

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

vhPqSYl.png

Hans Wetter

 

Gdyby ktoś zechciał spytać Hansa Wettera jak jednym słowem określiłby służbę u Lorda Protektora, uzyskałby zdecydowaną, niemal natychmiastową odpowiedź: nieprzewidywalna. Hans od lat starał się rozgryźć czym Corvo Attano kieruje się przy wzywaniu swoich Kruków. Co sprawia, że akurat osoba X zostaje przydzielona do zadania A. Dlaczego w ogóle A jest zadaniem, skoro tak podobne, pozornie przynajmniej, w swej naturze B nie zajęło uwagi Cesarskiego Obrońcy. Albo zajęło, ale zostali do niego przydzieleni zupełnie inni ludzie. Ktoś mógłby wyrwać się zaraz z odpowiedzią: "chodzi o umiejętności i charakter agentów". Byłaby to odpowiedź oczywiście poprawna, ale niepunktowana. To właściwie nie była nawet odpowiedź, tylko druga część pytania. Ta ukryta, której pytający nie mówi na głos, tylko chce, aby każdy zapytany sam na nią wpadł, a dopiero wówczas samodzielnie zastanowił się dlaczego nie jest wyczerpująca i na czym polega prawdziwy sekret. Praktyka szczególnie kultywowana wśród akademików: umysł, który sam dojdzie do istoty problemu, jest o krok bliżej od jego rozwiązania. Chwalebna i skuteczna metoda. Niestety, jeden krok jest kluczowy w tańcu czy w bójce, ale dla osoby mającej do przejścia całe miasto nie ma żadnego znaczenia. Być może problem byłby łatwiejszy, gdyby mieć dostęp do większej ilości danych - jeśli nie pełnych dossier Kruków, to chociaż do ich ogólnych personaliów. Ba, sama wiedza o liczbie agentów byłaby już niezwykle pomocna. Hans Wetter nie spodziewał się jednak, aby kiedykolwiek miał takie dane otrzymać. Lord Protektor musiałby być skończonym idiotą, aby gdziekolwiek poza własnym umysłem trzymać takie informacje. A nawet gdyby było inaczej, to Hans musiałby granicę idiotyzmu przesunąć jeszcze o dobre kilka jednostek poza znaną skalę, aby zdecydować się na kradzież takiej wiedzy. Co by zaś o tej dwójce nie mówić, żaden idiotą nie był. W związku z tym wszystkim Wetter pogodził się z faktem, że decyzje kadrowe Corvo Attano są, niczym układ dwóch równań z trzema niewiadomymi, nie do rozwiązania. Nie przeszkadzało mu to od czasu do czasu w snuciu hipotez: być może Y nie został przydzielony do B, bo zajmował się w tym czasie A? Może istniały jakieś przeszkody osobiste, z którymś z podmiotów zadania łączyły go szczególne więzi, które mogłyby zagrozić misji? Może ojciec cesarzowej wiedział o sprawie znacznie więcej niż zdradzał i podejrzewał, że jeśli sytuacja potoczy się tak i tak, to D będzie niezbędny - zaś potoczyła się inaczej, przez co był jedynie kulą u nogi, ciężarem, który należało dźwigać na wszelki wypadek? Każdy z pomysłów bardzo ogólny, przychodził do głowy niemal automatycznie i sam w sobie w żaden sposób nie przybliżał do rozwiązania. Ale gdy przyłożyć konkretnego Kruka (których Hans zdążył przez lata poznać całkiem sporo) do konkretnej sprawy, w której uczestniczył albo której istnienie podejrzewał, zabawa nabierała rumieńców, a czasami prowadziła nawet do zaskakujących wniosków i pozwalała na postawienie kolejnego kroku. Oczywiście dla osoby muszącej przejść przez całe miasto nie tylko jeden krok, ale także dziesięć czy nawet sto w żaden odczuwalny sposób nie przybliża do celu. Chyba że osoba ta nie zna miasta, a kroki kieruje nie przed siebie, lecz w górę, skąd więcej widać i łatwiej zaplanować optymalną trasę, efektywnie skracając czas potrzebny na wędrówkę.

Naturalnie nikt nigdy Wetterowi takiego pytania nie zada. Corvo to zapewne nie obchodzi, inne Kruki mają własne poglądy na służbę, a Sharon doskonale rozumiała, że o tych sprawach nie powinna wiedzieć więcej, niż Hans sam uzna za stosowne wyjawić - a notabene i tak wyjawiał nieco więcej niż powinien. Nie tylko dlatego, że Sharon była naukowcem i Hans zdawał sobie sprawę ile samozaparcia wymaga od niej postawienie sobie sztucznej bariery "to jest wiedza, której zdobywać nie chcę" - nawet jeśli wiedza ta nie ma nic wspólnego z jej specjalizacją. Ale przede wszystkim dlatego, że zdecydował się z tą kobietą spędzić całe życie i współdzielić wszystkie troski dnia codziennego, a nieregularne enigmatyczne informowanie żony "wyjeżdżam, być może nie wrócę" nijak nie wpasowywało się w jego wizję czym powinno być małżeństwo.

 

Kiedy więc przez miasto przeszła wieść o zaginięciu Antona Sokolova, a wkrótce później o całej serii znikających prominentów, Hans Wetter spodziewał się, że niedługo dostanie nowy materiał do swej hobbystycznej analizy - a gdy już to się stało musiał przyznać, że jego dotychczasowe ustalenia najprawdopodobniej były błędne. Cesarski Obrońca nie miał żadnego klucza, według którego przydzielał ludzi do misji, a zwyczajnie ich losował. Hans sam pasował w sposób bardzo naciągany, ale obecności szalonego doktora, półdzikiej tropicielki i brawurowego rewolwerowca nie dało się niczym wytłumaczyć. 

Nie to było jednak głównym zmartwieniem Hansa. Gdy Lord Protektor wręczył mu podwójne zaproszenie na bal, inżynier nie krył zakłopotania. Z jednej strony częściowo uchylona tajemnica państwowa, niebezpieczeństwa związane ze służbą które mogą rozciągnąć się na nieprzygotowaną do tego Sharon, a także, co chyba najgorsze, bezwzględny priorytet zadania, który może już w pierwszych minutach balu nakazać mu pozostawić żonę samej sobie. Z drugiej strony to był bal u lady Boyle, zapewne jedyna okazja w życiu, aby się na nim znaleźć. W dodatku osoba towarzysząca była wręcz mile widziana, mógł to więc traktować jako częściową dyspensę na państwowe tajemnice - sam oczywiście niewiele zdradzi, ale co Sharon zobaczy to jej - ani nikt tego nie zabroni, ani też nie będzie mógł mieć pretensji. Podjęcie decyzji zajęło mu dwa dni, ale w końcu zdecydował się na towarzystwo żony. Jakby nie patrzeć, Corvo nie powiedział "na balu będzie porywacz, złapcie go" ani nic w tym stylu. Zadanie sprowadzało się do "idźcie na bal i dobrze się bawcie udając normalnych gości - to nasz jedyny trop, więc oczy i uszy miejcie szeroko otwarte, a gdy przyjdzie co do czego, reagujcie". Zatem pójdzie i będzie się bawił tak dobrze, jak tylko umie - a to znaczy w towarzystwie Sharon.

 

O tym, że decyzja była słuszna, przekonał się w tej samej chwili, w której jego druga połówka skończyła czytać zaproszenie. Bywali przecież na balach. Nawet nie w jednej dziesiątej tak wystawnych, jak bal u lady Boyle - ale bywali. Spędzali wspólnie dużo czasu, nie aż tyle co kiedyś, ale przecież spędzali. Wiele ze sobą rozmawiali, prowadzili wspólne życie towarzyskie, pomimo 

niemal dwudziestu lat stażu małżeńskiego wciąż chodzili na randki, kochali się. Ale tak szczęśliwej żony nie widział od dawna i cokolwiek by się miało na przyjęciu wydarzyć wiedział już, że choćby dla tej jednej chwili warto było się tam wybrać we dwoje. Mimo wszystko starał się pohamować jej entuzjazm - w końcu im większe oczekiwania od rzeczywistości, tym większy ból i rozczarowanie, gdy coś pójdzie nie tak. Uprzedził, że to wyjście służbowe. Że o pewnych sprawach nie będzie mógł jej mówić, z części zabawy będzie zmuszony zrezygnować. Że przytłaczająca większość gości to będą elity poza ich zasięgiem, a ich dwójka albo będzie taktownie lekceważona, albo przylepią im łatkę parweniuszy, od których najlepiej trzymać się z dala. Że nie jest pewny czy odróżni nóż do sera od noża do mięsa, ani nawet czy noże do mięsa jeszcze się między sobą nie dzielą na takie od wołowiny, drobiu i ryb, a on przez pomyłkę wywoła towarzyski skandal. Wreszcie że może się i tak zdarzyć, że służba Cesarstwu bardzo szybko zakłóci im ten wspólny wieczór i nie spędzą razem nawet kwadransa. Wszystkie uwagi przyjęła do wiadomości, żadną z nich się nie przejęła. Hans nie był pewny na ile Sharon myśli, że przesadza, a na ile świadomie uważa, że żadne z wymienionych wydarzeń nie zakłóci jej przyjemności czerpanej z wieczoru. Ale właściwie jakie to miało znaczenie?

 

Entuzjazm był zaraźliwy, więc choć Hans początkowo planował założyć  jeden ze swoich wyjściowych zestawów, który od lat wisiał w szafie i tylko z rzadka ją opuszczał, szybko zmienił zdanie. Sharon miała takich zestawów znacznie więcej od niego - raz, że charakter jej pracy częściej wymagał założenia eleganckiego ubioru, a dwa - jak większość znanych mu kobiet była przekonana, że niemal każda okazja wymagała innego stroju. W tej kwestii pogląd Hansa na życie znacząco się różnił, ale zdecydowanie nie był warty podejmowania walki. A jednak pomimo posiadania tak obszernej garderoby, piękniejsza połowa państwa Wetter zadecydowała, że potrzebuje czegoś zupełnie nowego. Zresztą fakt, że był to, o ile pamięć Hansa nie zwodziła, czwarty przypadek w ich dwudziestoparoletniej znajomości, gdy nie tylko nie został obarczony tradycyjnym zadaniem odpowiadania na pytanie "jak w tym wyglądam?", ale wręcz dostał surowy zakaz podglądania kreacji, nadawał jasny sygnał: sprawa jest śmiertelnie poważna i to bynajmniej nie z uwagi na interesy Cesarstwa. Nie było wyjścia: czekała go wizyta u drogiego krawca - nie mógł pozwolić sobie na kompromitację poprzez założenie starego, dawno niemodnego stroju.

Nowy nabytek prezentował się znacznie bardziej okazale. Wetter miał co prawda pewne wątpliwości czy kolor nie jest zbyt ciemny na tak uroczysty bal albo czy krój nie jest zbyt ekstrawagancki, ale ani Sharon ani bogato opłacony krawiec takich wątpliwości nie mieli, co dla mężczyzny stanowiło wystarczająco dobre zapewnienie. Zresztą musiał sam przed sobą przyznać, że nowy ubiór cholernie mu się podoba i będzie musiał w niedalekiej przyszłości poszukać kolejnych towarzyskich okazji, na które mógłby go założyć. 

 

Długo wyczekiwany dzień w końcu nadszedł i Hans Wetter z pewnym rozbawieniem odnotował, że czuje się o dobre dwadzieścia pięć lat młodszy. Niemal jak nastolatek przed pierwszą randką. Jedyne co się nie zgadzało, to pokrywający policzki siwy zarost, który zaraz z samego rana zgolił, oraz brak jakiegokolwiek stresu. Obudził się świeży, wypoczęty i zrelaksowany, a perspektywa wspólnie spędzonego wieczoru nie paraliżowała tak, jak za szczeniaka, lecz wręcz przeciwnie: dodawała skrzydeł. W końcu nie szedł niczego ani nikogo zdobywać, nie musiał o nic walczyć ani prezentować się w najlepszym możliwym świetle. Wszystko w jego życiu było już solidnie ugruntowane, a dzisiejszy wieczór miał być jedynie perłą w koronie tego, co wspólnie przez dwadzieścia lat budowali. Hans spędził większość dnia w warsztacie wiedząc, że w domu przeszkadzałby samą swoją obecnością, a wrócił się umyć i przebrać dopiero wtedy, gdy nabrał pewności, że gorączkowa krzątanina małżonki jest już na ukończeniu. I, co by nie mówić - Sharon prezentowała się oszałamiająco. Nie żeby na co dzień jej czegoś brakowało, ale tego dnia przeszła samą siebie, a efekt tygodnia przygotowań i bajońskich, jak na ich rodzinny budżet, sum okazał się warty każdej sztuki złota.

 

 

***

 

Ktokolwiek powiedział, że życia prywatnego nie należy mieszać z zawodowym, z całą pewnością nigdy nie został służbowo zaproszony na najważniejsze towarzyskie wydarzenie roku. Co prawda Wetterowie nie należeli do arystokracji i raczej nie obracali się w jej kręgach, ale z uwagi na wykonywane zawody dosyć regularnie z pojedynczymi przedstawicielami obcowali. Nic jednak nie przygotowało ich na taki przepych i już od progu Hans uśmiechnął się na myśl, że jeszcze niedawno obawiał się o nadmierną ekstrawagancję stroju. W tak kolorowym i cudacznym tłumie jego ubiór mógł uchodzić, w zależności od punktu widzenia, albo za stateczny albo nudny. Podobnie zresztą ze strojem Sharon - nie dało się tak obrócić, aby nie skierować spojrzenia na kogoś lepiej ubranego.

Nie przeszkadzało im to. Nikt po nich nie oczekiwał, że staną do walki o tytuł królowej i króla balu. Mieli siebie oraz przeciągły rzut oka na to, jak żyją członkowie najwyższych sfer Cesarstwa - i choć widok zachwycał, to oboje byli już zbyt starzy, aby miał wywoływać zazdrość, zagubienie czy ból. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie świadomość zadania, jakie ma tutaj wykonać. Zadania, o którym widok dwójki innych Kruków dobitnie Hansowi przypominał.

Znajomi - przytaknął na krótkie pytanie żony. - Ale z gatunku tych, których wolałbym jak najdłużej dzisiejszego wieczoru unikać. Pewnie się nie uda i będziesz miała okazję się z nimi zapoznać... ale nie zapeszajmy losu - złapał za kieliszek z winem, podążając za przykładem żony. Nie było potrzeby drążyć tematu, oboje wiedzieli to doskonale. Nie dlatego, że Lord Protektor i Cesarstwo i służba. Ale dlatego, że wieczór dopiero się rozpoczynał, a ich dwójka, choć przecież w miejscu zupełnie publicznym, chciała choć pierwsze jego chwile uszczknąć tylko dla siebie.

Za nas - podniósł kielich i powtórzył za żoną - I za tę wspólną noc. Oby trwała jak najdłużej - uderzyli delikatnie szkłem i upili wino. Bez pośpiechu, patrząc sobie w oczy. Smakowali zarówno trunek, jak i ulotną chwilę. Niech trwa jak najdłużej. - Zatańczymy?

Muzyka nie do końca była w jego klimacie. Patrząc po liczbie par obecnych na parkiecie, nie była w niemal niczyim klimacie. Może to kwestia wczesnej godziny, gdy goście się jeszcze nie do końca zeszli, a jeśli już byli, to najpierw chcieli się pokazać wśród elit i pozdrowić znajomych. A może muzyka była zwyczajnie kiepska, a orkiestra potrzebowała czasu, zaś goście alkoholu, aby się rozkręcić. Nie było to ważne.

Ważne było to, że służba u Lorda Protektora była nieprzewidywalna, a Hans Wetter chciał zatańczyć ze swoją żoną. Nie wiedział czy jeśli teraz odczeka, to czy później będzie miał jeszcze ku tańczeniu okazję. Wiedział natomiast, że polecenie zaczynało się od słów "udawać zwyczajnych gości" więc, na Pustkę, ani Corvo Attano, ani Emily Kaldwin, ani sam Odmieniec go nie powstrzymają przed wypełnieniem tego zadania.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

MTEOYh0.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Zagubiony Umysł… Kłamliwy Język… Próżnujące dłonie…

 

Maksim Olgovich Aristov, stąpając niespiesznie po miękkiej materii rozległego, pokrytego siecią zdumiewająco szczegółowych arabesek, salonowego dywanu, wodził doświadczonym, krytycznym spojrzeniem swojego zdrowego oka pomiędzy trzema, rozstawionymi obok siebie w odległości dwóch metrów, manekinami krawieckimi. Okrążając je od przeszło dłuższej chwili w milczeniu, które rodziło ogólnie zalegającą nad pomieszczeniem nieprzyjemną ciszę, arystokrata zdawał się nie tyle wahać nad wyborem stylizacji co wnikać w samą strukturę umieszczonych na nich imponujących, atłasowych fraków. Te, wyszywane bogactwem srebrnych i złotych nitek połyskiwały się w intensywnym świetle lamp gazowych (chociaż było przedpołudnie, gristolska aura czasu Uczta Zatracenia jak zwykle nie rozpieszczała) wprawnym mariażem grubego portfela i wyczucia stylu.

 

Sokołov… Mercer… von Meyers…

 

Przypnie się, fatalistycznie pomyślał Nicolas Cabret w kolejnym przypływie doskonale ukrywanej, artystycznej irytacji i zawodowej dumy, stojąc z maską przyklejonego uśmiechu oraz swoimi dwoma synami - rokującymi następcami Nicolasa Cabreta, jednego z dunwallskich mistrzów krawiectwa – na skraju serkońskiego dywanu. Zawsze tak jest. Ten północny drań, który sam z siebie nie potrafiłby wykonać nawet pary brzozowych łapci, kiedy przychodziło do odbierania zamówień wykazywał się gorliwością, mogącą postawić na nogi cały cmentarz gildii krawieckiej. Fakt, płaci godnie, ale czy to usprawiedli…

- Jak mniemam, monsieur Cabret… - Mistrz mimowolnie zamrugał nerwowo powieką, gdy do jego uszu dotarły pierwsze dźwięki tonu podszytego chłodnym rozczarowaniem. Maksim Olgovich, przypatrując się mężczyźnie i jego synom, celował palcem we frak na trzecim z manekinów. Lady Mercer. - …za dodatkowy materiał również płacę? – Cabret, podchodząc sztywno do Aristova, sumiennie podążył za wskazaniem jego palca.

 

Z wewnętrznej strony kołnierza fraka, na wysokości szyi, wystawała nitka. Trzy milimetry. W takim samym kolorze co materiał.

 

- Później. – arystokrata powstrzymał krawca przed natychmiastowym naniesieniem poprawki, wskazując tym razem na manekina i wiszący na nim frak w odcieniach błękitu i złota. – Zacznijmy od pierwszego.

 

Antona Sokołova.

 

Wbrew temu, co sądził Nicolas Cabret o ocenie Aristova odnośnie owoców jego pracy, arystokrata nie poświęcał im aż tak wiele uwagi. Choćby dlatego, że pomimo przybrania korzystnej w interesach maski niezadowolonego klienta, Maksim uznawał oglądane przez siebie projekty za jedne z najlepszych, jakie wyszły w ostatnim czasie spod miary i nożyczek Cabreta. Bądź z tego powodu, że w ostatnich dniach w życiu Maksima Olgovicha pojawiło się wiele... naprawdę wiele... spraw, które w mniejszym... większym... a nawet monstrualnym stopniu wywróciły na głowie szereg z jego dotychczasowych działań bądź przekonań.

Stąd też, stanąwszy w koszuli przed już wcześniej wniesionym przez służbę masywnym lustrem (a sprowadzonym z Tyvii jeszcze przez rodziców Maksima), wypatrywał w gładkiej powierzchni szlifowanego szkła zupełnie innych odbić rzeczywistości niż rzucającą się na pierwszy rzut oka profesjonalną, ale gorączkową krzątaninę krawca i jego synów.

Na przykład odbicia pozostawionej na stoliku gazety, której redakcja powracała z każdą kolejną rozkładówką do sensacyjnego tematu trzech, siłą rzeczy łączonych ze sobą na zasadzie zbieżności czasowej, zaginięć. O ile wczoraj czytelnicy "Dunwall Curier" mogli na pierwszej stronie przeczytać wiersze, ułożone przez miłośniczki Mercera pod wpływem szoku wywołanego jego zniknięciem, o tyle z łamów dzisiejszego wydania spoglądał na urządzane w salonie przymiarki nie kto inny jak sam Anton Sokołov, tyle że pozbawiony przez redakcję brody. Podobno w celu ułatwienia rozpoznania wynalazcy, gdyby on sam - lub ktoś za niego - rzeczywiście postanowił pozbawić go tego atrybutu.

 

Maksim, sumiennie uczestnicząc we wszystkich organizowanych przez Corvo Attano spotkaniach, zbierając wszelkie możliwe plotki i czytając każdą publikację prasową poświęconą sprawą zaginięć, posiadał wiedzę na tyle rozległą w swojej zasadniczej niewiedzy, że nie miał nawet specjalnej ochoty wypytywać krawca o jego opinię na ten temat. Zresztą, jakich spostrzeżeń mógłby udzielić? Czy odpowiedziałby, że zaginięcie Antona ma jakikolwiek związek z wydarzeniami na Morley? Czy uspokoiłby Maksima, że jego plany względem Sokołowa mają szansę zaistnieć w przyszłości? Czy zaprzeczyłby, że telegram, wystosowany  w konspiracji poprzez osobę sługi Maksima do Lorda Protektora mógł być dla kogokolwiek sygnałem przejścia do działania?

 

Cóż... Otóż to.

 

Tyvijczyk z pomocą jednego z terminatorów gładko nałożył na siebie frak, aby w następstwie kolejnego ruchu intuicyjnie wygładzić materiał w okolicach kieszeni. To, co jednak młody pomocnik uznał za dalsze lustrowanie stanu odzienia, dla Aristova było niczym innym jak przyglądaniem się wierzchowi swojej lewej dłoni.

Zarysowany na niej znak Pustki i jej gospodarza - Odmieńca - od szesnastego dnia Miesiąca Pieśni naznaczał Aristova swoim dwuznacznym piętnem. I chociaż bywały jeszcze takie chwile, kiedy łapał się na wyczuwaniu podświadomego, alarmującego ostrzeżenia o  heretyckiej sygnaturze, stosunkowo szybko nauczył się traktować jego istnienie jako kolejny przejaw przekory Naznaczającego. W końcu symbol, który w normalnych warunkach potrafiłoby dojrzeć nawet kilkuletnie dziecko, siłą niepojętej mocy stał się oznaczaniem widocznym dla garstki wybranych, a ukrytym przed całą resztą ludzkości.

 

Tak oto znak najbardziej zaufanego grona wśród Kruków - ostatniego stopnia stojącego na drodze do Tronu - stał się równoznaczny z przejawem największej możliwej herezji. Bluźnierczej nie tylko dla Kongregacji Wszechludzi.

 

Tak oto w cieniu tronu narodził się Lord Protektor i jego mała, magiczna arystokracja. Narwani rewolwerowcy. Natchnieni malarze. Dzicy tropiciele. Stateczni inżynierowie. Groteskowi medycy.

I, jakże by inaczej, skromni przedsiębiorcy.

 

Monsier Cabret chcąc nie chcąc wziął głęboki oddech.

- Czy szanowny pan jest ukontentowany? Mamy jeszcze czas nanieść każdą możliwą poprawkę... - zapytał krawiec z ewidentną nadzieją w głosie, że Aristov choćby wyjątkowo doceni jego szczególne starania. Sam Maksim jednak nie odpowiedział Cabretowi.

 

Nie od razu.

 

Podniósłszy wzrok, powędrował swoim skupionym, poważnym spojrzeniem ku odbitemu w lustrze wejściu do salonu. Od samego początku, tuż za jego progiem, stał tam nikt inny jak Stiepan Vladimirovich Voroncev - kamerdyner i nieformalny zastępca Maksima, łączący w swojej osobie grubo ciosane, tyvijskie rysy twarzy i fizis przedwiecznego bociana. Ten sam, z którym Maksim Olgovich zdecydował się odbyć zeszłej nocy długą, wyczerpującą rozmowę. Ponurą, północną naradę, po której długoletni sługa rodu Aristovów wyszedł wyjątkowo blady, przygarbiony i zmarniały. A obecnie wyglądał niewiele lepiej.

Maksim zdawał sobie sprawę, iż, biorąc pod uwagę perspektywy związane ze swoim nowym położeniem, będzie musiał poddać długoletnie relacje z najwierniejszym, najbardziej zaufanym człowiekiem zupełnie nowemu rodzajowi testu. Upewniwszy się, że treść ich rozmowy nie będzie miała szans zostać przez kogokolwiek podsłuchana, w szczery, ale pozbawiony wielu niepotrzebnych szczegółów sposób wprowadził Stiepana w świat, w którego prawa wtajemniczyły Maksima dwie możliwie najpotężniejsze istoty... Corvo Attano - dzierżyciel realnej, ziemskiej władzy - oraz Odmieniec - pan najniezwyklejszego królestwa wszech czasów.

Spoglądając obecnie na Stiepana Voronceva, Maksim Olgovich sam się zastanawiał, czy przekazanie w jeden wieczór takiej wiedzy, połączonej z demonstracją posiadanej przez siebie mocy (demonstracją nieszkodliwą, ale jednak namacalną), nie odbije się negatywnie nie tyle na wierności, co psychice sługi. Ostatecznie przecież, chociaż Stiepan wysłuchał i przyjął wszystko w typowym dla siebie, kamerdynerskim milczeniu, nie ulegało wątpliwości, że przeżyte zeszłej nocy emocje nie rozeszły się w próżni.

Stąd też, wpatrując się w skupieniu w bladoniebieskie, podkrążone oczy starca, nadal zamiast akceptacji i zrozumienia dostrzegał w nich przede wszystkim poufną dezorientację i zadumę.

 

A także, co dla Aristova chyba było najważniejsze: autentyczną, ojcowską, smutną troskę.

 

Dokładnie taką samą, jak sześć lat temu, kiedy przypłynąwszy do Dunwall podrzędnym statkiem transportowym w najlichszym możliwym płaszczu, Maksim Olgovich usiadł pod ścianą salonu rezydencji Aristovów, drżąc mimowolnie z żalu, szoku i osłabienia fizycznego. W dniu, w którym przybył z Serkonos, nie był wbrew swoim zamierzeniom uznanym dyplomatą i bohaterem życia, a chorym, śmiertelnie bladym, wynędzniałym człowieczkiem bez oka, żony, dorobku życia i rodziny. W dniu, w którym dowiedział się, że następnego dnia ma zostać ostatecznie zlicytowany majątek jego rodzinnej firmy.

W dniu, w którym poza Stiepanem Voroncevem nie było przy nim nikogo. Jednak to tenże Stiepan Voroncev, spoglądając na niego dokładnie tym samym wzrokiem co obecnie, dokonał czynu, który mimowolnie tchnął w Maksima nowe pokłady życia.

Stary sługa, stojąc w osamotnieniu nad młodym Aristovem, trzymał na wyciągniętych dłoniach laskę. Wykonaną z rogu czarnego narwala oraz tygrysiej perły. Własność dziadka i ojca Maksima. Berło rodziny Aristovów.

~ Ich już nie ma, paniczu. Nie ma jaśnie pana. Nie ma jaśnie pani. Nie ma panicza Andrieja. - zaczął, starając się nie dostrzegać zbolałym wzrokiem płynących po twarzy Maksima łez. Łez z jednego oka. ~ Jednak jest panicz... I dlatego, Wasza Miłość, ta historia nie może się skończyć. Nie w taki sposób... - na tym się nie skończyły słowa Stiepana. Te, wypowiadane jak w natchnieniu, zaczęły płynąć równym, wartkim torem, nakreślając wszystkie najważniejsze wydarzenia minionych miesięcy. To była pierwsza ich tak długa rozmowa. Ich własny, prywatny kamień milowy. A kiedy stary sługa skończył mówić... a stało się to naprawdę wiele godzin później... Maksim Olgovich powoli, ale o własnych siłach wstał na nogi. A kiedy odbierał z rąk Stiepana swoją laskę, ten nie miał wątpliwości, że to nie jest koniec.

 

Nikt, kto patrzy z taką pasjonującą, ponurą, krwawą determinacją - choćby robił to tylko jednym okiem, ze szmatą obwiązaną na głowie - nie może spocząć przed wykonaniem zadania. A to, w kontekście całej opowieści Stiepana, było czymś daleko większym niż samo życie.

~ Jutro o szóstej, Stiepanie. Przed fabryką.

~ A Nikita, Wasza Miłość?

~ Po wszystkim wyciągniemy go z aresztu. Teraz nie mamy czasu.

~ Ale paniczu... Jaki mamy plan?

~ Bardzo prosty. Pójdę tam. I będę pierwszy. I stanę przed nimi. I spojrzę im wszystkim w twarz. I wiesz co będzie potem? Powiem im... "Panowie...

 

­

- ...wypierdalać". - głośne mruknięcie rozległo się w cichej przestrzeni salonu z donośnością wystrzału armatniego. Cabret, targnięty absolutnym niedowierzaniem, zbladł jak kreda, zaś towarzyszący mu chłopcy rozdziawili usta w wyrazie autentycznego szoku. Tylko Maksim Olgovich Aristov oraz Stiepan Vladimirovich Voroncev, dostrzegając siebie za pośrednictwem lustrzanego odbicia, po ułamku sekundy wahania obdarzali się tym rodzajem pogodnego spojrzenia, w którym słowa były absolutnie zbędne.

 

Zrozumie.

 

- T-t-t-t-to...

- Spokojnie, monsieur Cabret. To nie było do was. - z twarzy Aristova nie schodził lekki uśmiech, tym razem jednak nie wolny od dwuznacznej przekory. - Ani do żadnej z waszych kreacji. Wręcz przeciwnie. - arystokrata z nieukrywanym zadowoleniem stanął lewym i prawym bokiem do lustra, kiwając z akceptacją głową. - Biorę. A nawet dorzucę premię. Szczególnie dobra praca zasługuje na szczególną płacę. Oczywiście... - gładko obrócił się w stronę krawca, łapiąc go z nieodłącznym uśmiechem w sidła twardego, biznesowego spojrzenia. - ...uwzględniającą karę wcześniejsze za poprawki. I rabat, uwzględniający promowanie pańskiej twórczości na tak prestiżowym wydarzeniu. Jutrzejszy dzień, monsieur Cabret, może przejść do historii!

 

Aristov, ty sukinsynu.

 

~***~

 

Gdyby Aristov kiedykolwiek wcześniej miał wątpić, że Corvo Attano i Odmieniec nie mają ze sobą nic wspólnego, to wystarczył mu pierwszy rzut oka na rozległe włości Boyle'ów, dokonany przez szybę wjeżdżającej zza bramę dorożki, aby porzucić wszelkie zbędne dywagacje na ten temat.

Zresztą... Czy przeciwieństwa nie tracą na znaczeniu, kiedy zarówno Lorda Protektora, jak i gospodarza Pustki, łączy ten sam rodzaj specyficznego poczucia humoru? Definitywnie, Corvo musiał wyjątkowo ubawić się myślą o wysłaniu Aristova - człowieka, dla którego obecność na drogim przyjęciu była tym samym czym dla przeciętnego obywatela  zakupy na lokalnym targu - w otchłań tej ostatniej towarzyskiej jamy, której wizytowania konsekwentnie sobie odmawiał.

 

Od lat.

Aż do dzisiaj.

 

Faktycznie, Maksim Olgovich nie miał wcześniej przyjemności uczestniczyć w tej wielkiej fecie z okazji Uczty Zatracenia, na którą przez cały rok intensywnie pracowała znaczna część fortuny ludzi, których ostentacyjne bogactwo i odrzucające osobowości ustawicznie prześcigały się w uzyskaniu legendarnej palmy pierwszeństwa. Na ten stan rzeczy składało się oczywiście kilka przyczyn, jednak wydaje się, że o ile w pierwszym okresie po powrocie Maksima do Dunwall wynikało to z braku chęci zapraszania jego osoby, o tyle później, kiedy zaproszenia były regularnie dostarczane pod drzwi jego rezydencji, przeszkadzały mu w tym jego własne zobowiązania. Na przykład inspekcje jego tyvijskiego majątku, przeprowadzane właśnie w pierwszych kilkunastu dniach Uczty Zatracenia.

W każdym razie, pomyślał nie bez rozbawienia, kiedy to wraz z Ivette Valentine przekroczyli próg rezydencji Esmy Boyle, największej nimfomanki po tej stronie Wrenhaven i ciotki niejakiej Eleanor Boyle, ostatecznie los w przekornym stylu sprowadził go w progi ludzi, których lata temu mógł określać mianem swojej rodziny. Tych samych, których obecnie najchętniej zadeptałby jak karaluchy.

 

Co, nawiasem mówiąc, zastanawiająco często się ze sobą łączy.

 

Nie zmieniało to jednak faktu, że Maksim Olgovich Aristov zamierzał nie tylko wynieść z dzisiejszego wieczoru możliwie jak najwięcej spostrzeżeń, ale - w ramach swoich obowiązków - całkiem dobrze się bawić. Przecież to był jego żywioł, jego - mówiąc językiem tej dzikuski, Alvy Lazarev - naturalne środowisko. Czyż nie bywa tak, że największe stawki wymagają możliwie najbardziej olśniewającej oprawy? Kim byłby Maksim, gdyby odmówił w niej udziału?

 

Oddawszy pod opiekę szatniarza tyvijskie futro Ivette, a następnie swój cylinder - jedyny znienawidzony przez siebie element dżentelmeńskiej garderoby - z fantazją oparł nieodłączną laskę o wypolerowaną na lustro podłogę głównej sali. Płynące w przestrzeń pierwsze utwory rozgrzewającej się orkiestry brzmiały posmakiem całkiem obiecujących didaskaliów.

 

Klamka zapadła. Niechże więc się zacznie.

 

~***~

 

Maksim Olgovich, wystrojony w błękitny, satynowy kostium umiejętnie łączący w sobie ekstrawagancję fraka z elegancją surduta, prezentował się (nawet jak na swoje tradycyjne - żeby nie rzec, zawodowe - przywiązanie do wywierania wrażenia odpowiednio dobranym strojem) niezaprzeczalnie ekstraordynaryjnie. Z pewnością sporą zasługę miały w tym przemyślanie naniesione roślinne wzory; te, wykonane ze sprowadzanych z Karnaki nici w szlachetnym kolorze oksydowanego złota, zdawały się doskonale korespondować z odcieniami mechanicznego monoklem mężczyzny. Oczywiście swoje specjalnie znaczenie posiadały również liczne dodatki, które, współtworząc system złożony z wysadzanych opalami spinek, perłowej broszy, koronkowego fularu i chustki oraz pozłacanej klamry, nadawały całości wydźwięku na równi odważnego, co kierującego się poszanowaniem dla klasycznej formy. Dokładnie tak, jak stara gristolska arystokracja - zamknięta w błędnym kole schizofrenicznego kultu postępu i nostalgicznej tęsknoty za minionym - sobie ceniła i lubiła.

 

Biorąc jednak pod uwagę, że to kobieta stanowi najwspanialszą ozdobę mężczyzny, Maksim Olgovich z poczuciem nieukrywanego zadowolenia przyznawał, że jego rudowłosa, płomienna towarzyszka doskonale posiadła umiejętność bycia perłą, która jest w stanie przyćmić całą koronę. Obserwując kątem oka jej sensualne, przyciągające uwagę, ale pozbawione nachalności ruchy bioder, doprawdy wspaniale godzące w sobie przymilność i drapieżność kotki, Aristov nie miał wątpliwości, że każdy cesarski dukat zainwestowany w Ivette Valentine zwraca mu się po dwakroć. Na kameralnych przyjęciach i bombastycznych balach. W małych salonikach i wielkich salonach. W teatrze i galerii sztuki. Na krótkich wypadach za miasto i dłuższych wycieczkach. W życiu oraz interesach. No i oczywiście w łóżku.

 

Chociaż Maksim Olgovich, jak na wyrozumiałego mecenasa, troszczącego się o dobre samopoczucie artysty przystało, nigdy nie uświadomił Ivette tego wprost (a co więcej, miał swój prestidigitatorski udział w podtrzymywaniu pewnych roztoczonych wokół niej iluzji), to jednak osobiście nie miał żadnych wątpliwości, że to nie jej niezbyt lotne obrazy, a właśnie ona sama jest jego prywatnym, małym dziełem sztuki.

 

Ulubioną inwestycją.

 

- Ostatnie wydarzenia mocno mnie inspirują, moja droga. - mruknął ściszonym, konspiracyjnym tonem, delikatnie nachylając się do ucha Ivette. Z tej perspektywy, czyniącej dekolt jej kreacji prawdziwą krainą wyczekiwanych fantazji, również perfumy kobiety jeszcze mocniej uwodziły swoim kwiatowo-owocowym zapachem. Tak odmiennym od ostrej, niebezpiecznej nuty używanej przez dawną i oniryczną Eleanor. - Zamierzam cię porządnie wymęczyć w tańcu...osłabić czujność licznymi konwersacjami... podstępnie upić... A na sam koniec porwać prosto do mojego zamczyska. Oczywiście nie wtajemniczę cię w swoje plany, ale... Ivette... - teatralnie zawiesił głos, wyczuwając w międzyczasie hiacyntową woń włosów kobiety. - Ciesz się swoją rozpustną kreacją póki możesz. - krótki, wymowny błysk w oku Maksima, odbity następnie w zwierciadle duszy jego partnerki musiał wystarczyć za całą konkluzję, gdyż nasilające się regularnie powitalne uśmiechy i skinienia głowy, obecnie, wraz  z napływem kolejnych gości i sukcesywniejszym wypatrywaniu znajomych twarzy w tłumie, nabrały nowej intensywności.

 

Zresztą Aristov, spacerując z Ivette pod ręką w tempie dostosowanym do tego typu imprez, sam z siebie - a nawet w jakimś sensie podświadomie - lustrował ich otoczenie, na które bez dwóch zdań składał się kwiat dunwallskiej elity. Stąd, mając wokół siebie ludzi, którzy swoją pozycję zbudowali w częstokroć szalenie odmienny, ale solidarnie mętny sposób... arystokratów z urodzenia... najwyższych urzędników z nadania... generałów z awansu... wysokich przedstawicieli parlamentu... szanownych duchownych z Kongregacji... rektorów i dziekanów instytucji naukowych... Maksim Olgovich z pewną ponurą ironią stwierdził, że Esma Boyle ukarała potencjalnego porywacza niczym innym, jak najprawdziwszą klęską urodzaju. Problem nawet nie polegał na tym, że zebrani w swojej masie stanowili jedno wielkie zaprzeczenie wszystkich Siedmiu Zakazów, a raczej w tym, że Aristov był w stanie bez większego pudła wskazać jednostki, które same, osobiście drwiły z całej tej puli przestrogi przed grzechem.

 

Skoro tak jednak jest, to czy, biorąc pod uwagę widowiskowość zniknięć... ta cała mobilizacja Kruków nie ma na celu ochrony jednej, konkretnej osoby?

 

Ciekawe.

 

Czy to Rakela White?

 

- W rzeczy samej. Kto by się spodziewał... - Aristov ze swoim półgębkowym uśmiechem powtórzył prawem echa formułkę Ivette, jednak bez powielania wibrującego w jej głosie przekąsu. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że jego partnerka nie byłaby zachwycona faktem, że ostatnimi czasy Maksim i Rakela widywali się - zwłaszcza w kontekście ich kilkuletniej znajomości - aż nad wyraz często, czy to na spotkaniach natury konspiracyjno-państwowej, czy całkiem podobnie zakonspirowanych wieczorkach poetycko-politycznych. Już sam fakt, że obraz autorstwa Autumn wisiał w gabinecie Maksima Olgovicha, witając potencjalnych współpracowników Czarnego Narwala swoją abstrakcyjną, skąpaną w czerwieni i czerni wymową, był dla Ivette tym rodzajem obrazy, który dla dobra własnego i jej mecenasa wolała ostentacyjnie zmilczeć. Szczególnie, że dzieła jej autorstwa na tamtejszych ścianach dojrzeć było nie sposób.

- Artysta, podobnie jak strażnik miejski, zawsze jest na służbie. - arystokrata w odpowiedzi na słowa Rakeli pokiwał ze zrozumieniem głową, przy okazji z wyczuciem mierząc kobietę od stóp do głów w subtelnym, niewypowiedzianym geście uznania dla jej kreacji. Na tyle trudnym do uchwycenia, że niewidocznym dla partnerki Maksima. - Dzięki wam, szanowne panie, wieczór u lady Boyle ma szansę przetrwać w natchnieniu do waszych prac. Swoją drogą, mam nadzieję, że będę jednym z pierwszych, mogących je podziwiać. - Aristov uśmiechnął się z wesołym, porozumiewawczym mrugnięciem mecenasa i kolekcjonera dzieł sztuki. W tym samym momencie, dostrzegając Hansa Wettera w towarzystwie żony, posłał w ich stronę grzeczne, powitalne skinienie głowy. Na tyle formalne i krótkie, aby nie wzbudzać uwagi swoich rozmówczyń.

Brak pozostałych Kruków w zasięgu wzroku Maksima mógł dawać nadzieję, że rozstawili się w tłumie gości na tyle przemyślnie, aby trzymać straż nad różnymi odcinkami balu. Bądź, jak to najwłaściwiej byłoby w przypadku lazarevówny, położonego za rezydencją lasku.

- Zastanawiam się, drogie panie... - zaczął, łącząc wprawne, zawodowe lustrowanie sali z praktycznym wypatrywaniem obsługi z alkoholem. - ...czy zdajecie sobie sprawę, że jestem w tej chwili najbardziej znienawidzonym mężczyzną wieczoru? - spotkawszy się wzrokiem z jednym z kelnerów, Aristov eleganckim, ale władczym gestem zawezwał go do siebie, po czym przeniósł wesołe, wzbogacone o błysk, spojrzenie kolejno na Ivette i Rakelę. - Zajmuję czas dwóch najbardziej olśniewających kobiet na balu, podczas gdy kolejka chętnych do konwersowania i tańczenia rośnie z każdą chwilą. Oczywiście mojej partnerki... - Aristov wprawnie podniósł z tacy kieliszek z białym, serkońskim winem (rocznik 1801!), wręczając go Ivette. - ...nie mam zamiaru wypuszczać ze swoich rąk, ale czy twój partner, Rakelo, jest świadomy zagrożenia? - ująwszy w rękę kieliszek z wytrawnym alkoholem w kolorze głębokiego bordo, uniósł go delikatnie w górę, jakby chciał zaproponować toast. - Poczekamy na niego, czy już teraz damy się porwać wieczornym toastom?   

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5nvMxj8.png

Doktor Gregor von Faust

 

Gregor spoglądał przez okno na budzące się do życia miasto, dla większości ludzi nie był to dzień szczególny. Dla samego Doktora był on jednak bardzo wyjątkowy. Był to dzień w którym Doktor von Faust wypełni swoje pierwsze zadanie dla Lorda Protektora. Nie podobał mu się ten stan rzeczy. Wybitny Absolwent Filozofii Naturalnej, poskramiacz Szczurzej Zarazy, wieloletni współpracownik samego Antona Sokołowa miał stać się psem gończym. Znaleźć trop, podążać za tropem i ugryźć tego którego uda im się odnaleźć. To poniżenie było jednak ceną jaką musiał zapłacić za utrzymanie swojej i tak nieciekawej renomy, oraz by zdobyć fundusze na nowe przedsięwzięcia. Jednym z porwanych był Anton Sokołow, szacunek jaka ta osoba wzbudzała w oczach Doktora powodowała, że misja zyskiwała w jego mniemaniu jakikolwiek sens. Anton był potrzebny, był potrzebny Cesarstwu, był potrzebny Dunwall i był potrzebny von Faustowi, bez wątpienia bez tych wszystkich lat wspólnej pracy Gregor nie byłby tu gdzie jest i nie wiedziałby tego co wie. W innych okolicznościach, gdyby von Faust nie był von Faustem, być może byliby nawet przyjaciółmi. 

 

Odszedł powolnym krokiem od okna i otworzył szafę. Nie miał jakiś wielkich problemów z dobieraniem stroju. Od wielu lat na każde przyjęcie na jakie zostaje zaproszony wkłada ten sam, długi, czarny płaszcz, bez wątpienia bardziej elegancki od płaszczy, które nosi na co dzień. Strój uzupełnia koszulą, krawatem, długimi wąskimi spodniami i eleganckimi pantoflami. Tym razem jednak postanowił zabawić się w krawca, dorobił do wnętrza płaszcza kieszenie, udało mu się zrobić miejsca na trzy flakoniki i strzykawkę. Otworzył dosyć sporą drewnianą skrzyneczkę zamykaną na niewielką kłódką, w skrzynce, na miękkiej gąbce znajdowały się flakoniki wypełnione różnokolorowymi cieczami. Do każdej z nich przyklejona była pożółkła karteczka, na których von Faust własnoręcznym pismem nazwał poszczególne eliksiry: "Audula" , "Buteo", "C.Corax" i parę innych. Sam widok mikstur dodawał dumy Gregorowi, jednak ciężko byłoby to wyczytać z jego twarzy. Doktor przejeżdżał palcami po kolejnych flakonikach, wyciągając te, które uznał za przydatne w obliczu swojej misji, wybrane trzy umieścił w stworzonych poprzednio kieszeni. Do kieszeni spodni schował także dwie malutkie fiolki z białą cieczą. Upewniając się, że wszystko jest odpowiednio zabezpieczone i nie wygląda w żaden sposób podejrzanie, uznał, że jest już gotowy.

 

***

 

Na bal przybył sam. Nie powinno to być zresztą zbyt zaskakujące dla wszystkich co chociaż słyszeli o Doktorze von Fauście. Był stosunkowo wcześnie. Wszedł powolnym, ale pewnym krokiem pomijając wymianę jakichkolwiek uprzejmości z kimkolwiek z kim przeciął swój marsz. Dopiero gdy szedł już drogą prowadzącą do rezydencji Boyle'ów zdał sobie sprawę, że nie za bardzo wie co ma ze sobą zrobić. Bywał często na podobnym przyjęciach, być może nie o aż takiej wadzę, ale zdecydowanie nie należał do nowicjuszy jeśli chodzi o salony. Każdy jednak tego typu bal wyglądał dla niego tak samo, nie tańczy, nie obżerał się i nie wymieniał się plotkami, podchodził do bogatszych gości w poszukiwaniu funduszy, prezentował im swoje pomysły i badania. Zazwyczaj odmawiali, po paru takich odmowach von Faust dopijał co miał do dopicia i opuszczał przyjęcie, zanim jeszcze zabawa rozpoczęła się na dobre. 

 

Sama budowla robiła wrażenie, dla Doktora negatywne. Które wzmocniły się gdy tylko wszedł do środka. Wszechobecny przepych, który bił z każdej strony atakując wszystkie zmysły Gregora wzbudzały w nim burzę złych myśli. Cała ta impreza była symbolem próżniactwa arystokracji. Ci sami ludzie, którzy szczędzili grosza na badania von Fausta wydawali ogromne fundusze na zabawę. Za pieniądze, które zostały wydane na same jedzenie mógłby wyleczyć z licznych chorób Dunwallskie slumsy. Za dekorację wiszące nad sufitem mógłby założyć nowoczesne laboratorium, które przyśpieszyłoby znacząco postęp jego badań, oraz rozwój całego Cesarstwa. Za suknie zebranych tu dam, bez wątpienia dokonałby medycznego przełomu, odkrył lek na astmę, czy syfilis, który zresztą znając rozwiązłe zwyczaje elit dumnej stolicy jest tutaj licznie reprezentowany. Z tej nieprzyjemnej wyliczanki jaką von Faust prowadził w głowie wyrwał go kelner oferujący wino, skorzystał z oferty, być może alkohol pozwoli mu oderwać się od złych myśli i skupić się na zadaniu. Wypił parę łyków z ulgą stwierdzając, że paradoksalnie wino przywróciło mu trzeźwość umysłu. Sam smak trunku był cudowny, idealnie wyważony, wpasowujący się w złoty środek pomiędzy słodkością, a cierpkością winogron. 

 

Doktor rozejrzał się po sali, tym razem po ludziach, nie podobali mu się. Chowali swoje ciała pod wielkimi sukniami i dziwnymi garniturami, a na twarze kładli ogromne ilości makijażu. Naturalne piękno ludzkich ciał był przykryty przepychem i próżnością. Gdzieś w dali dojrzał piękne rude włosy. Był pewien, że je zna, postanowił więc swoim pewnym, ale powolnym krokiem ruszyć w tamtą stronę. Miał rację, znał te włosy, mylił się jednak co do jej właścicielki. Nie była to jego towarzyszka, a niespełniona miłość. 

Nie zauważył chwili, w której całkowicie zapomniał o balu, misji, o ludzkim świecie.

Była przepiękna, nie potrafił znaleźć słów opisujących jej piękne płomienne włosy, oraz wielkie szmaragdowe oczy. 

Czuł, że serce zaczęło mu bić jak oszalałe

Biła od niej słodka niewinność, spokój i naturalność.

Była jak piękna czerwona róża spośród chwastów.

W tym momencie Gregor przypomniał sobie, że Elise nie widziała go odkąd stało mu się "to", odkąd jego skóra stała się blada jak ściana, a włosy śnieżnobiałe. Bał się jak na to zareaguje. Zdenerwował się, ręce zaczęły mu się lekko trząść, przez co opuścił kieliszek. Szkło z hukiem walnęło o ziemie rozlewając pół lampki wspaniałego czerwonego wina.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

DaenmEq.png

Rakela White

 

Autumn wygięła usta w mały uśmieszek, który nie był wcale radosny, ani przyjazny, choć nie był też drwiący. Zdawało się, że po prostu tam był, bez udziału jej emocji, przywołany równie naturalnie co kolejny wdech.

- Służbie... to brzydkie słowo. Brzmi niemal jakbyśmy były tutaj w pracy, a nie się bawić. Wyobrażasz sobie zmarnować taki bal na obowiązki? - w głosie, w przeciwieństwie do uśmiechu dało się zauważyć nuty drwiny. - Namalowałam kilkoro z gości dawniej, ale tu, z dala od domów zdają się zupełnie innymi ludźmi. Zabawne, muszę nie być zbyt dobrą sędzią charakteru.

Tylko siła woli powstrzymała jej brwi od drgnięcia. Najbardziej znienawidzony mężczyzna wieczoru. Maksim z pewnością walczył o ten tytuł z wieloma gośćmi, ale nie mogła się pozbyć wrażenia, że jego słowa uderzyły w coś, co było bliskie prawdy. Co ten człowiek sam myślał na swój temat?

Po chwili wbiła znów w parę swój nieobecny wzrok, choć myślami była daleko od konwersacji... jeżeli można było tak nazwać tę farsę. Świadomy zagrożenia. Gdyby Maksim Avistov zamierzał kiedyś porzucić biznes, czekała go świetlana kariera w teatrze.

Ale cóż, kurtyna była podniesiona, a widz czekał na jej potknięcie. Nie ma powodu by zawieść. 

- Nie chciałabym was przetrzymywać cały wieczór na próżno. Niestety, kobietom w moim wieku coraz ciężej o interesujące towarzystwo - odparła, świadoma, że wciąż znajduje się wśród młodszej części gości, a wygląda jeszcze młodziej niż wskazywałby na to akt urodzenia. - Nie otrzymałam zaproszenia od nikogo, przy kim nie spędziłabym wieczora marząc, że mogłabym poobserwować gości i porozmawiać ze znajomymi, ale zamiast tego musiałabym stać tylko i ładnie wyglądać cały wieczór - uśmiech na jej twarzy stał się odrobinę ostrzejszy, odrobinę groźniejszy, ale w jej oczach zabłysło coś bliższego rozbawienia. - Ktoś musi być obiektem plotek jako dziwaczka pozbawiona towarzystwa, a ja z chęcią przyjmę to brzemię, ciesząc się w zamian niespodziankami. Kto wie kogo jeszcze dziś uda mi się spotkać?

Odwróciła się do przechodzącego kelnera i poza zasięgiem wzroku towarzyszy obdarowując go dużo szczerszym uśmiechem niż ten przyklejony go do jej twarzy cały wieczór wzięła kieliszek wina. Ciemnoczerwonego, ciemniejszego niż jej sukienka i szminka. Znów zwróciła się do rozmówców.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Gregor von Faust

 

tZW1Tob.jpg DqAezQg.jpg

 

Zanim jakikolwiek kelner zdążył zareagować na niefortunny wypadek doktora von Fausta, zarówno Elise, jak i jej rozmówczyni odwróciły się w jego stronę. Rudowłosa dziewczyna pisnęła, tyleż na widok stłuczonego szkła, co na nagłą obecność Gregora za plecami. Biedaczysko, wyglądała jakby zobaczyła ducha. 

Gregor...? - spytała, ale zanim udało jej się odzyskać rezon, przerwała jej towarzyszka. 

Chłopcze, nie podchodzi się tak znienacka i od tyłu do dam. Kelner! - machnęła stanowczo ręką, choć nie musiała tego robić. Służba porządkowa lady Boyle już brała się za naprawianie szkód wyrządzonych przez lekarza. - Chyba, że damy się tego spodziewają. - wygładziła kant rozłożystej sukni, jakby chciała usunąć ewentualne krople czerwonego wina, które mogłyby na niej osiąść. Na szczęście dla Gregora, nie pobrudził on jednak kreacji kobiet. - A propos dam i spodziewania się... Eliso, wybacz, ale muszę sprawdzić, co też porabia mój uroczy małżonek. Obawiam się, że to już ten moment balu, w którym rozwija przed niewinnymi dziewczętami wizję rychłej sławy i bogactwa. 

Przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć "mężczyźni", zanim jednak zdążyła odwrócić się w poszukiwaniu męża, Elise spojrzała na nią błagalnie, delikatnie chwytając przedramię kobiety. 

Aleto, proszę, poznaj doktora Gregora von Fausta, który opiekował się moim ojcem w jego ostatnich dniach. Gregorze...

Spojrzała na niego tymi wielkimi, jasnymi oczami. Mężczyzna nie wyczytał w nich jednak obrzydzenia względem jego obecnej aparycji, była tam tylko bezdenna niepewność. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna nie wie, czego się może po nim spodziewać. Zwłaszcza, że zjawił się przy nich tak nagle.

- ... oto Aleta Maldonado, śpiewaczka operowa i moja serdeczna znajoma.

 

 

Preston Jenkins

 

UUiuvCB.jpg

 

Alma Moran uśmiechnęła się widząc ten nonszalancki gest rewolwerowca. Obdarzyła go bystrym spojrzeniem, a Preston nie mógł sobie przypomnieć, by ktoś wcześniej patrzył na niego z taką uwagą. Czyżby rzeczywiście był tak dobrym podrywaczem?

- Och, przyjęcie byłoby znacznie lepsze, gdyby jakiś przystojny, kompletnie niepasujący do bandy tych nadętych snobów, dżentelmen, poprosił mnie do tańca. Ale zanim to się stanie - przekrzywiła głowę uważnie śledząc reakcję Jenkinsa - a wierzę, że stanie się to wkrótce, powiedz mi, drogi Prestonie, co cię tutaj sprowadza...

Podniosła kieliszek upijając łyk białego wina, w poświacie setek świec, przypominającego swoją barwą, płynne złoto. Serkończyk z pewnym zdziwieniem odnotował, że ciemna szminka, którą upomadowała usta, nie starła się ani odrobinę w kontakcie z kryształem kieliszka.  

Interesy czy obowiązki?

To było całkiem ciekawe pytanie, wskazujące, że Alma Moran ma już na ten temat swoją teorię i w owej teorii nie mieszczą się naturalne dla takiej okazji motywacje natury towarzyskiej.

Obserwując swoją intrygującą towarzyszkę, Preston dostrzegł kątem oka, że przy potężnych drzwiach, oddzielających salę balową od części prywatnej rezydencji, stoi obecnie jeden a nie para strażników. Był przekonany, że gdy przekraczał próg sali balowej, znajdowało się w tym miejscu dwóch rosłych mężczyzn z szablami uwiązanymi do pasa. To mogło być równie dobrze spostrzeżenie tyleż istotne, co całkowicie nieważne, niemniej jednak, Preston ten fakt odnotował.

 

 

Alva Lazarev

 

Pies się zatrzymał. Nagle, tuż przed nogami jednego z odzianych we frak jegomościów. 

Ale to był dopiero początek lawiny, którą wywołał donośny gwizd Alvy Lazarev.

Zwierzę szczeknęło głośno i agresywnie, obracając się w jej stronę, jakby pragnęło odpowiedzieć na odgłos, który zaburzył jego idealny plan rzucenia się w fontannę pysznej czekolady. Dzięki temu zdyszana matrona, łapiąc w biegu i oddech i poły zwiewnej sukni, zdążyła schwytać w ramiona swoje zbuntowane maleństwo. Tropicielka instynktownie odwróciła wzrok od tej rzewnej sceny, która, być może, w ujęciu niektórych mogła uchodzić za zabawną. Dzięki temu jej spojrzenie skierowało się na balkon, na którym stało trzech mężczyzn o identycznych, niepokojąco schizofrenicznych maskach. Przypominali woskowe rzeźby, które zastygły z wzrokiem wlepionym w biesiadników. Ochrona? Goście specjalni? Trudno było to orzec z całą pewnością. Tym bardziej, że uwagę Tyvijki co i rusz rozpraszali zgromadzeni wokół ludzie.

Jedna z kobiet, zawieszona na ramieniu statecznego dżentelmena odezwała się doniosłym głosem: - To oburzające! - i Alvie ciężko było zawyrokować czy ma na myśli samowolę psa, czy też jej na tę samowolę reakcję.

Ktoś parsknął gromkim śmiechem, zdobywając tym aplauz rozchichotanych dam. Ktoś inny obrzucił tropicielkę pełnym pogardy spojrzeniem.

Alva nie miała jednak możliwości rozważać tych wszystkich reakcji, a tym bardziej nie miała możliwości rozważać statusu jegomościów na balkonie, gdyż podeszła do niej kobieta, której uwagę tropicielka szczególnie sobie zaskarbiła.

Masz parę w płucach, kochana. - odezwała się lekkim, pozbawionym kpiny głosem o wyraźnie serkońskim akcencie. 

Kiedyś to ćwiczyłam, ale nigdy nie wychodziło mi tak dobrze, jak tobie. - przyjrzała się Alvie uważnie, wzrokiem, który zdradzał, że zamierza kontynuować. - Viola Fusaro. - wyciągnęła rękę, najwyraźniej chcąc, tak po prostu, uściskać dłoń tropicielki.

Wiesz, że tym seksownym gwizdem wprowadziłaś w tę sztywną atmosferę trochę życia? - stwierdziła bezceremonialnie, uśmiechając się szeroko i szczerze.

 

 

Hans Wetter

 

jM4DuWI.jpg

 

Sharon wzniosła toast, upijając łyk wybornego wina. Na jej policzki niemal od razu wstąpiły urocze rumieńce. Żona Hansa piła rzadko, upijała się jeszcze rzadziej, ale ta prosta reakcja jej organizmu na odrobinę alkoholu, uświadomiła panu Wetterowi, że do Sharon wino po prostu pasuje.

- Na Kongregację, oczywiście, że zatańczymy! - odpowiedziała ze szczerym entuzjazmem, w międzyczasie skinając lekko w stronę znajomego Hansa, który ich wypatrzył. - Na szczęście jesteśmy w miejscu, gdzie nie ma moich studentów. Zapewniam cię, mój drogi, że inaczej ten taniec byłby niemożliwością. Straciłabym opinię ciętej pani profesor, gdybym wesoło lawirowała po parkiecie na ich oczach.

Hansowi taka odpowiedź w zupełności wystarczyła, żeby odłożyć kieliszki z niedopitym winem i poprowadzić małżonkę w stronę parkietu. Z pewnym niezadowoleniem skonstatował, że kapela, która uświetniała ten niepowtarzalny wieczór, dopiero się rozkręca. Grali utwór, który, choć nie pozbawiony rytmicznych elementów smyczkowych, wydawał mu się zbyt nostalgiczny na pierwszy taniec. Sharon to jednak najwyraźniej nie przeszkadzało. Kiedy tylko znaleźli się na parkiecie, dołączając do kilkunastu innych par, żona Hansa złapała go za ramię i położyła jego rękę na swojej talii. Zadarła lekko głowę, przyglądając się mężowi z uwagą, smakując tę chwilę.

Zastanawiam się... - zaczęła, wykonując z partnerem pierwsze, taneczne kroki. - Czy powinnam zapytać cię o to, czy pamiętasz nasz pierwszy taniec, czy raczej wyrazić swoje zaniepokojenie myślą, że mógłbyś przyjść tu sam i tańczyć teraz z kimś innym? - uśmiechnęła się tak ładnie, że Hans w żadnym razie nie mógł wziąć tego pytania za przejaw zazdrości. A może z tego właśnie powodu powinien je tak zinterpretować?

 

Rakela White Maksim Olgovich Aristov

 

953hvTE.jpg

 

Emocje rysujące się na twarzy Ivette były czytelne, nawet dla kogoś, kto w przeciwieństwie do Maksima i Rakeli, nie specjalizował się w obserwacji innych ludzi i interpretacji ich zachowań. Rudowłosa towarzyszka arystokraty sprawiała wrażenie wyraźnie niepocieszonej, gdy Maksim - choć przecież w sposób wyważony - komplementował oprócz niej, również drugą malarkę. Udobruchała się dopiero wtedy, gdy partner zapewnił, że nie zamierza pozbawiać jej swego towarzystwa.

Ivette nie sądziła, że to czcze zapewnienia. Nie przypuszczała, że wkrótce misja zaangażuje go na tyle, że nie będzie miał w tym względzie większego wyboru.

Ale, cóż, nawet on nie mógł tego wiedzieć.

 

Ivette Valentine podniosła kieliszek, gotowa do wzniesienia toastu. - Za to niespodziewane spotkanie! - zaczęła z najbardziej promiennym uśmiechem, na jaki było ją stać. - Za to, żeby Rakela znalazła towarzystwo... - oczywiście, można było to powiedzieć mniej złośliwie, ale Ivette, choć próbowała, nie mogła się powstrzymać. - I za tę noc... - spojrzała na Maksima i lekko, choć w sposób niezwykle świadomy i pobudzający wyobraźnię przygryzła wargę. - która nie skończy się szybko.

Kobieta upiła łyk wina o niezwykle intensywnym, finezyjnym aromacie. Rakela i Maksim poszli jej śladem, jednak, podczas gdy uwagę arystokraty skutecznie osłabiało zalotne spojrzenie, które Ivette posłała mu znad kieliszka, pragnąc przypieczętować swój toast, Rakela skupiła się na lustrowaniu otoczenia.

Dostrzegła dwie rzeczy.

Po pierwsze, Hansa Wettera zmierzającego na parkiet razem z małżonką.

Po drugie, scenę, na której swój koncert dawała Serkońska orkiestra. Zauważyła, że przy wejściu, prowadzącym za kulisy, stoi mężczyzna z dziwną, niepokojącą maską na twarzy.

W zasadzie, było jeszcze po trzecie.

Kątem oka dostrzegła, że w ich stronę zmierza sir Mattheus Gordon. Uśmiechnął się szeroko, kiedy tylko ją dostrzegł. Zanim zdążyła zareagować, znalazł się tuż obok nich. 

 

HLQOZtT.jpg

 

Droga Rakelo, znikłaś tak nagle! - zaczął tonem pełnym ulgi, że w końcu odnalazł swoją rozmówczynię. - Drodzy państwo. - ukłonił się Maksimowi i Ivette, zawieszając na tej drugiej spojrzenie tam, gdzie zawieszać go nie powinien. - Nazywam się Mattheus Gordon. - odrzekł z dumą, jaką można spotkać tylko u południowców i nie czekając aż para odpowie na jego słowa, ponownie skupił wzrok na Rakeli. - Czy wzniesiesz ze mną jeszcze jeden toast, moja droga? - znowu obdarzył ją tym nieprzyjemnym, pożądliwym spojrzeniem.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QLvvmJv.png

Alva Lazarev

 

Paradoksalnie, wzbudzona w otoczeniu niechęć dodała Alvie rezonu. Spełniło się ponure, podszyte niepewnością oczekiwanie, a istniejąc i nabierając kategorii walki, przestało być straszne. Szybko straciła zainteresowanie roztkliwioną nad bezpiecznym już psiakiem matroną i... Wtedy ich zauważyła.  Niestety, niemal od razu musiała odwrócić spojrzenie od trzech dziwacznie zamaskowanych, nieruchomych osobników na galerii. Słysząc podszyte śmiechem uwagi instynktownie wyprostowała się, nie sztywno, lecz z naturalną stanowczością osoby, która, przekonana o słuszności wyboru, już samą postawą będzie bronić swego zdania. Otwarcie powiodła wzrokiem po gościach konstatując bez większego zdziwienia, że w sytuacjach kontrowersyjnych nie ma wielkiej różnicy między śmietanką towarzyską, lumpami z zaułka czy nawet sforą zdziczałych psów. Jeśli nie znajdzie się prowodyr zdecydowany do bezpośredniego ataku, reszta poprzestaje tylko na nieszkodliwym obszczekiwaniu. To już przecież znała.

Ze szczerym zaciekawieniem spojrzała jednak na podchodzącą kobietę.

- Alva Lazarev – przedstawiła się jeszcze dość chłodno, lecz  powagę zaraz zakłóciło spostrzeżenie, że w palcach nadal trzyma wymięty kawałek mięsa zabrany z, oby nie czyjegoś, talerza. Nijak było ten wątpliwy przysmak odłożyć, wyrzucić, całkowicie niemożliwe schować. Jeszcze bardziej niestosowne byłoby podać brudną rękę. Nie bardzo wiedząc, co z tym fantem uczynić Alva  zatrzymała dłoń na sekundę w powietrzu, po czym zwyczajnie podniosła do ust i przełknęła przygotowany dla psa kąsek. Sięgając po serwetkę do wytarcia palców postanowiła iść za niezamierzonym ciosem stającej nad krawędzią skandalu reputacji, który niechcący z niej samej uczynił chyba coś na kształt prowodyrki. Oraz od razu podążyć tropem dręczącego widoku.

– Naprawdę? – wymownie przekrzywiła głowę – Ci na górze wydają się niewzruszeni  – obserwowała czy wzrok Violi powędruje tam, gdzie stali zamaskowani i w jaki sposób ich obecność odbije się na twarzy Serkonki, zanim sama rozejrzała się ponownie.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

MTEOYh0.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Aristov, przysłuchując się w zachęcającym milczeniu kolejnym ripostom płynącym z kształtnych, podkreślonych szminką ust Rakeli White, sumiennie wypełniał powinności uczestnika salonowej pogawędki, siłą swojego spojrzenia przytakując bądź wyrażając dżentelmeński sprzeciw dokładnie w tych momentach (z wątkiem metryki Autumn na czele), w których było to wymagane. Czując jednak, że wydmuszkowatością prezentowanych gestów popełniłby wobec swojej współpracownicy grzech karygodnego niedocenienia, ostatecznie nie mógł odmówić sobie przyjemności przywołania tego rodzaju dwuznacznego uśmiechu, za którym stoją nie tyle powierzchowne emocje, co zakodowana w nim tajemnica trudnej do odgadnięcia myśli. To, co jednak można by u niektórych rozmówców odbierać jako świadectwo pewnej konwersacyjnej dwulicowości, z ostentacją skrywającej przed światem zewnętrznym rzeczywiste wnioski bądź odczucia, w przypadku Maksima Olgovicha miało w sobie wydźwięk przekornego, zapraszającego mrugnięcia okiem do krainy wzajemnego poznania. Powodzenia, panno White.

 

Zwłaszcza, że on sam w ostatnim czasie poczynił na tym polu całkiem zadowalające kroki.

 

Zresztą arystokracie trudno było nie uśmiechać się w ten sposób, kiedy to, trzymając za nóżkę odebrany od kelnera kieliszek z alkoholem, ze świadectwem wieloletniego doświadczenia uniósł szklaną czaszę na wysokość swoich oczu, inaugurując serię formalnych testów pozwalającą mu odkryć właściwości otrzymanego trunku. Czyż ten miły poznawczo akt zaprzyjaźniania się z winem, polegający na oszacowaniu jego nieskazitelnej klarowności i intensywności ciemnowiśniowej barwy, a następnie wprawnym zakręceniu kieliszka celem wydobycia jego wzbogaconych o tlen owocowych aromatów, nie korelował całkiem uroczo z analizowaniem woni i posmaku słów Rakeli White? Pomijając kwestię wciągającego rozkładania na czynniki pierwsze tych wszystkich, słodko-cierpkich nutek, nie ulegało wątpliwości, że w odpowiednich okolicznościach panna Autumn potrafi - podobnie jak znajdujące się w Maksimowym kieliszku młode, ale unikalne w swojej intensywności wino - uderzyć do głowy. Także, jak przystało na piękną kobietę, w tym najbardziej zdradzieckim tego słowa znaczeniu.

 

A może to zwyczajna słabość do rudowłosych artystek?

 

- Za nas. - Aristov, podążając za wypowiedzianym przez Ivette toastem, z uśmiechem przechylił kieliszek, koncentrując pełnię swojej uwagi na kuszących ustach i oczach partnerki. Rzeczywiście coś musiało być z tą słabością na rzeczy, gdyż arystokrata - bez dwóch zdań absolutnie świadom swoich obowiązków - nie miałby nic przeciwko, aby połączyć skuteczność infiltracji balu z niczym niezakłóconym finałem w postaci Ivette w jego własnym łóżku. 

 

Czy tak nie działa taktyka maksymalizacji zysków?

 

- No proszę... Zaskakująco łagodne jak na swoją intensywność. A do tego z nutą wanilii. To musi być owe słynne Carmenere. - stwierdził z uznaniem, obdarzając zarówno Ivette, jak i Rakelę tym błyskiem w oku, który zapoczątkowały przegryzione usta jego partnerki. - Najnowszy wynalazek winiarzy spod Saggunto. W zeszłym miesiącu, po dwóch dekadach leżakowania, wysłano do Gristolu pierwsze beczki. Czterysta sztuk złota za butelkę... - arystokrata przerwał, dostrzegając z zainteresowaniem, jak zza jego ramienia wyłania się i przystaje do nich łysy południowiec. W końcu, mierząc niejakiego Mattheusa Gordona (ciekawe, cóż to za jeden...) spojrzeniem na tyle grzecznym, na ile zasługują ludzie nie czekający, aż ich rozmówcy również się przedstawią, przeniósł wyraźnie rozbawiony wzrok na Rakelę White.

Gdyby tylko Alice Vollip mogła to zobaczyć...

- Twoje toasty, moja droga, mają iście magiczną moc. Nie minęła nawet chwila, a panna White odnalazła wyborne towarzystwo. - Aristov obdarzył Ivette tym rodzajem delikatnego, porozumiewawczego uśmiechu, który ewidentnie musiał przypaść jej do gustu. - Pozwól Rakelo, że ruszymy ku parkietowi szlakiem równie wybornego Carmenere, zostawiając Cię w dobrych rękach.

 

Tyvijczyk, skłoniwszy się zgodnie z najlepszymi regułami balowego savoir-vivre'u, gładko wykonał krok do tyłu, planując na powrót zatopić się w tłumie. Ostatecznie maksymalizacja zysków zakłada także mądre rozstawienie ich osób w kluczowych miejscach sali balowej.

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

5nvMxj8.png

Doktor Gregor von Faust

 

Odsunął się instynktownie parę kroków, by uniknąć wejścia w plamę wina. Upewniając się, że jego obuwie jest bezpieczne spojrzał na Elise, przerażenie w jej oczach spowodowało, że zdenerwowanie jakiego doświadczał jeszcze się zwiększyło. Kiedy towarzyszka Panny Laurenz się odezwała Gregor rzucił w jej kierunku chłodne, być może nawet pogardliwe spojrzenie, a następnie wrócił wzrokiem do rudowłosej. Starał się zebrać myśli, kiedy już skończył bezceremonialne wtrącił się przerywając wypowiedź brunetki:

- Nie chciałem Cię nastraszyć Elise - najwyraźniej słowo przepraszam było ciężko odnaleźć w słowniku Doktora.

Nie był specjalnie zachwycony z faktu, że kobieta postanowiła kontynuować wypowiedź. Jeszcze mniej był zachwycony, gdy Laurenz postanowiła zatrzymać i do tego przedstawić Alete. Doktor odwrócił się tym razem na dłużej w kierunku kobiety. Patrzył na nią tym samym zimnym spojrzeniem, co poprzednio. Skinął głową z tradycyjną dla siebie flegmatycznością:

- Bardzo mi miło m'am - powiedział nie starając się nawet ukryć fałszywego tonu. Nie czekając na odpowiedź śpiewaczki zwrócił się do Elise

- Nie powinno Cię tu być Elise, to nie jest dla Ciebie odpowiednie miejsce - patrzył się prosto w oczy rudowłosej, jego ton był bardzo poważny chodziło w końcu o sprawę życia i śmierci. Życia i śmierci nikogo innego jak Elise Laurenz.

Edytowane przez Gatzky

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

DaenmEq.png

Rakela White

 

Cisza Maksima zdziwiła ją. Mężczyzna zawsze miał swoje plany, a zwykle też chęć posiadania ostatniego słowa. Uśmiechała się jednak nadal, spoglądając na przechodzących ludzi. 

Uniosła do ust kieliszek wypełniony szkarłatnym płynem i pomyślała, że wygląda niemal jak krew. Była wdzięczna za odwrócenie uwagi toastu bo jej myśli były skupione na czymś innym. 

Człowiek w masce, który nie wiadomo czemu sprawił, że włosy z tyłu jej szyi stanęły dęba. 

I Hans, który tańczył nie zwracając uwagi na otoczenie.

Nie wiedzieć czemu sytuacja, niby nic nieznacząca napawała ją niepokojem. 

Ugryzła wnętrze policzka i znów uniosła do ust kieliszek, w odpowiedzi na pytanie ser Gordona. 

- Zgadzam się, Iwette musi przynosić szczęście - uśmiechnęła się, po czym odezwała się naiwnym głosem, który powinien być wystarczającym znakiem, że nie jest to zwykła uwaga. - Jaka dziwna maska... nigdy nie widziałam czegoś takiego. - A zaraz, jak przystało na kogoś kto nie był tak zainteresowany tematem dodała drugi komunikat. - Oczywiście nie chcę was zatrzymywać. Ilu znajomych widzę na parkiecie! - uśmiechnęła się dopijając wino, niby zadowolona z odnalezionego towarzystwa. Teraz była pora Maksima by - wreszcie - coś zrobił. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

MTEOYh0.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Kiedy do uszu Maksima (właśnie kończącego prostować się po wykonanym przez siebie dość głębokim - bo dostosowanym do rozmachu balu - dworskim ukłonie), dotarła z pozoru drobna, nic nie znacząca uwaga Rakeli o jednym z dziesiątków dziwów, które mogli wypatrzyć w otaczającym ich świecie ostentacyjnej ekstrawagancji, ten zareagował dokładnie tak, jak uczyniłby to każdy dżentelmen skonfrontowany z tego typu sytuacją. Stąd Aristov, wodząc kurtuazyjnym ruchem głowy w ślad za ulotną koncentracją panny White, zdążył wychwycić jeszcze kątem oka stojącą na drodze do orkiestrowych kulis postać w jednej z tych rodzajów masek, które rzeczywiście mogą śnić się po nocach. Kiedy jednak, elegancko wyprostowawszy się u boku swojej widowiskowej partnerki, Maksim w pełni powrócił do Rakeli swoim spojrzeniem, trudno było w nim odkryć cokolwiek ponad klasyczny zestaw emocji prezentowanych w postaci bardziej pospolitej maski - salonowych uprzejmości.

 

A jednak dla Rakeli White nie było większym problemem odkryć w błysku zdrowego oka Maksima Olgovicha specjalną, zaszyfrowaną tylko dla niej wiadomość: pewność, że nie jest ze swoimi spostrzeżeniami zupełnie osamotniona.

 

Owszem, zupełnie jak to bywa w życiu mogli mieć do czynienia z typowym przewrażliwieniem, wykrzywiającym każdy napotkany, a niepasujący do układanki szczegół jako kluczowe remedium na trapiące ich kłopoty. W końcu umysł, szczególnie w przenicowanej rzeczywistości Uczty Zatracenia, mógł płatać do woli tego typu figle.

I płatał.

Dniem za dniem, godzina za godziną.

Jak to zwykle bywa, błędne wnioski stanowią nieodłączny etap poszukiwania właściwego rozwiązania.

Gdyby jednak ten typ myślenia kazał uznać, że znaleziona w kubryku pewnego okrętu kość jest zwykłym śmieciem...

 

Czy zechcesz posłuchać Maksimie cichych podszeptów umysłu, każących tobie pomyśleć o Wielorybnikach, którzy przed laty wprowadzili wśród niektórych grup przestępczych modę na chowanie twarzy swoich członków w quasi-wspólnotowej symbolice masek? A gdybyś tak wrócił pamięcią do jednego z przeczytanych w gazecie sensacyjnych artykułów, opisujących jedną z takich organizacji, którą wiązała nić dziwnych powiązań z dunwallskimi grubymi rybami? Czy starałbyś się przebić przez mgłę skojarzeń, pozwalającą połączyć zawarty na rycinie maski karciany motyw z widokiem trójtwarzy stojącego przed kulisami mężczyzny?

 

Czy to, znak, Maksimie?

- To znak, że bal spełnia swoje zadanie. Noc jeszcze młoda, a ty już poznajesz nieznane. - skwitował tonem wesołym, jakby delikatnie podrasowanym wpływem wina, którym kilka minut temu się tak zachwycał. - Osobiście nigdy nie wskakiwałem do czekoladowej fontanny, więc kto wie... Jeden, dwa tańce i może zmienić się wszystko. - Maksim, wycofując się o kolejny krok z żartobliwie uniesioną brwią wprawnie obrócił się na pięcie, ginąc po chwili w tłumie wraz z trzymaną pod rękę Ivette.

- Pierwsze konwersacje za nami... - mruknął do swojej towarzyszki dokładnie w taki sposób jak to robił wcześniej, tym razem jednak regularnie wpatrując się w jakiś nieokreślony cel przed sobą. Parkiet? Orkiestrę? Być może. - Pierwszy alkohol... - obdarzywszy chłodnym, inspekcyjnym spojrzeniem trzymany w dłoni kieliszek, zachęcająco stuknął szkłem o ten trzymany w dłoni Ivette, po czym eleganckim gestem wychylił resztkę wina z dna. - ...również. To znak, moja droga, że porywam cię do pierwszego tańca... 

 

Kierunek, jak przystało, wytyczał Maksim, jednak łączący ich instynkt zwierząt balowych sprawiał, że oboje z gracją mijali kolejne grupki gości, rozdając od czasu do czasu kurtuazyjne uśmiechy. Sam kierunek zaś wiódł on prosto na skąpany w południowych dźwiękach balowy parkiet.

 

W teorii.

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

vhPqSYl.png

Hans Wetter

 

Kochana, twoja reputacja jest bezpieczna. Jestem przekonany, że nawet gdyby jeden czy dwóch studentów się tu znalazło by nas obserwować, to nikt w Akademii by im w tę opowieść nie uwierzył - odparł ze sztucznie poważną miną, by po chwili wybuchnąć krótkim śmiechem. Choć oczywiście uwaga Sharon nie była wypowiedziana zupełnie serio, to on sam też nie ukrywał, że wobec nieobecności Emily i Thomasa, czuł się na parkiecie znacznie swobodniej. Właściwie był to rodzaj sprzężenia zwrotnego: jemu samemu obecność dzieci nie przeszkadzała w okazywaniu czułości żonie. Wiedział natomiast, że to potomstwo czuje się takim niedyskretnym zachowaniem rodziców odrobinę zażenowane, a to z kolei już wywoływało u Hansa dyskomfort. Teraz jednak nie było na sali nikogo, kto na ich zachowanie zwracałby uwagę - przynajmniej dopóki stosują się do zasad savoir vivre - toteż mógł się całkowicie odprężyć.

Prawie całkowicie. W końcu czekała go misja.

 

 

Nic się nie stanie, jeśli zaczeka jeszcze kwadrans.

 

Przejął od żony kieliszek z niedopitym winem, odstawił oba naczynia na tacę przechodzącego obok kelnera. Swoją drogą, Wetter był pod wrażeniem służących na tym balu. Kiedy byli potrzebni, zawsze znajdowali się na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie naruszali przestrzeni osobistej, nie rzucali się w oczy ani nigdy się z nikim nie zderzyli - nawet gdy ktoś właśnie szerzej gestykulował, albo wykonywał krok w tył bez patrzenia. Zaiste, płynność i precyzja ich ruchów była godna podziwu.

Wyciągnął wolną już rękę do małżonki, wolnym krokiem skierował się w kierunku parkietu. Drugą ręką odruchowo poprawił krawat i upewniwszy się, że wszystko jest na swoim miejscu, obrócił się do Sharon. Czule objął żonę w talii, drugą dłonią schwycił jej wyciągniętą dłoń. Nieco przeciągał tę chwilę, nim w końcu wykonał pierwszy krok tanga. Zaczęli powoli, delikatnie. Zwróceni w tę samą stronę, z ciałami skręconymi ku sobie, wykonali krok w przód, jednocześnie wpatrując się sobie w oczy. Prawie jak spacer w parku, albo wieczorna przechadzka nadmorską plażą - tylko ułożenie rąk się nie zgadzało. Pozycja spacerowa, o ile można w ogóle o czymś takim mówić, ma wszak na celu proste wywołanie uczucia bliskości i bezpieczeństwa, podczas gdy taniec z każdym krokiem buduje miłosne napięcie, by pod koniec wręcz kipieć erotyzmem. Spacer zaś nie tylko niczym nie kipiał, ale nawet nie podgrzewał atmosfery.

Hans nie był najlepszym tancerzem, żadne z nich nie było. Zresztą przez dwadzieścia lat związku zdążyli doskonale poznać swe wzajemne możliwości i Sharon wiedziała, czego może od męża oczekiwać. Mimo wszystko miał nadzieję, że uda mu się wprowadzić powiew świeżości jakimś nieoczekiwanym krokiem, czy niestosowaną wcześniej figurą.

Obrót w lewo, wykrok. Zbyt długi, Sharon się potknęła. Nie upadła, instynktownie podtrzymał ją, samemu jednocześnie się pochylając, by po chwili wyprostować i zdecydowanym ruchem przyciągnąć do siebie. Nie planował, wyszło intuicyjnie. To był jeden z powodów, dla których cenił ten taniec: ktokolwiek go wymyślił zadbał o to, by poprawne objęcie partnerki kompensowało niezręczność ruchów i samoczynnie podpowiadało co dalej robić. Nie bez kozery specjaliści mawiali, że tango od życia różni się brakiem możliwości popełnienia błędu. Jeśli się zaplączesz, zwyczajnie załóż, że to poprawna figura i tańcz dalej.

A więc tańczył. Ponownie zwolnił krok, wyprostował ciało. Stali teraz naprzeciw siebie, nieznacznie ku sobie wychyleni, zachowując przestrzeń na dole. Dość miejsca by się podczas rozmowy nie podeptać. Prawa noga w tył, poczuł jak kobieta w jej miejsce wsuwa swoją.

Na przykład z tą płomiennowłosą malarką, którą przed chwilą widzieliśmy? Hmm... - udał, bardzo głośno i sztucznie, że się zastanawia. Pauza, piruet. Ponad ramieniem żony zobaczył, że mają sporo miejsca. Krok w przód, teraz Sharon się cofa. - Nie, pytanie o pierwszy taniec będzie zdecydowanie bezpieczniejsze. Bal semestralny u Betty Lawrence, tysiąc osiemset dwudziesty czwarty. Orkiestra zapowiedziała "odbijanego", podszedłem gdy akurat tańczyłaś z Paulem... jakimś tam, nie pamiętam jak się nazywał, ale to był ten wysoki brunet z wąsikiem. - Zorientował się, że zaczął ze złej nogi, ale nie przerywał ani nie korygował. Wyglądało na to, że tak też można. -  W każdym razie podszedłem i odklasnąłem, zapewniając ci, zanim mnie z kolei nie odklasnął Eduardo, najlepsze chwile tamtego wieczoru. Najlepsze z perspektywy czasu naturalnie, bo zdaje się, że delikatnie mówiąc, wówczas nie doceniłaś tych dwudziestu sekund.

Edytowane przez Fingard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

sZAa3ND.png

Preston Jenkins

 

 

Dwie rzeczy przemknęły przez umysł Prestona w tej krótkiej chwili, pierwszą było "Wciąż mam to coś". I była to myśl podszyta zwykłą dumną, nie tylko ze swojego własnego wyglądu, ale i podziw dla tego jak dobrze musiały działać te ubrania, nie tylko podeszła tu pierwsza, ale wydawał się jej podobać. Może wąs i przystrzyżona bródka mu pasowały. Do tego uczesane włosy. Może zacznie częściej dbać o swój wygląd?

Plan w zasadzie niezły, ale Preston nie miał na to czasu, miał jeszcze kilka rzeczy do rozwiązania, głównie brudna robota, do tego jeszcze obecna misja. Ale, może jak znajdzie trochę czasu. Może podąży za radą Jima i przestanie być  samotnikiem. W końcu powoli się zestarzał. Przez te całe rozmyślenia przejechał nawet dłonią po podbródku.

Odwzajemnił uśmiech, oraz wysłuchał jej słów, to w tym miejscu pojawia się druga rzecz która przemknęła przez jego umysł. "Żaden ze mnie tancerz, ostatnio tańczyłem za dzieciaka, ale czemu by nie spróbować?". Wysłuchał też reszty jej wypowiedzi, a jego uśmiech zmieszał się z zamyśleniem. Zupełnie odrzuciła opcję bycia tu dla samej zabawy, domyślił się, że Redaktor Naczelna będzie inteligentną kobietą, nawet bardzo inteligentną, domyślał się też, że widać po nim nie bycie częścią szlachty. Teraz jego uśmiech zmieszał się z podziwem, dla inteligencji Almy. Nim jednak jeszcze odpowiedział, kątem oka wyłapał pewną nieścisłość w otoczeniu i jego wzrok na ułamek sekundy powędrował w jej stronę.

Brakowało strażnika. A mógłby założyć się o to, że było dwóch. Ba, założyłby się o swój kapelusz. Coś tu zdecydowanie musiało być nie tak. No, zawsze pozostawała możliwość, że strażnik po prostu skoczył na stronę. No a nie dostrzegł aby coś się wydarzyło. W jego mniemaniu, było to podejrzane, doszedł do wniosku, że nawet jeśli to nic ważnego, to i tak będzie musiał mieć oczy szeroko otwarte. Nawet jego uśmiech na tą jakże krótką chwilę nieco się zmniejszył.

 

Jego wzrok jednak tak szybko jak od rozmówczyni odszedł, tak szybko na nią wrócił, wrócił i uśmiech. Nawet już wiedział jak odpowiedzieć. Miał pełną świadomość tego, że Alma Moran szybko wyłapie jego kłamstwo. Jednak, jakim byłby hazardzistą, gdyby nie potrafił zachować pokerowej twarzy?
- Bardzo chciałbym odpowiedzieć rozrywka, ale nie, jestem tu z powodu obowiązków. Ale, to nie znaczy, że nie mogę chociaż trochę się rozerwać - oznajmił, wciąż uśmiechając się do swojej rozmówczyni. Nie skłamał. Wiedział, że go rozgryzie, ale przecież nie dopytywała. Po tych słowach wziął porządnego łyka whiskey. Była zdecydowanie najlepszą jaką pił.

 

- A teraz, nie jestem pewny co do jednego z tych standardów. Ale spełniam dwa z trzech - oznajmił odstawiając szklankę na stolik przy którym stał i rozłożył nieco ręce, łokcie dalej trzymając przy ciele. - Skoro na pytania już odpowiedziałem, zapraszam cię, Almo, do tańca. Zobaczymy czy cokolwiek pamiętam - powiedział skłaniając się lekko, opierając lewą ręką o plecy, a prawą podając Pani Redaktor, tak aby mogła ją łatwo złapać. Obdarzył ją też kolejnym uśmiechem, tym razem nie flirciarskim, czy nawet typowym dla niego uśmiechem zadowolenia, a zwykłym serdecznym uśmiechem.
 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Część z Kruków miała pecha. Mniejszego lub większego, ale jednak miała.

Bo jak wyjaśnić to, że gdy tylko Preston zaprowadził Almę na parkiet, serkońska kapela właśnie wygrała ostatni takt, nie zamierzając, najwyraźniej, zaczynać nowego?

Albo to, że to samo nieszczęście przypadło w udziale Maksimowi, który prowadził swoją zjawiskową partnerkę celem spełnienia tanecznego obowiązku?

Dla Rakeli, która przystała na propozycję Mattheusa Gordona, być może nie był to pech. Bo czy rzeczywiście ten podstarzały mężczyzna mógł się jej równać w tańcu?

Sharon również wydawała się zawiedziona, że zespół nie chce zapewnić podkładu dla spędzenia jeszcze kilku bliskich chwil z własnym mężem, z którym od wieków nie bawiła się tak dobrze.

 

Stali więc na parkiecie, czekając na dźwięki zwiastujące kolejny utwór, które jednak nie wydobyły się z instrumentów. Rozejrzeli się po innych parach, odnotowując swoją wzajemną obecność. Ktoś zaczął klaskać, żeby zachęcić orkiestrę do podjęcia przerwanego obowiązku. Ta jednak pozostała nieugięta, milcząc już stanowczo za długo.

 

Nawet Gregor von Faust odnotował tę ciszę. Być może dlatego, że musiał na czymś skupić uwagę, żeby całkowicie nie rozproszyć się pełnym pasji spojrzeniem, którym obdarzyła go Elise. A była w nim - poza niezrozumieniem i bezdennym zdziwieniem - szczera, dozgonna nienawiść. Znał ją doskonale, wszak emocje były nieodłącznym towarzyszem ich burzliwych reakcji. Nawet, jeśli chciał jakoś wyjaśnić tę sprawę, powiedzieć, że to z troski, że wcale nie zamierzał upokarzać jej przed tą nieszczęsną śpiewaczką operową (a przecież doskonale wiemy, że nie chciał tego powiedzieć) nie miał ku temu okazji: Aleta już pociągnęła dziewczynę za ramię, z pełnym oburzenia wyrazem twarzy, odwracając się od doktora.

 

Wzrok Violi, całkowicie skupiony do tej pory na tropicielce, zgodnie z jej sugestią powędrował w stronę balkonu. Mężczyźni w maskach właśnie spoglądali w stronę sceny, na której orkiestra przestała grać. A potem, Alva to dostrzegła, skinęli do siebie głowami. Towarzyszka Tyvijki nie wiedziała jednak w tym nic nadzwyczajnego. - Och, to może powinnyśmy ich jakoś wzruszyć? - odrzekła z tym szerokim uśmiechem. - Może nie usłyszeli jak gwizdałaś, ale... Czy mi się zdaje? Czy patrzą na scenę? Z całą stanowczością powinnyśmy wykorzystać tę sytuację i na przykład poruszyć ich niewzruszone twarze wspólnym tańcem. - to zdecydowanie brzmiało jak propozycja.

Co z tego, skoro orkiestra przestała grać?

 

Światło na scenie zgasło, pogrążając stających tam muzyków w półmroku.

Wiedzieli, że przyczyną tego stanu rzeczy jest wygaszenie reflektora, który ulokowany został na jednym z balkonów, równoległe do sceny. Zanim jednak zdążyli zaniepokoić się tym faktem, źródło światła na powrót zostało włączone, lecz tym razem skierowano je na antresolę nad sceną.

O ażurową, marmurową balustradę, opierał się teraz nikt inny jak lady Esma Boyle, przykuwając uwagę zgromadzonych. Część gości zaczęła szeptać, a Maksim od razu rozpoznał w tym szepcie znaną mu nutę. Plotkowali. Wymieniali komentarze. Oceniali.

 

I rzeczywiście, było o czym plotkować. Lady Boyle, swego czasu najbardziej rozwiązła z sióstr, namiętna kochanka i wieczna panna, wyglądała nader... skromnie. Choć jej włosy wciąż atakowały kuszącą czerwienią, to sukienka, którą włożyła na to wydarzenie była więcej niż powściągliwa. Owszem, nie ulegało wątpliwości, że czarny wyszywany szlachetnymi kamieniami akcent przy szyi oraz koronkowe wykończenia dekoltu, musiały kosztować fortunę, nie zmieniało to jednak fakt, że nikt nigdy ze zgromadzonych na sali, nie widział lady Boyle w kreacji, zasłaniającej niemal każdą część ciała i to do tego w sukni tak białej i niewinnej, jakby samą swoją barwą próbowała odwrócić uwagę od wodzenia spojrzeniem po co ponętniejszych częściach ciała. 

 

Słowem, lady Boyle bardziej niż na organizatorkę największego przyjęcia czasów Uczty Zatracenia, wyglądała na przeoryszę Zakonu Wyroczni.

 

6BdKdx2.jpg

 

- Piękne panie i zacni panowie! Moi goście! - miękki głos lady Boyle niósł się po sali, wzmocniony przez dwa, rozstawione pod ścianami megafony. - Ponowne zgromadzenie was wszystkich pod dachem mojej skromnej rezydencji, było dla mnie ogromną motywacją w ostatnich dniach. Bal z okazji Uczty Zatracenia! - pauza, świadoma, niezbyt długa. - Być może sama jego idea jest przerostem formy nad treścią, bo po co wtłaczać w ramy coś tak ulotnego, niepowtarzalnego i grzesznego jak Uczta? A tak przynajmniej sądzi moja siostra, ale ja wiem... - uśmiech, szeroki, widoczny niemal z każdej części sali. - Że najwięksi tego kraju potrzebują oddechu w tych niepewnych dniach. I ja, drodzy goście, z ogromną chęcią wam ten oddech zapewniam. Chcę, żebyście o nim pamiętali na długo po tym, jak szanowny Nadrewident zakończy nasz karnawał!

Pierwsze, niepewne oklaski rozniosły się po sali, szybko jednak urywając się, kiedy goście zdali sobie sprawę, że lady Boyle jeszcze nie skończyła.

Podobno mówca powinien tak skonstruować przemówienie, aby wyczerpać temat, ale nie wyczerpać słuchaczy, dlatego też pragnę wam przekazać jedno: jedzcie, pijcie i bawcie się zgodnie ze swoim sumieniem. Bo największym dobrem, moi drodzy, jest czyste i spokojne sumienie. Wiem coś o tym. - znowu krótka, wyważona przerwa. - Bal z okazji Uczty Zatracenia uważam za otwarty!

 

Tym razem po sali przeszły głośne, gromkie brawa. Lady Boyle ukłoniła się nisko, powoli niknąc w cieniu antresoli, kiedy reflektor znowu skierowany został na scenę. Tym razem orkiestra nie czekała na zachętę do grania - pierwsze dźwięki utwory wydobyły się z instrumentów niemal natychmiast.

 

 

 

Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal.

 

 

Maksim Olgovich Aristov

 

No tak, prawdziwy arystokratyczny bal nie mógłby obyć się bez otwierającego go walca. Maksimowi, trzymającego dłoń Ivette, nie pozostało więc nic innego jak zacząć taniec. Mężczyzna w masce, którego wskazała mu Rakela wciąż stał przy kulisach, obserwując orkiestrę, zaprzęgającą instrumenty do działania. Towarzyszka Maksima również spojrzała w tamtą stronę, zwinnie podążając za kolejnymi, wyznaczanymi przez arystokratę krokami. 

Krok, krok, obrót. 

Rudowłosa artystka znalazła się w objęciach swojego partnera.

Nie sądzisz, że jest dziwna? Mam na myśli maskę. Pamiętasz, jak byłyśmy z Cassandrą w teatrze? - sunęli po parkiecie, Maksim trzymał Ivette w talii, z wyczuciem wskazując jej na moment, w którym powinna wykonać obrót. Owszem, jego towarzyszka wspaniale kręciła biodrami, ale zdecydowanie bardzo przeciętnie wyczuwała kolejne takty. 

Maksim pamiętał Cassandrę - była najlepszą przyjaciółką Ivette, dopóki nie wybuchł skandal z żonatym mężczyzną i ciążą w tle. Jego towarzyszka była tym swego czasu bardzo przejęta, gdyż ciąża przekreślała plany Cassandry, co do kariery aktorskiej, ale dla Maksima brzmiało to jak kolejna, absolutnie nudna i przewidywalna afera, jakich w środowisku arystokracji wiele. - Camdyn grał wtedy jedną ze swoich pierwszych głównych ról. Niewiele z tego rozumiałam. Chodziło chyba o jakiś blamaż w szeregu Kongregacji Wszechludzi. W każdym razie...

Krok, noga Ivette między jego nogami. Krok, noga Maksima.

- W jednym z aktów ośmieszeni Kongregaci musieli wyjść do skandującego tłumu. Mieli wtedy na twarzach maski. Zapamiętałam je, bo wyglądały strasznie. Złapałam Cassandrę za rękę, bo bardzo mi się to nie podobało! Te maski... wyglądały niemal identycznie jak maska tego faceta przy scenie. Uch, do tej pory mam dreszcze.

Krok, krok, obrót.

 

 

Rakela White

 

Autumn naprawdę zwracała na siebie uwagę. I to nie dlatego, że towarzyszył jej dużo starszy i dużo gorzej prezentujący się mężczyzna, który porwał ją do tańca, gdy tylko lady Boyle zakończyła swoje przemówienie. Jej niekonwencjonalna suknia wyglądała w tańcu po prostu wspaniale, mieniąc się w odbiciu świec czerwonymi refleksami. Rozłożysty dół, ukrywający nawet buty, wirując sprawiał wrażenie, jakby Rakela White nie tyle wykonywała kolejne kroki, co z niezwykłą gracją - całkiem dosłownie - sunęła po parkiecie.

Na Autumn patrzyli i mężczyźni, i kobiety (choć te drugie nawet nie ukrywały ukłucia zazdrości, które pojawiało się podczas obserwacji malarki), a Mattheusa Gordona rozpierała z tego powodu duma. Chociaż rzeczywiście nie tańczył najlepiej, to ze wszystkich sił się starał. Skupiał uwagę na kolejnych krokach, tak, aby wypaść przed swoją partnerką jak najlepiej.

Rakela nie musiała przykładać się do walca z taką pieczołowitością, gdyż znała kroki i całkiem nieźle czuła rytm. Dlatego też mogła skoncentrować się na lustrowaniu otoczenia.

 

Jeśli jeden mężczyzna w masce zwrócił jej uwagę, to co dopiero trzech?

 

Malarka spojrzała na balkon po przeciwległej stronie i dostrzegła troje mężczyzn z identycznym, niepokojącym nakryciem twarzy. Właśnie lustrowali scenę, ale jeden z nich skinął w stronę, z której najprawdopodobniej wchodziło się na balkon. Pozostała dwójka natychmiast zrozumiała tę sugestię i razem ruszyli w stronę wyjścia. Rakela uznała, że schody, prowadzące na antresolę muszą znajdować się za kulisami. Nie było innej opcji.

Tymczasem jegomość w masce, którego zauważyła po raz pierwszy, wciąż stał w tym samym miejscu.

 

 

Hans Wetter

 

Och, Paul... Paul Jacobson zdaje się. Nadęty bufon. - Sharon uśmiechnęła się do męża, kontynuując temat przerwany przez przemówienie lady Boyle. Szybko jednak zarzuciła wątek, zdając sobie sprawę, że pozostałe pary na parkiecie oddają się rytmom rozbrzmiewającej na nowo muzyki. Stanowczo zainaugurowała więc kolejny taniec, tym razem biorąc na swoje barki ciężar prowadzenia.

Krok, krok, obrót, krok.

Nie sądzisz, że to było... specyficzne przemówienie? - zagaiła wpadając w objęcia męża. Hans zdawał sobie sprawę, że jej analityczny umysł rozkłada na czynniki pierwsze słowa lady Boyle. - Mogła przecież powiedzieć o tej czekoladowej fontannie, pochwalić się rozpiętością przekąsek, ale zdecydowała się mówić, obserwując z antresoli ten cały przepych, o grzechu i sumieniu. Myślisz, że wszyscy arystokraci są takimi hipokrytami?

Hans, oczywiście słuchał Sharon, choć mogła odnieść odwrotne wrażenie. Wszak dzielił swoją uwagę na próbę nadążenia za jej krokami, słowami, a także na obserwację otoczenia. Pozwalając wykonać partnerce kolejny obrót, kątem oka dostrzegł mężczyznę w dziwnej, potrójnej masce na twarzy, stojącego tuż przy kulisach.

Niby nic, ale kiedy jego wzrok skierował się na drzwi, oddzielające przestrzeń prywatną od części balowej, ujrzał identycznie zamaskowanego gościa, stojącego tuż przy wrotach. Obsługa? Ochrona? 

Nie, na pewno nie ochrona, strażnicy rozlokowani w innych punktach sali wyglądali przecież całkowicie normalnie.

 

 

Preston Jenkins

 

Preston nie pamiętał wiele. Alma zorientowała się w tym względzie stosunkowo szybko, dlatego też postanowiła prowadzić swojego partnera w tańcu. Poruszała się zgrabnie: z gracją i wdziękiem obcym wielu damom na parkiecie. Jej suknia falowała pod wpływem pędu powietrza, kiedy wykonywała kolejne obroty. Preston próbował nad nią nadążyć, ale często mylił nogi. Cóż, przynajmniej się nie wywrócił.

Jakież to obowiązki cię tutaj sprowadzają, Prestonie? - Alma odezwała się dopiero wtedy, kiedy taniec wymagał zbliżenia obu partnerów. Rewolwerowiec, idąc za przykładem innych par, położył rękę na jej talii. - Mam kilka teorii i chętnie dowiedziałabym się czy któraś jest prawdziwa. - uśmiechnęła się ładnie, szeroko, ale w tym uśmiechu była też zawoalowana stanowczość, jakby Alma mówiła, że tak łatwo jej nie zbędzie.

Preston, być może, zbywać jej nie chciał, ale przecież musiał skupić się na otoczeniu. A zwłaszcza na tych cholernych drzwiach, przy których strażnicy znikali jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak, tuż po skierowaniu snopu światła ponownie na scenę, po przemowie lady Bolye, Jenkins dostrzegł, że przy wrotach nie ma już żadnego nadzorcy. Stał tam za to mężczyzna w dziwnej, schizofrenicznej masce na twarzy.

 

 

Alva Lazarev

 

Viola spojrzała na Tyvijkę pytająco, jakby ta wymuszona przerwa, spowodowana przemową lady Boyle, nic nie zmieniła w kwestii jej propozycji. Jednym haustem opiła wino, które zgarnęła z tacy jakiegoś kelnera. - To jak będzie? Masz ochotę rozruszać te towarzystwo? Byłabym zaszczycona! 

Stwierdziła lekko, z uśmiechem, ale Alva nie od razu odpowiedziała na to pytanie. 

Miała misję, a misja wymagała tego, co potrafi: tropienia. Tyvijka zauważyła, że panowie w maskach zmierzają do wyjścia z balkonu, na którym stali. Zdała sobie sprawę, że zejście musi znajdować się gdzieś za kulisami. I kiedy przeniosła spojrzenie na scenę, dostrzegła jeszcze jednego jegomościa w identycznej masce.

Doprawdy, całkiem sporo się ich tutaj wzięło.

 

 

Gregor von Faust

 

Nagła zmiana kierunku światła i przemowa organizatorki tego - pożal się Pustko - opium dla bogatych mas, sprawiła, że Elise i jej towarzyszka nie odeszły daleko. Po ponownym oświetleniu sceny, Gregor dostrzegł płomienną fryzurę swojej przyjaciółki (czy mógł w ogóle nazywać ją przyjaciółką?) kilkanaście metrów dalej. Obróciła głowę w jego stronę, jakby chciała sprawdzić czy znowu nie dostrzeże go zaraz za plecami.

Doktor widział jej niepewne spojrzenie, ale nie mógł się dłużej na nim skupiać. A to dlatego, że w perspektywę jego widzenia, wszedł właśnie mężczyzna w dziwnej, niepokojącej masce. Ostentacyjnie uderzył go ramieniem, torując sobie drogę i stanął przy fontannie z czekoladą.

I tak po prostu stał.

Gregor spojrzał w stronę, z której przyszedł, jednak nic tam nie było. Jego wzrok skierował się w stronę sceny. Przy zejściu na kulisy dostrzegł drugiego jegomościa o takim samym nakryciu twarzy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

QLvvmJv.png

Alva Lazarev

 

Podczas krótkiego przemówienia lady Boyle, Alva spróbowała wśród tłumu gości wypatrzyć towarzyszy.  Choć z ulgą powitałaby nawet widok Maksima Aristova, albo w ostateczności i doktora Fausta, nie napotkała wzrokiem żadnego z Kruków. Mogła mieć tylko nadzieję, że są obecni, czuwają i widzą to samo, co ona.  Na razie jednak musiała polegać wyłącznie na własnym łowieckim instynkcie, który – była tego boleśnie świadoma – w warunkach  zupełnie  różnych od dotychczasowego treningu nie był już tak pewnym punktem odniesienia. Poniekąd dlatego właśnie wolała balansować na krawędzi paranoicznej podejrzliwości w kwestii trzech dziwacznie zamaskowanych mężczyzn. Znaki jakie wymieniali między sobą mogły przecież nie być tylko zwykłym, niewinnym w intencjach kodem ochroniarzy, lecz równie dobrze mogły stanowić niebezpieczną konspirację.

Niepokojące wydawało się również samo przemówienie. Z pewnością organizatorka balu nie pasowała prezentowanym wizerunkiem do plotek jakie  trudno byłoby o niej nie dosłyszeć przez wiele miesięcy przebywania w stolicy. A nawet do tego, o czym Alva rozmawiała z Rakelą całkiem niedawno. Czy jednak był to... Kamuflaż?  Lub, wręcz przeciwnie, przewrotna prowokacja? Coś zupełnie innego? Tego nie potrafiła i nie chciała rozsądzać. Chwilowo odsunęła z umysłu niemożliwą do zweryfikowania i, mimo najlepszych chęci, nadal nacechowaną niechętnym subiektywizmem ocenę arystokratki. Powróciła do obserwacji zamaskowanych, zwłaszcza że, spoglądając za słowami Violi pod scenę, dostrzegła tam kolejnego.

 

Skupiona na maskach, nie zareagowała od razu na pytania, powoli jednak sens zamiarów Serkonki zaczął dobijać się spod rozważań zawodowych. Alva czujnie spojrzała na pannę Fusaro, najpierw jeszcze z zupełnie neutralnym spostrzeżeniem, że dziewczyna z południa mogłaby spodobać się jej bratu. A tymczasem... Mimowolnie uniosła lewą brew w zdziwieniu, które szybko przerodziło się w krótkie, milczące niedowierzanie.

Na Pustkę! Choćby w ramach zupełnej abstrakcji zakładać, że wywołanie skandalu nie zaszkodziłoby misji... Zakładając dodatkowo, że wieści nie dotarłyby później na Tyvię...

Nie!

Ludzie są dziwni, pomyślała.

Pomijając zapędy do wspólnego pląsania po parkiecie (oby tylko!) Viola wydawała się całkiem sympatyczną kompanką. Z tym szczerym uśmiechem, z tą pustą lampką wina wypitego duszkiem prawdopodobnie dla kurażu, nawet z tą odważną, choć trafioną jak kulą w płot propozycją... Prosto z mostu.

-          Wybacz. Nie jestem zainteresowana w *taki* sposób – Alva potrząsnęła przecząco głową – Przykro mi. Nie. – stwierdziła absolutnie szczerze - Ale... Powodzenia...  Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj dziewczynę do tańca. I dziękuję -  uśmiechnęła się całkiem po ludzku, z niejakim zakłopotaniem, trochę bardziej smutnym zdecydowaniem, ale też szczerym wyrazem wdzięczności za  podpowiedziane przy okazji doraźne rozwiązanie w kwestii śledztwa.  Nic przy tym nie zmieniało, że Alva mimo wszystko wolałaby, żeby okazało się ono wręcz chybione i nic nie znaczące.

Pożegnała Violę  uprzejmym skinieniem, aby pójść w kierunku obranego celu. Wprawdzie instynkt odrzucał ją już od samej idei pomysłu, który  zdecydowała się właśnie wcielić w życie, ale ruszyła od razu, z myślą, że chyba podobnie musiał się czuć piękny karosz na Morley nakłaniany do współpracy z ludźmi naznaczonymi magią.

Rozglądając się odruchowo w poszukiwaniu dodatkowych śladów, pomyślała jeszcze, że to dobrze, iż grają walca. Nie było przecież nic prostszego...  Rytm muzyki pomagał szybciej, energiczniej stawiać kroki,  pomimo wątpliwości, które odzywały się chłodnym dreszczem obawy. Skoro jednak miejsce gromadzenia się potrójnych masek leżało poza zasięgiem przeszukania, Alva musiała się skupić na tym, co w swoim zasięgu ma.

Podejść i sprawdzić, kto kryje się pod jedną z tych groteskowych zasłon. 

„To przecież cholerny bal. Bal! Tylko bal.”

Stawała już przecież przed dużo większymi wyzwaniami... Cóż, przynajmniej obiektywnie większymi, niż poproszenie do tańca dziwnie niepokojącego człowieka w wyjątkowo paskudnie kojarzącej się masce.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

MTEOYh0.png

Maksim Olgovich Aristov

 

Esma...

 

Krok, krok, obrót.

 

Mercer...

 

Raz - dwa - trzy.

 

Kongregacja? Brawo, moja słodka.

 

Melodyjne dźwięki wygrywanego przez orkiestrę walca z ujmującą elegancją sunęły pomiędzy parami tańczących gości, starając się zjednać ich ciała i umysły unoszącym się w powietrzu aromatem energetyzującej, romantycznej nostalgii. Maksim Olgovich, będący synem kobiety, która w swojej tyvijskiej krwi miała zakodowaną miłość do wszelkich tańców, instynktownie wyczuwał wpisany w utwór zamysł, prowadząc swoją partnerkę tak, jakby podejmowanymi kolejno krokami wpisywali się w tradycyjny - żeby nie powiedzieć odwieczny - rytuał żegnania Starego i witania Nowego. I chociaż daleko mu było do tej iskry talentu Raisy Petrovny, która zawładnęła duszą jego ojca, wpajane przez lata w domu i na niezliczonych przyjęciach ruchy pozwoliły mu uzyskać dokładnie to, czego w owej chwili tak bardzo potrzebował.

 

Miłej dla oka wyuczonej precyzji, pozwalającej roztaczać iluzję pełnego zaangażowania w taniec.

Specjalnie dla Ivette, zamaskowanej Tajemnicy i reszty świata.

 

Podczas gdy ciała Maksima i jego partnerki obracały się w arystokratycznym, kontrolowanym tempie, umysł mężczyzny pracował na zupełnie odmiennych, intensywnych obrotach. Zwłaszcza po uzyskaniu nieświadomego wsparcia z całkiem niespodziewanej strony.

- Grzeszki kongregatów... Pamiętasz tytuł tej sztuki?  - mruknął półgłosem, w którym kryło się autentyczne zainteresowanie, w rzeczywistości daleko bardziej oddające zaintrygowanie Maksima zastanawiającym powiązaniem niż właściwą treścią tego konkretnego przedstawienia. Biorąc pod uwagę wyczulenie Kongregacji Wszechludzi na swoim punkcie oraz działalność, skądinąd łagodnej, ale mimo wszystko obecnej w życiu publicznym cenzury państwowej, trudno było spodziewać się po spektaklu przemycania czegoś więcej niż zwieńczonej pozytywnym morałem sztampowości. Chociaż... - Musiała być doprawdy emocjonująca... Skoro wspominasz kawałek gipsu zamiast komentować kreację gospodyni... - spoglądając po kolejnym udanym obrocie prosto w oczy rudowłosej artystki, obdarzył ją wyrazem zaciekawionej, rozbawionej empatii. Dokładnie takiej, która miała w swoich założeniach pozytywnie bagatelizować niepokój partnerki, jednak nie ucinać samego tematu rozważań. Zwłaszcza, że pewne kwestie wymagały należytego dookreślenia.

- Może to ta sama maska?... Głowa prosto, Ivette... Chyba nie chcesz, żeby cię porwał do tańca? - Aristov, wprawnym okiem wyławiając spośród falującego tłumu osoby Rakeli (i wniebowiziętego Gordona), Hansa (jak zwykle grzecznie, u boku małżonki) oraz Prestona (i to z jaką partnerką! Interesujące... a także, znając Jenkinsa, trochę niepokojące...), doskonale zdawał sobie sprawę, że przynajmniej on i Autum kontrolują sytuację na tyle, aby przystopować ciekawskie spojrzenia Ivette. - Jako artystka na pewno masz pamięć do takich szczegółów... A ja tak łatwo nie odpuszczę. Wiesz, że lubię opowieści z dreszczykiem... i twoją gęsią skórkę. 

 

Wyczuwając, że intonowane przez orkiestrę dźwięki walca zbliżają się do swojej finałowej kulminacji, Maksim Olgovich mocniej i pewniej ujął swoją partnerkę, prowadząc ją przez taniec z jeszcze większą werwą niż dotychczas. I chociaż nie przypuszczał, żeby ktokolwiek inny na tej sali poza szóstką wtajemniczonych osób mógł dostrzec wypalony na lewej dłoni Znak (niestety, noszenie rękawiczek nie zawsze jest możliwe), zarazem przejawiał doskonałą świadomość, że podlegają nieustannej, intensywnej inwigilacji.

Chociażby tej najbardziej wścibskiej i bezwzględnej z możliwych - salonowej, towarzyskiej lustracji.

Stąd Maksim Olgovich, przekraczając progi domostwa zaskakująco skromnej gospodyni, postanowił u boku swojej olśniewającej partnerki przybrać przekorną, ale wielokrotnie sprawdzoną taktykę. Tą, która głosiła, że najciemniej jest pod latarnią. W końcu bycie w centrum powoduje, że chociaż jesteś widoczny ze wszystkich punktów okręgu, ty również masz szansę dostrzec każdy z nich.

Chociażby tajemniczego, ubranego w czerń, zaglądającego za kulisy zamaskowanego mężczyznę, którego sama obecność w tamtym - skądinąd strategicznym i widocznym dla straży - miejscu rodziła szereg zastanawiających pytań i wątpliwości. 

Obecność, która - pomijając nawet rewelacje Ivette - kazała Maksimowi intuicyjnie łączyć owe kulisy oraz niedawno oświetlony balkon nicią niepokojącego pokrewieństwa.

 

Czym były trzy twarze maski przy dziesiątkach Esmy Boyle?      

Edytowane przez Deckard

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

5nvMxj8.png

Dr. Gregor von Faust

 

Ze spokojem wpatrywał się w pełną nienawiści twarz ukochanej. Widać jego słowa nie były dla niej zbyt przekonujące, musiał przyznać, że tego typu sytuacje nie były dla niego nowością. Uznał, że przekonanie jej do opuszczenia uroczystości graniczy z cudem, a nawet jeśli dałaby się przekonać, czy nie było już za późno? Musiał więc zadbać o jej bezpieczeństwo neutralizując potencjalne zagrożenie. Kiedy Lady Boyle wyszła na scenę Doktor bardzo się zawiódł.

- Co za paskustwo... - wyszeptał pod nosem, jednak na tyle głośno, że najbliższe otoczenie było wstanie usłyszeć dokładnie każde słowo. Rzecz jasna nie chodziło mu o samą Lady, a o jej ubiór. Ukryła swoje idealne ciało pod tymi białymi szmatami. Wielka szkoda, co prawda ujrzenie Esmy Boyle nie było dla niego celem wizyty, ale niewątpliwie myśl o tym ułatwiała mu przecierpienie całej uroczystości. W spokoju wysłuchał przemówienia, nie skupiając się na jego treści. 

 

Po zapaleniu się świateł szybko znalazł wzrokiem Elise, a następnie doznał niemiłego spotkanie z zamaskowanych gościem. Następnie ujrzał kolejnego mężczyznę w takiej samej masce. Biała królowa została uwolniona, a pionki ruszyły do przodu. Agresywny Gambit Królewski. Było by znacznie łatwiej dla czarnych, gdyby figury zawitały na pole, pomyślał rozglądając się za pozostałymi Krukami. Postanowił, że spróbuję działać sam, podszedł do szwedzkiego stołu poszukując jakiegoś niealkoholowego napoju, jednocześnie w trakcie poszukiwań odwrócił się mężczyzny, który chwilę tego pchnął von Fausta.

- Pan z obsługi balu? Będę chyba musiał donieść do Lady Boyle, że jej pracownicy nie znają podstaw kultury osobistej.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

DaenmEq.png

Rakela White

 

Wszystko było jak należy. Suknia była taka jak trzeba, zasłaniając i odsłaniając co należy. Była zachwycona zamysłem krawcowej, której przekazała jedynie kolor i długość. Cała reszta to było pokrewieństwo umysłów. I spostrzegawczość, chyba znalazła źródło swoich sukni na długo.

Do tego partner oszczędził jej konieczności rozmowy, skupiając się na niezgnieceniu jej placów. Za obie okoliczności była wdzięczna losowi.

Walc był prosty, choć większość gracji zawdzięczała doświadczeniu w obserwacji ludzi. Znała kroki od serca, choć nieczęsto miała okazję tańczyć z kimś, z kim byłoby to przyjemne. 

Ale nie czas było na bezsensowne rozważania. Nie był to czas na głupoty. 

 

Piruety i obserwacje. 

Krok w przód, krok w tył. 

Wypatrywała czegokolwiek w tłumie, ale gdy ją ujrzała, zaraz musiała znów się obrócić, by dojrzeć kolejne maski. 

Kolejny manewr, by nie zostać wprowadzona w inną parę. 

Obrót. 

Kto potrzebował maski, jeżeli i tak dla większości obecnych był tylko ładną buźką bez rozumu? 

Kto potrzebował dobrze się bawić, jeżeli miał zadanie? 

 

Wykonała kolejny krok, w myślach ganiąc się. 

Skąd wziął się jej dzisiejszy cynizm? Czy to dlatego, że pierwszy raz widziała Kruka, który naprawdę miał własne życie? 

Nie powłoczkę. Nie piękną iluzję. Nie biznes i tanią rozrywkę. 

I to nie była jej sprawa. Nie obchodziłoby jej to w ogóle, gdyby jej towarzystwo teraz nie było tak męczące. 

Krok w przód, krok w tył i człowiek maski w tym samym miejscu gdzie był. 

Czy to nie cudowna metafora jej życia? 

 

Wreszcie, gdy myślała, że bezmyślna masa ją pochłonie, w zakończeniu melodii znalazła swój ratunek. 

- Bardzo dziękuję za wspólnie spędzony czas, Ser Gordonie, ale nie byłoby w dobrym guście by dama spędziła zbyt wiele czasu w towarzystwie jednego dżentelmena, jeżeli nie przybyła z nim - powiedziała grzecznie i z ukłonem odeszła, z rozmysłem wchodząc w tłum nim podeszła do czekoladowej fontanny... do której Maks planował wskoczyć za dwa tańce. Szkoda, że nie dosłownie. To byłoby ciekawe urozmaicenie tego balu. 

Sięgnęła po wodę, która na balu bogatych oczywiście nie mogła być jedynie wodą, a musiała być pełna kawałków owoców wrzuconych do dekoracji. Udając, że poświęca czas na znalezienie czegoś do jedzenia, tak naprawdę lustrowała otoczenie. Pobliska maska, pobliskie Kruki. 

Miała jeden nóż, który długi dół suknie dobrze ukrywał. Ale i tak nie mogłaby go użyć publicznie, nawet jeżeli maski czegoś naprawdę spróbują. Pozostaje jej czujność. 

Wypiła łyk słodkiej wody, myśląc, że dużo lepszą osłodą byłaby świadomość co się dzieje. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

vhPqSYl.png

Hans Wetter

 

Wystąpienie lady Boyle przebiegło zupełnie inaczej, niż Hans się tego spodziewał. Naturalnie nie miał solidnego punktu odniesienia, nigdy wcześniej nie słyszał przemowy Esmy Boyle z okazji balu Uczty Zatracenia - ale po najbardziej próżnym spędzie najbardziej próżnych ludzi w mieście można oczekiwać pewnych... standardów. A tymczasem wszystko było na opak.

Hans zastanawiał się nad uwagą żony. Obserwacja, oczywiście, była taka sama, ale wyciągnięte wnioski nie pasowały mężczyźnie. Być może faktycznie to tylko taka gra pozorów, może wśród arystokracji modne jest zestawianie silnych przeciwieństw, stosowanie wyraźnego, nachalnego wręcz kontrastu. Nie miało to pełnego pokrycia w jego dotychczasowych przeżyciach z arystokracją, choć wykluczyć zupełnie się nie dało - wszak do kontaktów takich dochodziło zazwyczaj w warunkach bardziej neutralnych, nie zaś w samym sercu naturalnego środowiska bogaczy. Właściwie hipoteza wysunięta przez Sharon była całkiem prawdopodobna: zupełnie logiczna, oparta na racjonalnych przesłankach, możliwie prosta i nie mnożąca bytów ponad miarę. W odmiennych okolicznościach by się z nią zgodził, choć nie mógłby odmówić sobie przyjemności zaproponowania innego potencjalnego wyjaśnienia. Teraz jednak był w pracy, a główne zadanie wieczoru, nie licząc oczywiście udawania normalnego gościa i czerpania jak najlepszej zabawy, polegało na wyszukiwaniu nieprawidłowości. Zaś sytuacja, w której organizatorka przyjęcia mówi o grzechu i sumieniu, a trzy znane osoby zostają kilka dni wcześniej porwane, zaś jedyne co je łączy, to otrzymane zaproszenie na wspomniany bal oraz łamanie Siedmiu Zakazów, zdecydowanie nosi wszelkie znamiona nieprawidłowości.

Wszyscy? Na Kongregację, mam szczerą nadzieję że nie, dla ich własnego dobra. Całe życie być otoczonym przez hipokrytów, to dla każdego, nawet dla jednego z nich musiałoby być nie do wytrzymania - odpowiedział z uśmiechem, podążając za wytyczonym przez żonę kierunkiem tańca. - Ale mam wrażenie, że to nie o hipokryzję chodzi, a przynajmniej nie tylko. Zwróć uwagę, że te przekąski i fontannę wszyscy widzą, nie da się ich przeoczyć; zatem mówić o nich byłoby chyba w złym tonie, takie obnoszenie się, pycha. Zresztą może to dla tych ludzi żadna atrakcja, a zachwyt budzi tylko w takich maluczkich jak my... chociaż ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być aż tak obrzydliwie bogaty, ale kto ich tam wie. W każdym razie ja pomyślałem, że lady Boyle mówi akurat o czystym sumieniu, bo to jedyna rzecz, jakiej zgromadzonym może brakować.

 

Pierwszy taniec mieli za sobą. To zdecydowanie mniej, niż Hans by sobie życzył, ale też więcej, niż w najczarniejszym scenariuszu przewidywał. Czyli w sam raz tyle, ile potrzeba aby pomału zabierać się do pracy. Jeszcze nie z pełnym zaangażowaniem, wciąż więcej uwagi poświęcając żonie niż służbie Cesarstwu, choć proporcje te z każdą kolejną minutą coraz bardziej się wyrównywały i wiedział, choć niechętnie, że lada moment to Sharon zejdzie na drugi plan. Wykonując kolejny obrót dostrzegł ponownie Maksima i Rakelę, oboje pogrążonych w tańcu z nieznanymi Wetterowi osobami. Dobrze wiedzieć, że ci spośród Kruków, po których można się spodziewać największego obycia na arystokratycznych balach, zajmują się dokładnie tym samym, co on. Chwilę później gdzieś w oddali mignął mu Preston, również roztańczony. Pozostałej dwójki agentów na parkiecie się w żadnym wypadku nie spodziewał, pozostawało mieć nadzieję, że są gdzieś w pobliżu i trzymają ręce na pulsie. Kolejny obrót, jest i Alva Lazarev, zmierza na parkiet. Obrót.

Odwrócił głowę w poprzednim kierunku. Oczywiście myśl, że tropicielka zmierza na parkiet by zatańczyć była absurdalna, zatem albo coś się stało i chce przekazać informacje, albo idzie gdzieś indziej, a jedynie w zbliżonym kierunku. Rozejrzał się uważniej i znacznie dyskretniej, wszak podczas tańca zwracać się potylicą do żony było niegrzecznie. Wciąż jednak nie widział niczego, co mogło przykuć uwagę Tyvijki. Jaskrawo, wręcz krzykliwie odziana dama? Podstarzały dżentelmen, któremu chyba coś wybrzuszało frak? Jegomość pod sceną z niepokojącą potrójną maską na twarzy? Olbrzymi landszaft zdobiący ścianę? Może kelner, który przechodził właśnie przez salę bez żadnej tacy czy naczynia?

Nie sposób stwierdzić, to mogło być cokolwiek. Najwyraźniej jednak nic bardzo pilnego, zdecydował więc się nie angażować. Obrót. Drugi jegomość w potrójnej masce, również przy wyjściu z głównej sali. Zbieg okoliczności, masowa produkcja? Być może. Czy to do tamtego przy kulisach zmierzała Alva? Również być może. Czy była to nieprawidłowość? Zdecydowanie. Wetter kontynuował taniec, od czasu do czasu zerkając w kierunku zamaskowanego mężczyzny przy drzwiach. Wchodzili z naprzeciwka, czyli te wrota muszą prowadzić wgłąb posiadłości. Są zamknięte, więc zapewne takie mają być, zresztą były przecież pilnowane przez strażników.

Były?

Zaraza.

Umysł w mgnieniu oka wskoczył na wyższe obroty. Co ma z tym niby zrobić? Stanie przy drzwiach to żadna zbrodnia, każdy może przecież stać do woli. Czekać aż wejdzie, iść za nim? A co jeśli ktoś go przyłapie, albo w środku będzie więcej tych zamaskowanych. Co jeśli mają broń? Z drugiej strony nie może tego zostawić, czekać na rozwój wydarzeń. To nie jest przypadkowy rabuś czy ciekawski gość, tylko ewidentny trybik większego, starannie rozplanowanego mechanizmu. Znaleźć kogoś z ochrony, powiadomić go? Jasne, w innych okolicznościach to byłby najlepszy wybór. Tutaj jednak to Hans był ochroną i to tej wyższej instancji, nie mógł sobie pozwolić na przerzucanie odpowiedzialności. Może powiadomić Jenkinsa, zaczekać aż zamaskowany wejdzie, a potem podążyć za nim mając za ubezpieczenie najcelniejszą rękę Dunwall? Tak, to brzmiało jak solidny, bezpieczny plan. To znaczy brzmiałoby, gdyby nie ich partnerki, szczególnie partnerka Prestona. Sharon mógł zaufać, ale tamtej nie znał, nie wiedział nawet jak dobrze Preston ją zna. Ile czasu zajmie oderwanie rewolwerowca od atrakcyjnej brunetki? Być może zbyt długo, odpada. Jeśli wchodzić do pomieszczenia, to od razu za zamaskowanym, albo jeszcze przed nim. Ale bezpieczniej samemu w ogóle nie wchodzić. Co zatem zostaje? Nie dopuścić tamtego do wejścia. Co Krukom to da? Nic. Ale zamaskowanym na wejściu zależy, gość przy drzwiach ewidentnie chce przez nie przejść albo stoi na straży i ubezpiecza kogoś, kto już przeszedł. I to nie dlatego, że ma taki kaprys, tylko dlatego, że jest to część większej akcji, a jego obecność po drugiej stronie jest najwyraźniej do czegoś niezbędna. Do czego? Nie wiadomo, ustali się później. Ale zapewne dobrze dla Cesarstwa i jego mieszkańców, żeby plan nie został zrealizowany, napotkał na jakąś nieprzewidzianą przeszkodę. Uszkodzenie jednego trybiku zazwyczaj wystarcza, aby zakłócić pracę całej maszyny. Nie ma zaś takiego trybiku, który by się nie zepsuł, gdy wsadzić weń metalowy pręt.

Hans nie mógł powiedzieć, żeby był zadowolony z planu działania. Był chaotyczny, niepoukładany, zawierał luki. Należałoby go zrewidować, upewnić się, że wszystkie możliwości są wyczerpane, lepszego wyjścia nie ma, a ewentualne przeszkody, jakie może napotkać, są w planie uwzględnione. Nie miał jednak na to czasu, był zmuszony iść na żywioł. Jedyne, czego był absolutnie pewny, to pierwszy krok.

- Widzisz tego jegomościa w potrójnej masce, tam przy drzwiach? - Ruchem głowy wskazał Sharon mężczyznę, na którego właśnie teraz oboje mieli przez chwilę dobry widok. - Gdy skończymy walca, będę musiał natychmiast do niego podejść. Będziemy musieli -  poprawił się zaraz. - Sprawy służbowe, rozumiesz  - uśmiechnął się przepraszająco. - Nie jestem pewny ile czasu to zajmie, więc w drodze do niego nieco rozjaśnię o co chodzi i co w razie czego powinnaś zrobić.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

sZAa3ND.png

Preston Jenkins

 

Moment zatrzymania muzyki był dość specyficzny, chociaż faktycznie, moment w którym to się wydarzyło był niefortunny, nie była to główna myśl Prestona. Gasnące światła były jego głównym zmartwieniem, w końcu w ciemności nie widział, więc teraz o wiele trudniej było dostrzec cokolwiek. Chociaż pewnie uwaga miałabyś skupiona teraz na Lady Boyle, to okolica i tak była bardziej interesująca dla Kruka.

 

Tak na prawdę do zwrócił na swoją gospodarz wzrok dopiero gdy ta zaczęła mówić, a i tak była to jedynie część jego uwagi. Zastanawiało go jednak sposób w jaki mówiła o samej uczcie. Określenia takie jak "grzesznego" i "niepowtarzalnego" w szczególności. Może cała sprawa z mordercą sprawiły, że chciała przestać być potencjalną ofiarą? Potem do listy rzeczy z przemówienia które wyłapał dołączyło jeszcze "czyste i spokojne sumienie". Chociaż o samej Lady Boyle nie wiedział zbyt wiele, no może poza tym co było rzeczą powszechnie wiadomą, to całość mu zwyczajnie śmierdziała.

Wykonał jeszcze szybką mentalną notkę, aby przeanalizować te słowa później, albo kogoś przepytać.

 

* * * * *

 

Kombinacja niepamiętania ruchów, ze skupieniem na otoczeniu nie pomogła w tańcu. Chociaż przynajmniej był w tańcu prowadzony przez swoją niezwykle utalentowaną towarzyszkę. Miał nawet przez moment wrażenie, że całą sytuacje tylko pogarsza, sprawiając, że jej zjawiskowy pokaz przyćmiewany jest przez takie beztalencie jak on. Chociaż w głębi duszy czuł, że taniec był tylko sposobem na wyciągniecie informacji.

 

Zresztą nie mylił się.

 

Padło oto pytanie, o obowiązki. Pytanie na które nie mógłby odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Z wielu powodów. Przed odpowiedzią rozejrzał się jeszcze po sali, łapiąc kątem oka stojącego przy drzwiach osobnika w dziwacznej masce. Tam gdzie na pewno stał wcześniej strażnik. Kolejna rzecz warta uwagi. Istotna i zanotowana w jego umyśle.

- Moim głównym obowiązkiem jest swego rodzaju obserwacja - odpowiedział z uśmiechem. Ale wiedział, że padnie kolejne pytanie, więc zamierzał je uprzedzić. - Na przykład, zauważyłaś, że przy drzwiach stało najpierw dwóch ludzi, gdy rozmawialiśmy tylko jeden, a teraz jest tam osobnik w masce? - zapytał tajemniczo i zdecydowanie ciszej, tak jakby starając się aby tylko jego partnerka zdołała go usłyszeć.

 

Po tych słowach postarał się w jakiś sposób poprawić swój słaby pokaz taneczny, a wraz z tym, znak na jego ręce zareagował. Oczywiście, jego partnerka by tego nie dostrzegła. Jednak sam Preston poczuł jak w jego kieszeni pojawia się żeton.

 

Niestety, magia nie pomogła, bo mimo poprawienia swoich zdolności, jego nogi dalej się mieszały, ba, potknął się. Puszczając na moment partnerkę. Jedynym powodem dla którego ustał, było to że był naturalnie zwinny.

 

Po tym zostało mu tylko uśmiechnięcie się, zupełnie jakby to go rozbawiło.

- Proszę mi wybaczyć. Zupełnie nie nadaję się do tańca - oznajmił nieco żartobliwie.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Alva Lazarev

 

Viola wydawała się niezrażona odmową tropicielki. Potrząsnęła głową, jakby dawała znać, że rozumie. 

Za szybko z tym wyskoczyłam, co? - westchnęła i była w tym westchnięciu dezaprobata dla własnej nadgorliwości. - Cóż, nigdzie się nie wybieram. Gdybyś miała ochotę porozmawiać... - rozłożyła szeroko ręce. - Jestem tutaj.

Ale Alva nie była tutaj przecież dla pogaduszek. Miała pracę i to na niej postanowiła się skupić.

 

Mężczyzna w masce dostrzegł ją, gdy przechodziła obok parkietu. Wiedziała to, choć przecież nie mogła dostrzec jego spojrzenia. Skinął w jej kierunku, gdy tylko zbliżyła się na tyle, by wiedzieć, że to skinienie skierowane jest do niej.

To nie jest miejsce dla ciebie. - odparł tonem nieco zdenerwowanym, przytłumionym materią maski, a tropicielka nie mogła z całą pewnością zawyrokować, czy to spostrzeżenie dotyczy jej obecności przy kulisach, czy w ogóle na balu.

Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, przez drzwi, które - tak jak przypuszczała - znajdowały się za krwawobordową kotarą przesłaniającą ścianę za sceną - wyszło trzech zamaskowanych jegomościów. Musieli zejść tutaj z balkonu.

Ależ przeciwnie. - odparł ten, który prowadził dziwny pochód. Przywódca bandy? - To doskonałe miejsce dla niej. 

Mężczyzna, który ją przywitał chrząknął coś cicho i niezrozumiale.

Panno Lazarev, zapraszam. Czekaliśmy na panią. - wskazał jej drzwi, przez które dopiero co przeszli. - Na wszystkie pytania odpowiemy na miejscu, więc nie ma sensu teraz strzępić języka. - dodał jeszcze, gdy drugi z zamaskowanych ustępował jej drogę.

 

 

Maksim Olgovich AristovRakela White i Gregor von Faust

 

Ivette zmarszczyła nos usilnie próbując przypomnieć sobie tytuł sztuki. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, dokładnie tak jak ciało, które wykonywało kolejne piruety. - To był dziwny tytuł. Nie spodziewałam się, że będzie o Kongregacji. - zaczęła, ale najwyraźniej wciąż jeszcze nie mogła skojarzyć nazwy przedstawienia.

Maksim jej nie pospieszał. Zdawał sobie sprawę, że, gdy przychodzi do myślenia, Ivette po prostu trzeba... dać czas. Wiedział jednak, że jego partnerka myślała.

Myślała, kiedy opuszczali parkiet, by skierować się w stronę fontanny i zatrzymała się nagle, w pół kroku, z wyrazem absolutnego szczęścia, wypisanym na twarzy. - Wiem! - oznajmiła tak donośnie, że pokaźnych rozmiarów dama z małym pieskiem na rękach, zmierzyła ją zdegustowanym spojrzeniem. - "Jak we śnie"! Spektakl nosił tytuł "Jak we śnie".

Maksimowi wydawało się, że coś kiedyś o tym czytał. Albo może ktoś mu mówił? W każdym razie, była to adaptacja sztuki jakiegoś mniej znanego, Morleyskiego pisarza. Nic więcej jednak skojarzyć nie potrafił.

 

Mattheus Gordon spojrzał na Rakelę w taki sposób, jakby własnie dostał kosza. Pomyślał, że rzeczywiście musiał fatalnie tańczyć. Ale jeszcze szklaneczka whiskey lub dwie i będzie prawdziwym wymiataczem na parkiecie. O tak! A wtedy na pewno ta rudowłosa piękność mu się nie oprze. 

Ciemnoskóry mężczyzna odprowadził malarkę spojrzeniem, zapowiadając, że jeszcze odbije ją kolejnemu szczęściarzowi na tym balu, i roztaczał w myślach marzenia o tym, jak Rakela White pozbywa się swojej sukni.

 

Na szczęście dla Autumn, nie czytała ona jednak w myślach Mattheusa Gordona i mogła spokojnie udać się w kierunku fontanny, po drodze uważnie lustrując otoczenie.

 

Do fontanny dotarli niemal równocześnie, natychmiast dostrzegając doktora Gregora von Fausta, rozmawiającego z zamaskowanym jegomościem. Znaczy, widzieli, że Gregor coś mówi, z naturalnych przyczyn nie mogli jednak zaobserwować czy jego interlokutor porusza ustami. Zdali sobie z tego sprawę dopiero, gdy znaleźli się na tyle blisko, by usłyszeć jego odpowiedź.

Obsługa? Nie, skądże. - głos miał przytłumiony, ale mimo tego, lekarz zdawał sobie sprawę, że się uśmiecha. - Po prostu zapatrzyłem się na jedną z tych pięknych dam. - odparł, a spojrzenie jasnoniebieskich oczu w otworach maski przeszywało nieprzyjemnie rozmówcę. 

- I, na Wszechświat, nie rozpoznałem pana! Doktor von Faust? Pójdzie pan ze mną. Wszyscy pójdziecie. - spojrzał w kierunku zbliżających się do fontanny Rakeli i Maksima, którzy słyszeli odpowiedź jegomościa. 

Oczywiście, poza tą damą. - wskazał na Ivette. - Ona nie ma zaproszenia.

Ivette spojrzała na mężczyznę z absolutnym oburzeniem i złapała Maksima mocniej za ramię. Było w tym coś wojowniczego. - Wypraszam sobie! Jestem z Maksimem Olgovichem Aristovem.

 

 

Hans Wetter

 

Walc się skończył, a Sharon nie wydawała się zachwycona pomysłem męża. Nie zamierzała jednak oponować, wszak wiedziała na co się pisze, towarzysząc Hansowi na tym balu. Nie zmieniła to jednak faktu, że patrzyła na zamaskowanego mężczyznę przy drzwiach z wyraźnym dystansem. Och, to była mina, którą doskonale znali jej studenci: mina zwiastująca, że zaraz powie to, czego żaden z nich nie chciał usłyszeć. Dwa krótkie, ale jak upiorną trwogę budzące słowa: termin poprawkowy.

 

Hans zdał sobie sprawę, że mężczyzna na nich patrzy. Niby, przez tę nieszczęsną, trójtwarzową maskę, nie mógł tego wiedzieć z całą pewnością, ale po prostu zdawał sobie sprawę, że tak jest. I równie szybko zdał sobie sprawę, że się nie mylił. Tajemniczy jegomość ukłonił się im, wskazując drzwi.

Hans Wetter. - to nie było pytanie. To zdecydowanie nie było pytanie. - Proszę za mną. Ona już czeka. - wyjaśnił lakonicznie i zogniskował spojrzenie na Sharon. - Sam. Pani nie otrzymała zaproszenia.

Żona Hansa spojrzała na niego pytająco. Nie chciała mieszać mu w sprawach zawodowych, ale bez dwóch zdań ten mężczyzna w kuriozalnej masce po prostu sobie grabił.

Tymczasem zamaskowany jegomość zapukał w drzwi. Gristolczyk zauważył jak potężne, jak na drzwi wewnętrzne, wrota uchylają się z cichym skrzypnięciem. Nie dostrzegł jednak, co dokładnie się za nimi znajduje - nie były jeszcze otwarte na tyle, by coś dostrzec. Poza tym, że korytarz za nimi wydawał się skąpany w mroku.

 

Preston Jankins

 

Alma była ujmująca. Uśmiechała się do niego szeroko, promiennie w momentach, w których wiele innych kobiet spłonęłoby ze wstydu, zdając sobie sprawę z nikłych umiejętności tanecznych swojego partnera. - Nie mam ci czego wybaczać, Prestonie. - odparła nonszalancko, wykonując kolejny (idealny!) obrót. - I nie, nie zauważyłam. Zbyt zajęta byłam twoim towarzystwem. Widzę to dopiero teraz. - znowu się uśmiechnęła, ale tym razem to bystre spojrzenie, którym go obdarzała, powędrowało w stronę drzwi.

Interesujące. - skwitowała, kiedy Preston, podążając za przykładem innych par, ujął dłoń Almy i złożył na niej pocałunek, zwiastujący koniec walca. - Mam na myśli twoje zdolności obserwacji. - wzięła go pod ramię w momencie, kiedy rewolwerowiec dostrzegł, że Hans Wetter i jego małżonka zmierzają w stronę zamaskowanego mężczyzny przy drzwiach.

A więc nie tylko on go zauważył?

Byłbyś wspaniałym nabytkiem dla mojej gazety. - szepnęła mu do ucha w taki sposób, jakby wyjawiała najściślej strzeżoną tajemnicę. Czuł jak jej oddech łaskocze mu ucho. Trwało to tylko chwilę, bo już po sekundzie Alma dodała normalnym głosem i z normalnej odległości. - To co, podejdziemy tam i sprawdzimy jaki jest powód tej szarady przy drzwiach, mój obserwatorze? 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz