Egzio

The Book of Immortals (Egzio)

16 postów w tym temacie

Napisano (edytowane)

6aHnaVJ.png

 

ZkrNJLm.png

 

 

 

Wszystko zaczęło się w Nowym Jorku, 30 czerwca 2019 roku.

Ponad dwadzieścia dni, od zatwierdzenia kontrowersyjnej ustawy regulującej działalność superherosów.

W tym miejscu rozpoczyna się historia wyjątkowych bohaterów, którzy przypadkowo wplątali się w szereg wielu dziwacznych zdarzeń.

 

rainynycs.jpg

 

Muzyka

 

The Book of Ismael

 

Około pół roku temu Nowojorskie gazety pisały o odzianym w ciężką zbroję rycerzu, który oznajmił, że przybył do XXI wieku z roku 873 na zlecenie wielkiego proroka aby powstrzymać nadciągające siły ciemności. Prędko obwołano go najbardziej absurdalnym herosem działającym na terenie USA, tego samo dnia stał się też największym pośmiewiskiem Internetu. Sieć zaroiła się od przeróbek i dowcipów z udziałem rycerza z przeszłości. 

W rzeczywistości nazywał się Shay Lee, i do 2017 roku piastował stanowisko dyrektora Nowojorskiego szpitala. Przeszedł na wczesną emeryturę, a odbiło mu dopiero dwa lata później. 

Ismael jako ratownik medyczny miał okazję kilkukrotnie spotkać niesławnego Shay'a Lee, który przedtem był budzącym respekt staruszkiem potrafiącym ustawić wszystkich pracowników do pionu, a który dziś stał się obiektem drwin całego personelu szpitala.  

Nikt nie zdziwił się, kiedy po tym jak zakazano superbohaterom prowadzenia działalności, Shay Lee odziany w ciężką zbroję nie tylko nie zaprzestał przebierać się za średniowiecznego rycerza, ale stało się o nim wówczas jeszcze głośniej niż do tej pory. ,,Rycerz'' nie uważał się za superbohatera, w związku z czym sądził że rządowy zakaz go nie obowiązuje. Kiedy odgrażał się że zacznie używać przemocy wobec funkcjonariuszy prawa, wzbudzał w mediach co najwyżej uśmiech politowania. 

 

Zgłoszenie przyszło z samego rana, dziesięć minut po tym jak Ismael zjawił się w pracy. Przydzielony mu partner,  Thomas Stevenson, trzydziestolatek z dziesięcioletnim stażem ratownika medycznego zdawał się nie być pewien, czy może wybuchnąć śmiechem w towarzystwie młodszego Ismaela. Otóż, doszła do nich informacja że Shay Lee przewrócił się, próbując przeskoczyć murek. Zrobił to dzień po tym, jak zainwestował w jeszcze cięższą zbroję, aby być skuteczniejszym w swojej walce zarówno z siłami ciemności jak i stróżami prawa. Ponoć na miejscu próbowało go podnieść trzech rosłych mężczyzn, ale Shay okazał się być zbyt ciężki.

Ismael jechał karetką ulicami Nowego Jorku w wyznaczone miejsce, Thomas zaciskał zęby, próbując zachować poważny wyraz twarzy. Wytrzymał ledwie dwie minuty, po czym parsknął głośnym śmiechem.

Jeszcze pięć lat temu szczałem przed nim po porach, dasz wiarę? - zapytał Ismaela - Jak przechadzał się korytarzem, to miałem wrażenie że zaraz wszyscy zaczną mu salutować. Taki z niego skurczybyk był. Nie wiedziałem, że typowi może tak mocno odbić.

Zatrzymali się posiadłością, odgrodzoną niskim murkiem i uchyloną szeroko drewnianą bramką wejściową. Z zaskoczeniem odkryli, że na miejscu zjawiła się także policja. Pusty radiowóz znajdował się przed budynkiem.

 

Na trawniku leżał wyposażony w ciężką i grubą zbroję Shay Lee, który jęczał głośno, gdy trzech rosłych mężczyzn próbowało go podnieść. Obok nich bezczynnie stała starsza kobieta, ona jako pierwsza dostrzegła zbliżających się ratowników medycznych. Po policjantach nie było ani śladu. Zbliżyła się ona do Ismaela i Thomasa. 

No nareszcie. Godzinę temu jakiś wariat mi na posesję wskoczył. Synów wezwałam, żeby mi tutaj przyjechali i go podnieśli, no ale nie da rady. Widzicie zresztą sami. - wskazała głową na leżącego na ziemi rycerza - Po policje też dzwoniłam. Zaparkowali tu z bryką, i powiedzieli żebyście tu, jak się zjawicie, poczekali na wsparcie.

- Wsparcie? - Tommy nie krył rozbawienia, staruszka wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem. Przecież to nie moje słowa. - odpowiedziała staruszka - Żaden człowiek nie da rady go podnieść, a jak da, to on się znowu wypieprzy na ten pusty ryj. Takie moje zdanie. Waży z tonę, jak nie lepiej. Pewnie jakiś ciągnik czy koparkę próbują skołować. Chcecie może herbaty? 

Ja podziękuję. - odparł Thomas, spojrzał na Ismaela  - Chcą go aresztować. Mają gościa jak na tacy. Nie wiem, czy powinniśmy interweniować... 

Przeklęte ciało! Moje nadało by się do tego znacznie lepiej! - krzyczał leżący na trawniku Shay Lee - Czy w waszych czasach ktokolwiek posiada ciało godne prawdziwego wojownika?! 

 

75b0eba7f2cc28a2209c15ae9918fd31.jpg

 

 

 

The Book of Steven

 

Przez pewien okres czasu ludzie doszukiwali się przyczyn nieszczęść, które spotykały zżytą społeczność osiedla. Raz doszli do wniosku, że zostali przeklęci przez zmarłą sąsiadkę, która żyła ze wszystkimi w niezgodzie, raz szukali winy w bezpańskim czarnym kocie zjawiającym się na osiedlu raz na kilka dni. 

Choć wśród społeczności znalazło się paru ludzi wykształconych, to nawet i oni zaczęli skłaniać się ku teorii, że mogła tu nastąpić interwencja sił wyższych. Nawet służby miejskie zaczęły określać osiedle jako ,,przeklęte''. 

W ciągu ostatniego miesiąca wydarzyło się wiele, a to raz samochód potrącił sześćdziesięcioletnią pannę Walsh, tam pan Morgan powiesił się w swojej piwnicy, a małżeństwo Robertsonów rozwiodło się. Na wszystkie te wydarzenia nakładał się także szereg mniejszych nieszczęść które w nagromadzeniu doskwierały już każdemu mieszkańcowi osiedla. Wielu zaczęło publicznie ogłaszać, że wkrótce zamierzają się wyprowadzić. Okazję wykorzystali również agenci nieruchomościami, którzy zostawiali w ich skrzynkach pocztowych mnóstwo ulotek i wizytówek. 

 

Stevena nie dotykały one wprawdzie bezpośrednio. Ale chcąc nie chcąc był świadkiem tragicznych i tragiczniejszych wydarzeń rozgrywających się w małej, sąsiedzkiej społeczności. Nawet jego pies zaczął zachowywać się dziwniej, coraz rzadziej podnosił się z kanapy, i jadał mniej. Wizyta u weterynarza wskazała tylko, że jego zdaniem z wiekiem temperament psa uległ zmianie, choć trudno było uwierzyć w nagłą metamorfozę pupila.

Czarny kot pojawiał się regularnie na jego trawniku, sąsiedzi zaczęli proponować Stevenowi, aby otruł zwierzę. Prośby spaliły na panewce, a żaden z sąsiadów nie miał sumienia, aby zrobić to własnoręcznie. Do czasu...

 

Kot zjawiał się zwykle w soboty, w godzinach popołudniowych, Steven zostawiał mu miskę z jedzeniem, a po spożyciu posiłku zwierzę znikało na kolejny tydzień. Nie inaczej było w tym tygodniu, Steven wyszedł na ganek, ale po kocie nie było ani śladu. Zauważył że przed bramą wejściową znajduje się ubrana na czarno kobieta która desperacko próbowała otworzyć bramę, jej lewe ramię krwawiło, a prawą dłonią przyciskała ranę. Podniosła wzrok, patrzyła błagalnie na Stevena.

Nie patrz się jak kołek, pomóż. - warknęła - Twoi sąsiedzi właśnie próbowali zrobić mi z dupy jesień średniowiecza. 

 

436451_1.1.jpg

 

 

 

 

 

The Book of John

 

Jacob Sullivan nigdy nie składał Johnowi niezapowiadanych wizyt. Był tym, którego John spotykał zwykle tylko przy konfesjonale, w domu bożym. Pojawienie się księdza wieczorem, gdy na zewnątrz zapanował już całkowity mrok, a Night Rider miał wkrótce wyjść na ulice, było dla Johna bardziej zaskakujące, niż gdyby pod jego domem miała właśnie zjawić się jego była żona z pudełkiem czekoladek i bukietem róż. 

Tej deszczowej nocy ksiądz Jacob zmókł, doszedł do domu Johna pieszo, zmarznięty i pozbawiony sił, usiadł w kuchni i pozwolił sobie zaparzyć herbatę, trzymając właściciela domu w niepewności, co do celu swojej nagłej wizyty.

Zaczął dopiero gdy zdjął kurtkę, nadpił trochę kawy, i odrobinę wypoczął po wyczerpującym spacerze. Jacob pociągnął kolejny łyk z filiżanki, podniósł wzrok, i przez chwilę mierzył Johna swoim spojrzeniem.

Dzieje się coś złego. Zakazali wam waszej działalności, a wkrótce potem na ulicach Nowego Jorku wydarzyło się wiele złych rzeczy. Ludzie stali się jakby dziwniejsi. - zaczął - Każdy myśli że to oczywiste następstwo decyzji rządu. Bohaterowie zniknęli, więc i tragedii więcej. Ale to nieprawda John, niektórzy ludzie zdają się być już tylko powłokami. Coś wysysa ich energię życiową. Nie potrafię tego ubrać w słowa, to coś co musiałbyś zobaczyć na własne oczy. Badam tę sprawę, przyszedłem tu, bo chcę cię uprzedzić, że wkrótce mogę potrzebować twojej pomocy....

 

Minął tydzień, wkrótce potem Jacob poprosił Johna, aby spotkali się w kościele. Kiedy ten wreszcie zjawił się na miejscu, drzwi były zaryglowane od zewnątrz, Jacob uchylił je dopiero, gdy John zdecydował się napisać do niego wiadomość SMS. Ksiądz zaprosił go do środka i poprowadził w kierunku ołtarza, przy którym modliło się kilkoro wiernych, wśród nich byli głównie młodzi mężczyźni i kobiety.

Przyszli tu błagając o pomoc. - odparł Jacob - Mówią, że ścigają ich mroczne siły. To ma związek z tym, o czym mówiłem ci, gdy przyszedłem do ciebie. Ktoś lub coś krzywdzi ludzi w Nowym Jorku. Ofiarami padają młodzi ludzie, głównie samotni. Z rozmów z nimi wywnioskowałem, że mają pewien element wspólny, wszyscy nie mają bliskich którzy przejęliby się ich losem. Paru imigrantów, samotników, wdów... 

 

Osoby przy ołtarzu odwróciły się, wszyscy przypatrywali się Johnowi z nieufnością. Jacob stanął naprzeciw nich.

To John. Mój przyjaciel. Pomoże mi zapewnić wam schronienie. - wyjaśnił, a następnie poklepał przyjaciela po ramieniu i odprowadził go na bok, tak aby mogli porozmawiać na prywatności - Kościół stanie się celem tych terrorystów. Nie poprzestaną póki ich nie znajdą. Tego jestem pewien, i wiesz John, do czego dążę? - objął dłońmi całą świątynie - Chcę żebyś tu z nami został. Potrzebujemy wsparcia. Nie wiem z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Ale wiem że musimy stawić im czoła, dać im znać że tu jesteśmy. Jeśli nie poznamy zagrożenia, nigdy nie będziemy wiedzieć, jak go zwalczać.

 

009179ec46757ac5dbf0e4fbe1573aac.jpg

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

FK4iaOo.jpg

 Ismael Villacrés

 

Kolejny piękny dzień z życia ratownika medycznego. - Hmmm.. powinienem zacząć spisywać pamiętnik czy coś -  przemknęło Ismaelowi przez głowę.  Odbicie identyfikatora, szybkie przebranie się i można zaczynać pracę. Po 10 minutach, które spędził na rozmowach ze znajomymi, pojawił się wyraźnie rozbawiony Thomas Stevenson. No nieźle, Shay Lee chyba odpadł ostatni trybik w głowie i poszedł pobiegać w za ciężkiej zbroi. No ale zgłoszenie jest, więc trzeba jechać. W karetce prowadził wiec jedynymi odpowiedziami jakie usłyszał od niego Thomas były pomruki lub proste -Aha.-

Na miejscu scenka wyglądał dość komicznie, chociaż obecność policji nie zwiastowała niczego dobrego. Swoją drogą trzeba mieć niezłą siłę żeby chodzić w takiej zbroi. 

- Trzeba Shay'a wyciągnąć z tej zbroi bo się ugotuje.-  powiedział do partnera w odpowiedzi na jego pytanie. - Spróbuj go przekonać do wyjścia z niej. Jest całkiem ciepło i słońce świeci, zaraz to żelastwo zmieni się w piekarnik. Ja idę po wodę i nosze. I skoro już nas wezwali to powinniśmy udzielić mu pomocy, lepiej żeby nie wykitował w tej zbroi bo wątpię że jego ubezpieczenie pokrywa "Śmierć z Odwodnienia w Zbroi" - potruchtał w stronę karetki ignorując wypowiedź Shay Lee

Edytowane przez Gusto

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

yVodTYb.png

Steven Morley

 

- Sąsiedzi? Nie sądzę, żeby... - zaczął, nie kryjąc zmieszania , ale szybko zorientował się, że nie jest to najlepsza pora na dyskusje o moralności jego sąsiadów. Lubił właściwie wszystkich, nawet jeżeli ostatnie wydarzenia sprawiały, że byli nieco podenerwowani, a to odbijało się na kontaktach międzyludzkich. No, ale przecież nieufność wobec obcych nie mogła objawiać się aż tak drastycznie? W końcu byli cywilizowanymi ludźmi...

- Jasne, już idę! - zakrzyknął, biegnąc do bramki - Wchodź, wchodź - powiedział z zatroskaną miną, otwierając bramkę - Co ci właściwie jest? Coś cię boli? Mocno krwawisz? Jakiś bandaż, przeciwbólowe, zimny ręcznik? - wyrzucał z siebie z niesamowitą prędkością, nie zauważając, że właściwie jeszcze nie dał jej chwili, żeby mogła odpowiedzieć na którekolwiek z pytań.

Otworzył drzwi i wpuścił ją do domu. To była zupełnie obca mu osoba, ale nie robiło mu to różnicy. Steven nie był osobą, którą obchodziły tego typu "drobiazgi".

- To co mam przynieść? Nie odpowiedziałaś na żadne z moich pytań - powiedział, karcąc ją wzrokiem, jakby to on się właśnie wykrwawiał, a jej odpowiedź miała mu pomóc.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e7377286fc32993251a07f081877cd82.jpg?res

John Dyson

 

Gdyby  ksiądz Jacob nie odciągnął mnie na bok, cholera, sam bym to zrobił, bo miałem do niego wiele pytań. Czułem na sobie spojrzenia tych wszystkich ludzi.  Jedna z kobiet  przyglądała się mojej  bliźnie i pewnie zastanawiała się skąd mam taką paskudną pamiątkę. Może powinienem w końcu przestać golić głowę na łyso? 

- Jakich terrorystów Sull? - zapytałem po chwili zastanowienia - Mówiłeś o jakichś ciemnych siłach, a ja nic z tego nie rozumiem. Jeśli prześladuje ich jakiś demon czy inny wampir może lepiej wezwij egzorcystę?  

Jacob Sullivan był jedyną osobą, która znała prawdziwą tożsamość Night Ridera. Gdy mu wyjawiłem prawdę, byłem pewien, że pogrozi mi palcem i wybije ten pomysł z głowy. W końcu przywdziewając "kostium", jeśli tak można nazwać kask i kurtkę motocyklową, łamałem prawo. A obijając bandziorów po pyskach  łamałem też (prawie) piąte przykazanie. Ale Sull przyjął moją nową  życiową ścieżkę, niemal z entuzjazmem. To pewnie dlatego ściągnął mnie do tego kościoła. Wyobrażał sobie…no właśnie, co on właściwie sobie wyobrażał? Byłem płotką, planktonem, moje dokonania były praktycznie zerowe. Parę razy nastraszyłem jakichś oprychów, bliżej było mi do gościa przeprowadzającego staruszki przez jezdnie, niż mścicieli, o których nieraz czytałem w gazetach.

- Jak niby jak im pomóc? Przecież wiesz jak działa moja „moc” – tu ściszyłem głos, żeby przypadkiem nikt nas nie podsłuchał – Nawet jeśli zadziała, to i tak nie ma pewności czy dam radę ochronić twoje owieczki przed tym „czymś”.  Może lepiej dać im kasę i wsadzić w autobus do Omaha?- wysiliłem się na żart, choć do śmiechu wcale mi nie było -  Albo poszukajmy kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

The Book of Ismael

 

Dwóch funkcjonariuszy zjawiło się, gdy Ismael wraz z Thomasem zamierzali przystąpić do ściągania zbroi z uwięzionego w niej Shay'a Lee. Jeden czarnoskóry, otyły mężczyzna i podstarzała kobieta, która wyglądała, jakby od dawna powinna być na emeryturze. Na twarzy kobiety pojawił się gniewny grymas, szła szybkim krokiem, zostawiając swojego ociężałego partnera za sobą.

Mówiłam na miłość boską, że macie ich powstrzymać! - krzyknęła funkcjonariuszka w kierunku gospodyni domu. Tommy uniósł ręce w górę.

- Taka nasza praca, pani oficer. - rzucił - Musieliśmy zareagować. My też pracujemy w służbie miejskiej, mamy swoje obowiązki.

- Może najpierw mnie kurwa posłuchaj - odgryzła się funkcjonariuszka stanąwszy naprzeciwko ratowników - Dostaliśmy cynk od federalnych. Mamy zostawić go na miejscu. Chcą zaraz przyjechać.

Otyły mężczyzna przyczłapał się do nich powoli i stanął tuż za funkcjonariuszką, a następnie przytaknął głową twierdząco.

- Jak coś zrobicie, do kogo myślicie, będą federalni się później przypierdalać? Do was czy nas, że nie powstrzymaliśmy przed interwencją? - zapytał - Zawijajcie graty. Nie macie tu czego szukać. Jak się ugotuje, to się ugotuje. Mówiliśmy im to samo, to nam tylko powiedzieli, że oni mają to w dupie. Grzeczniej to ujęli w prawdzie, ale wiadomo o co chodzi. 

- Federalni kontaktowali się z wami, nie z nami. My robimy swoje. Było zgłoszenie, musimy interweniować. Facet tu zaraz wykituje, nie będę stał bezczynnie... - odparł Tommy, ale funkcjonariuszka powstrzymała go, wyciągając pistolet z kabury.

Za chwilę zostaniecie aresztowani za utrudnianie nam pracy. Zastanówcie się bardzo poważnie, czy na pewno tego chcecie. - pogroziła.

 

The Book of Steven

 

Nie wiem, czego nie sądzisz, ale błędnie nie sądzisz. - odpowiedziała, a następnie bez pytania wkroczyła do jego domu. Pies zaczął żarliwie szczekać, zareagował tak energicznie po raz pierwszy od dłuższego czasu. Kobieta spojrzała na zwierzę gniewnie. Steven podał jej niemal wszystkie opatrunki i apteczki jakie miał, a kobieta przemyła ranę i owinęła sobie ramię bandażem.

- Trafili z wiatrówki w lewą łapę, ledwie drasnęli, niby nic poważnego, ale kiedy wracam do człowieczej formy, rana wzrasta proporcjonalnie do wielkości ciała. - wyjaśniła nieznajoma, siedząc na fotelu tuż przed telewizorem. Leciał właśnie program informacyjny. Pies nadal szczekał. Kobieta wyciągnęła do niego sprawną rękę, w odpowiedzi zwierzę zaczęło warczeć - Twoi sąsiedzi to jedno, ale twój pies też parę razy omal mnie nie zagryzł. - podniosła wzrok, przez chwilę mierzyła Stevena wzrokiem - Kręcę się tu, bo kazano mi ciebie obserwować. Znaczy kazał, mój pracodawca, Bogdan. Przyzwyczaiłam się że nie zjednuje sobie przyjaciół w człowieczej formie, ale żeby kota próbować zarżnąć, to już szczyt bezczelności. Swoją drogą, nazywam się Sara Hunt. - wyciągnęła dłoń w kierunku Stevena.

 

The Book of John

 

Jacob wysłuchał słów Johna, uśmiechnął się ciepło i położył dłonie na ramionach mężczyzny. 

John, potrzebuję silnego mężczyzny, który da im poczucie bezpieczeństwa. Nie spodziewam się tutaj demonów i istot z piekła rodem. - odpowiedział ksiądz - To moja walka, obiecałem im bezpieczeństwo. Chcę tylko, żebyś mi pomógł. Być może trzeba będzie użyć przemocy.

Jakby dla potwierdzenia jego słów, jeden z wiernych, wysoki i blady mężczyzna podniósł się z ołtarza. W drżącej dłoni trzymał włączony telefon.

Dostałem wiadomość. - powiedział szeptem, zbliżając się do Johna i Jacoba. Pokazał im telefon, ktoś wysłał mu zdjęcie kościoła, a pod spodem wiadomość tekstową o treści. ,,Wiemy.''. - Nękają mnie już od tygodnia. To na pewno oni. Powinniśmy zadzwonić po policję?

- Nie bez powodu mówiłem, abyście wyłączyli telefony. - powiedział ksiądz obdarzając mężczyznę karcącym spojrzeniem. Obrócił się w kierunku Johna, spojrzał na niego porozumiewawczo, chcąc mu dać w ten sposób do zrozumienia, że chciał aby tak potoczyła się sytuacja. - Namierzyli go. Jestem tego pewien. Myślisz że w taki sposób działają demony albo wampiry? - wskazał głową na znajdujący się parę metrów dalej konfesjonał - Schowałem broń w konfesjonale. Tylko cztery strzelby i kilka kartonowych pudełek z amunicją. Mam nadzieję że to nam wystarczy. Oby bóg miał nas w swojej opiece. 

 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

e7377286fc32993251a07f081877cd82.jpg?res

John Dyson

 

Miałem powoli dosyć tych zagadek i metafor. Księżulo nie potrafił sprecyzować z czym właściwie się mierzymy. „Mroczne siły” w ustach kapłana brzmiały jakby faktycznie sam diabeł ścigał tych przestraszonych ludzi. Ale diabły przecież nie wysyłają swoim ofiarom sms-ów. A więc kim oni do cholery są? Psychopatycznymi stalkerami? Naprawdę byłem w tym wszystkim pogubiony a Jacob nie w żaden sposób mi nie pomagał tego zrozumieć.

- Zaraz, czy ja dobrze słyszę? Masz broń? Tu? W KOŚCIELE?  – pokręciłem głową z niedowierzaniem i nie czekając na odpowiedź Sullivana od razu dopadłem do chudzielca, który przed chwilą poskarżył się księdzu wiadomością od prześladowcy.

- Pokaż mi ten telefon– zażądałem – I wyjaśnij mi co tu się  dzieje? Kto cię nęka od tygodnia i dlaczego? Widziałeś tych ludzi, wiesz kim są? Zrobili ci coś złego, czy tylko straszyli?

W głowie kotłowało mi się tysiąc myśli na minutę. Zapraszając mnie tutaj ksiądz Jacob nie raczył wspomnieć, że jak to ładnie określił „Być może trzeba będzie użyć przemocy”. Wszystkie swoje zabawki zostawiłem w garażu. Paralizatory, granaty dymne i hukowe, pieprzona kamizelka kuloodporna. Sama  myśl, że mógłbym użyć broni palnej napawała mnie strachem. Nigdy nie zabiłem człowieka i bynajmniej nie chodziło  o kwestie moralne bo po Ziemi chodzą bestie zasługujące na śmierć. Po prostu trup zwraca niepotrzebną uwagę, a nie chciałem by Night Rider znalazł się na celowniku policji. Albo Rządu. Dlatego miałem ochotę opieprzyć Sullivana i kazać mu się wypchać.

Ale przecież ci ludzie…nie mogłem ich tak po prostu zostawić, kiedy potrzebowali pomocy. Niech cię szlag ojcze Sullivan, w coś ty mnie wpakował?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FK4iaOo.jpg

 Ismael Villacrés

 

Nadchodzący policjanci spowodowali że zaczął "pompować" swoja moc w Shay'a, nie był pewien czy zadział przez tą zbroję ale warto spróbować. Na szczęście Thomas ich zagadał i zwrócił na siebie uwagę. Po wyciągnięciu broni przez policjantkę i usłyszeniu ultimatum, powoli  wstał z rękami wyciągniętymi przed siebie.

- Myślę że nie będzie to konieczne - trącił łokciem partnera - Zbierajmy się stąd nic tu po nas - powoli zaczął iść w stronę karetki.

Od czasu zniknięcia ojca nie przepadał za policją a już w szczególności  za federalnymi. Grożenie bronią i aresztowaniem komuś kto być może w przyszłości będzie ci ratował życie, nie jest najlepszym pomysłem, ale niektórzy nie wybiegali myślami z byt daleko do przodu. Trzeba będzie zgłosić co się tu stało na centrale i wypełnić morze papierków. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

yVodTYb.png

Steven Morley

 

- Sznycel, spokój! - zawołał - Tak się nazywa - wyjaśnił z nieco niezręcznym uśmiechem, wskazując na corgi.

Chwycił jej dłoń i potrząsnął może nieco zbyt mocno - Steven - przedstawił się.

- No i się wyjaśniło, to ty byłaś tym kotem - powiedział z dumą, jak gdyby to jej wyjawiał rozwiązanie zagadki - Mogłaś się od razu przedstawić, przecież bym cię nie wygonił - wzruszył ramionami - Po co takie podchody? Myślę że dogadałbym się i z tym... Bogdanem - czy to było imię? Może pseudonim? Nie był pewien.

- Herbaty? - zapytał, kierując się w stronę kuchni.
 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

The Book of John

 

Spotkałem paru ludzi, ubrani byli zwyczajnie i wyglądali też zwyczajnie, powiedziałbym panu nawet, że zbyt zwyczajnie. Próbowali mnie schwytać. - zaczął relacjonować mężczyzna - Ale w ich oczach ziała pustka. Oni byli... jakby to powiedzieć, w jakiś sposób... martwi? Nie wiem czy to odpowiednie słowo. Od tamtej pory nie odstępują nas nawet na krok.

- Musimy coś zrobić, John. - dodał ojciec Sullivan - W jaki sposób mogę wytłumaczyć ci coś, co i dla mnie jest niezrozumiałe? Moja wiedza ogranicza się tylko do tego, że z ludźmi w Nowym Jorku dzieje się coś złego. I że istnieją realni sprawcy tego stanu rzeczy. Być może to jakiś heros, który wykorzystuje swoje moce w niecnym celu. A może odpowiada za to sam rząd? Od początku mówiłem, że z prezydentem Carsonem i jego poronioną polityką coś jest nie tak. Ale co ważniejsze, moim celem jako sługi bożego, jest zapewnić bezpieczeństwo moim wiernym. Wezwałem cię tu, dlatego że ci ufam. I wierzę w twoją wewnętrzną dobroć.

 

Na wzmiankę o broni pokręcił tylko głową przecząco. Zamknął oczy i bez słów poruszał ustami, zwracając się w kierunku ołtarza. 

- Niech bóg wybaczy mi to bluźnierstwo. Ale nie mogę wybierać między świątynią a ludzkim życiem.  - ruszył w kierunku konfesjonału, wyciągnął z niego dwie strzelby, i podrzucił jedną w kierunku Johna.

Łap, John. - odparł. Przyjrzał się swojej strzelbie. Do drzwi kościoła rozległo się głośne i donośne pukanie, wszyscy wierni obrócili swój wzrok w ich kierunku. Spanikowani spojrzeli na ojca Jacoba. Ksiądz przewiesił strzelbę przez ramię i gestem dłoni nakazał Johnowi ruszyć za sobą. - Pora to załatwić, chodź za mną.

 

The Book of Steven

 

Właściwie, to mógłbyś z Bogdanem porozmawiać. Ale nie wiem jak mogłabym zaaranżować takie spotkanie... - kobieta podrapała się po podbródku, pies nadal nie przestawał szczekać, choć robił to już ciszej i z rzadszą częstotliwością niż przedtem. - Widziałam go w innym... eee, wymiarze. To był jakby inny świat, wiem że to brzmi dziwnie, ale musisz mi uwierzyć. Coś jakby, no....i tak byś nie skumał. - kobieta brzmiała totalnie nieprzekonująco, zresztą sama zdawała się być nieprzekonana. Patrzyła na Stevena z obawą, że ten jej nie uwierzy - Mam trzy moce. Mogę zmieniać formę, przenosić się między wymiarami i denerwować ludzi. Dowiedziałam się natomiast, że moje starsze siostry wplątały się w coś dziwnego. Odpowiadają za tutejsze nieszczęścia. - skinęła głową twierdząco - Tak, tak, możesz zrobić herbatę. Zaraz ci opowiem, a na razie spróbuje oswoić twojego pupila...

 

 Gdy Steven pojawił się z herbatą, pies leżał już obok fotelu całkowicie spokojny, Sara głaskała go dłonią. Podziękowała za herbatę, upiła parę łyków, a następnie ociężale podniosła się z fotela. 

- Doszły mnie słuchy, że moje siostry odpowiadają za te nieszczęścia. Wiesz, te na twoim osiedlu i w okolicach. - poinformowała - Możliwe, że działają w pobliżu. Kręcę się tu, próbując wybadać teren, no wiesz, znaleźć coś niepokojącego. I.. wiem o tej twojej sekretnej tożsamości i takie tam. Pomyślałam, że trzeba zebrać sojuszników. Chcę aby ktoś mi pomógł rozwiązać tę sprawę. To jak będzie? - wyciągnęła w jego kierunku dłoń - Pomożesz? Ja odnajdę zaginione siostry, ty powstrzymasz osiedle przez katastrofą. Wydaje mi się, że to wystarczający powód, abyśmy jednak tę współpracę nawiązali. O ile niewystarczającym jest to, że zjadłam tę paskudną wątróbkę którą dałeś mi w zeszłym tygodniu.

 

The Book of Ismael

 

W trakcie gdy partner Ismaela zajmował się rozmową z wściekłymi funkcjonariuszami policji, Ismaelowi udało się zdjąć tylko hełm i rękawice Shay'a Lee.

-  Zostawcie mnie! Nadciągają mroczne siły. Muszę je powstrzymać! Nie mam czasu na tę dziecinadę...! - krzyczał w międzyczasie Lee. Gdy policjantka wyjęła pistolet, Ismael zdecydował się odpuścić, Tommy wahał się przez dłuższą chwilę, ale niechętnie odstąpił. Pokazał funkcjonariuszce środkowy palec. 

- Powiedzcie federalnym, że ich pierdolę - warknął w jej kierunkua następnie obaj ruszyli w kierunku karetki, funkcjonariusze przykucnęli przy Shay'u i próbowali z nim o czymś rozmawiać, ale ratownicy byli już poza ich zasięgiem. Wreszcie znaleźli się w karetce, Tommy wziął głęboki oddech.

Sytuacja beznadziejna. To jest jawne łamanie przepisów. - wyrzucił z siebie - Dobrze że zdjąłeś mu chociaż ten hełm. Ale, nie mogę uwierzyć, że federalni nakazali im zostawić go w takim stanie. Nie ma w tym krztyny logiki. 

 

Ismael ujrzał w lusterku bocznym, że tuż za karetką parkuje czarny mercedes. Z pojazdu wyłonił się najpierw kierowca, ubrany w czarny garnitur łysy mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych który podszedł do drzwi od strony pasażera, uchylił je. Z pojazdu wyłonił się dziwaczny mężczyźna, którego skóra była ciemno-fioletowa, niemal czarna. Oczyma patrzył w dal, przeraźliwie pustym i beznamiętnym spojrzeniem, nie mrugał ani nie ruszał powiekami. Był przy tym nienaturalnie wyprostowany, a w dodatku poruszał się sztywno i powoli. Ruszył spokojnym krokiem w kierunku trawnika, łysy mężczyzna został przy samochodzie, obserwując karetkę.  

- Co to jest, do diabła... - wyjąkał zaskoczony Thomas. Policjanci powitali tajemniczego przybysza uściskiem dłoni. - To definitywnie nie są federalni....

 

63a51502a2c041e485adce4f1426b53c.jpg

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

e7377286fc32993251a07f081877cd82.jpg?res

John Dyson

 

Nie zamierzałem więcej naciskać na księdza Jacoba. Od zawsze byłem racjonalistą, dlatego trudno mi było zrozumieć jego słowa. Dla mnie świat zbudowany jest z zasad fizyki i chemii, nie ma w nim miejsca na mistycyzm i ezoterykę. Nawet to, co się ze mną ostatnio działo, próbowałem tłumaczyć w naukowy sposób. Choroba w jakiś sposób uaktywniła uśpione zdolności. Zdolności, które teraz mogły uratować życie mi i tym prześladowanym nieszczęśnikom.

Łapiąc za strzelbę ruszyłem w kierunku drzwi, skąd dobiegało pukanie. Na plecach poczułem zimny pot. Bałem się. Nie o siebie, w końcu i tak niedługo...Bałem się, że zawiodę Jacoba i tych ludzi, że trud ojca Sullivana pójdzie na marne, bo postawił na złego konia.  

Przełykając ślinę, wyprzedziłem kapłana.

- Stań za mną – powiedziałem stanowczym tonem – Jeśli coś się stanie…dowiem się o tym pierwszy.

 

Odbezpieczając broń podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę. A przynajmniej taki miałem zamiar. Wstrzymując oddech, czekałem na to co zdarzy się za kilka sekund.  Modliłem się, żeby moc zadziałała i pokazała mi okruch mojej przyszłości.

Edytowane przez waydack

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

FK4iaOo.jpg

 Ismael Villacrés

 

- Dobra Thomas mam pomysł, ale będziesz musiał potwierdzić moją wersję - powiedział jednocześnie sięgając po mikrofon z CB radio, żeby wyglądało że rozmawia przez nie.

Włączenie syreny, a potem wsteczny i..... przywalić w samochód chyba federalnych. Mam nadzieje że to nie są prawdziwi federalni, bo mogę się pożegnać z pracą. Nawet jak nie są to i tak będę miał przekichane i raczej nie będę prowadził przez jakiś czas. Chociaż jeżeli uwierzą w naszą wersje to wyjdzie że to oni się nie zatrzymali i w nas przywalili.

Edytowane przez Gusto

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

yVodTYb.png
Steven Morley

 

- Siostry? One też coś potrafią? Zmieniają się w coś? - zaciekawiło go to. Że niby nieszczęścia to była ich wina? No tak, jeśli się nad tym zastanowić to miało to jakiś sens. Takie rzeczy nie dzieją się same z siebie, a w świecie, w którym ludzie mają dziwne moce i umiejętności... cóż, nietrudno jest wyciągnąć wniosek.

Ucichł, gdy przyznała, że wie kim jest - No tak, mogłem się domyślić, że wiesz, skoro mnie śledziłaś - wzruszył ramionami gdy minęła fala zaskoczenia, która na chwilę odebrała mu mowę - To po prostu kolejna rola. Zawsze chciałem być sławny, a teraz mam okazję - wyszczerzył się.

- ...ale... zaaaraz.... - Steven spojrzał jej prosto w oczy, gdy dotarło do niego znaczenie wypowiedzianych słów - Czy ty szukasz kogoś do drużyny superbohaterów? - zaświeciły mu się oczy, kiedy o tym usłyszał - Zgoda! - wykrzyknął, chwytając jej dłoń i energicznie potrząsając.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Napisano (edytowane)

The Book of Steven

 

- Fantastycznie! - krzyknęła Sara, zignorowała pytanie o siostry, zdawała się być równie podekscytowana co Steven - Tak! Dokładnie! Chodzi o drużynę superbohaterów! Nie mówiłam tego wprost, bo poprzednia trójka z którą się spotkałam, no, nie poszło mi najlepiej.. - na twarzy kobiety pojawił się szeroki uśmiech, włożyła dłonie do kieszeni, przez chwilę zdawała się być zmieszana - Gdzie ja to miałam....

Po kilku chwilach wyciągnęła z kieszeni jeansów małą, złożoną kartkę papieru. Rozłożyła ją i wręczyła do dłoni Stevenowi.

To moja lista. Tych mam na oku. Zbierałam o nich informację, w weekendy rozglądałam się po małych osiedlach, w tygodniu po mieście. Najwięcej udało mi się dowiedzieć o tych tutaj...

 

Bez_tytu_u.jpg

 

A skoro ciebie przekonałam, to teraz musimy odhaczyć pozostałą dwójkę. Najmniej wiem o Night Raiderze, nie udało mi się poznać jego prawdziwej tożsamości. Będziemy musieli go jakoś znaleźć. Wiem gdzie się kręci po nocach.... - wyjaśniła drapiąc się po podbródku. - To co? Najpierw Ismael. Pracuje jako ratownik medyczny. Wiem że to wygląda na amatorkę, ale to dopiero początki, nie każdy zaczynał od przenoszenia gór. - zrobiła pauzę, a następnie zmieniła temat - Udało mi się zdobyć numer tego Ismaela. Drydniemy, umówimy się.... - wyciągnęła z kieszeni smartfona, i zaczęła przeszukiwać w skupieniu listę kontaktów. - No i mam! - zadzwoniła, a następnie włączyła tryb głośnomówiący. - Pomóż mi gdyby coś szło nie po myśli, nie wiem czy jestem dobra w negocjacjach. Albo czekaj, nie, nic nie mów, mam lepszy pomysł....

Kiedy telefon został odebrany, z ust kobiety wyrwał się głośny i przeraźliwy krzyk. Sznycel aż podskoczył, po czym znów zaczął szczekać.

Boże! Jestem ranna! Pomóżcie mi! Potrzebuję natychmiastowej pomocy! Jestem na Vermilion Avenue, mieszkanie numer trzydzieści dziewięć, proszę o natychmiastową pomoc

 

The Book of Ismael

 

Ismael, do kurwy nędzy, nie! - z ust Thomasa wyrwał się krzyk, ale było już za późno, Ismael wrzucił wsteczny bieg i wycofał karetkę do tyłu, uderzając w przód samochodu, tym samym gniotąc maskę pojazdu, łysy mężczyzna gwałtownie odskoczył z zaskoczenia na bok, a dziwaczna postać na trawniku wlepiła tylko swoje beznamiętne spojrzenie w karetkę. Obaj nie poruszali się, przyglądali im się w milczeniu, tylko łysy mężczyzna rozdziawił gębę, nie wiedząc jak powinien zareagować. Po kilku sekundach fioletowoskóry wrócił do swojej konwersacji z funkcjonariuszami,  zachowując się tak, jak gdyby nic się nie stało, policjanci zdawali się go nie słyszeć, patrzyli na Ismaela i Thomasa z niedowierzaniem. Kartka odjechała, a Tommy obracał się co rusz do tyłu, aby upewnić się że nikt ich nie ściga.

Stary, jasne że potwierdzę twoją wersję! Masz łeb! - krzyknął rozemocjonowany Tommy i poklepał się po kolanach - Spisałem w pamięci ich numery rejestracyjne. Jeśli to nie są federalni, to mamy na nich niezłego haka. Mam ochotę ich udupić, szczególnie tych przeklętych gliniarzy.

 

Telefon Ismaela który przez cały czas znajdował się w schowku, zadzwonił, Tommy wyciągnął go i spojrzał w ekran na którym wyświetlał się tylko napis, ,,Numer Prywatny''. 

Wyjdę na paranoika, ale boję się że to ktoś ze szpitala. Może gliny dały im cynk czy coś... - nie czekając na odpowiedź partnera, odebrał, z słuchawki rozległ się głośny krzyk, zaskoczony Tommy odsunął słuchawkę od ucha.

- Boże! Jestem ranna! Pomóżcie mi! Potrzebuję natychmiastowej pomocy! Jestem na Vermilion Avenue, mieszkanie numer trzydzieści dziewięć, proszę o natychmiastową pomoc! - był to kobiecy głos, Tommy spojrzał porozumiewawczo na Ismaela. Oboje pamiętali to miejsce, w ciągu ostatniego miesiąca doszło tam do wielu wypadków. O pechowym osiedlu na Vermilion Avenue zaczęły już nawet krążyć legendy, nie było więc powodów aby wierzyć, że ktoś stroi sobie z nich żarty.

To nie takie głupie Ismael, gdyby okazało się że to byli prawdziwi, nie daj boże, federalni, możemy powiedzieć że byliśmy w tym czasie gdzie indziej. Odpowiadaliśmy na inne zgłoszenie. Jakaś to w zasadzie deska ratunkowa jest... - rzucił Tommy - To w końcu pieprzone Vermilion Avenue, nie? 

 

The Book of John

 

John obserwowany przez księdza Jacoba i pozostałych wiernych uchylił drzwi, zarówno Jacob jak i John odsunęli się do tyłu, celując w przybysza. Drzwi otworzyły się na rozcież z głośnym hukiem, ktoś pchnął je do przodu, przed nimi stało pięciu funkcjonariuszy policji w kamizelkach i pistoletami w dłoniach.

Na ziemię! Na ziemię do chuja! - krzyknął pierwszy policjant stojący z przodu, Jacob rozszerzył oczy, niechętnie opuścił strzelbę, rzucił ją na ziemię i kopnął w kierunku funkcjonariuszy, następnie uniósł dłonie za głowę, i padł na kolana.

Robiliśmy co trzeba, panie władzo. - rzucił krótko ksiądz zamykając oczy. Nie zamierzał już się tłumaczyć. Jeden z funkcjonariuszy zbliżył się do niego z kajdankami, założył je na dłonie, po czym rzucił rozkaz pozostałym

Przeszukać kościół! I wyprowadzić zakładników! - krzyknął, wszyscy zgodnie z poleceniem ruszyli wgłąb świątyni.  

- Chronili nas! - krzyknął ktoś z wiernych - Ksiądz Jacob i ten wielki mężczyzna próbowali ochronić nas przed niebezpieczeństwem! - ale policjanci zdawali się być głusi na ich wyjaśnienia. 

 

 

Policjant który zakuł księdza w kajdanki, chciał zbliżyć się do Johna. Ale stanął jak wryty. Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby nie wiedząc, czy powinien go aresztować.

John? Ja pierdolę, gościu... - zbliżył się do niego, John w końcu poznał swojego przyjaciela z lat szkolnych, Denisa Garcię. Kumpel ze szkolnej ławki znacząco się zmienił, od ostatniego spotkania wypadły mu włosy, w dodatku nabrał więcej wagi. Poklepał Johna po ramieniu - Musisz mi chyba wiele wyjaśnić, co? W coś ty się wpakował? - zapytał Denis - Słuchaj, moi kumple widzieli jak mierzysz w nich swoją strzelbą, wypada mi ciebie aresztować. Kurwa. Ze strzelbą. W kościele. - parsknął śmiechem - Ocipiałeś całkowicie, John. Spróbuję cię z tego wyciągnąć. 

 

Corporal Michael Paul Middlebrook

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e7377286fc32993251a07f081877cd82.jpg?res

John Dyson

 

Kiedy do kościoła wtargnęli policjanci kompletnie zgłupiałem. Najwyraźniej, nie wiem jak i dlaczego, uznali, że ludzie ukrywający się w świątyni to zakładnicy księdza Jacoba. Jeszcze większy szok przeżyłem kiedy w drzwiach ujrzałem Denisa Garcię. Choć minęło tyle lat a Denis przytył i wyłysiał, od razu go poznałem. Z jednej strony poczułem ulgę, widząc znajomą twarz, z drugiej byłem tym wszystkim naprawdę skołowany.

- Po pierwsze Denis, nie wiedzieliśmy że jesteście z policji – zacząłem od razu nerwowo tłumaczyć – Nie znam się na policyjnych formułkach, ale oglądam filmy i wiem, że jak policja puka do drzwi to krzyczy „Otwierać policja!”. Właśnie po to żeby obyło się bez takich pojebanych akcji i ktoś nie wziął was za włamywaczy. Tak więc nawet nędzny adwokacina udowodni, że złamaliście przepisy.

Tu przerwałem. Denis domagał się tłumaczeń, a ja nie za bardzo wiedziałem co mu powiedzieć. W jego oczach byłem zwyczajnym krawaciarzem z Wall Street a nie gościem, który w nocy barykaduje się w kościele i wymachuje strzelbą.

- Posłuchaj – odparłem, gdy już nieco ochłonąłem – Sam nie wiem co tu się dzieje, ale ci ludzie potrzebują naszej pomocy. Ksiądz Sullivan ukrył ich tu…hmm….przed prześladowcami i poprosił, żebym mu towarzyszył. Nie wiem kim są ich prześladowcy, ale z jakichś powodów, ofiary wolały ukryć się w kościele niż prosić o pomoc policję. Dlatego wydaje mi się, ze wasza wizyta nie jest przypadkowa. Ktoś was wykorzystał, bo chce żeby ci ludzie stąd wyszli. Wiem, że to co mówię wydaje ci się pojebane, ale przysięgam, że to prawda. Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, nie pozwól ich stąd zabrać.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

FK4iaOo.jpg

 Ismael Villacrés

 

- Dobra Thomas, jedziemy na Vermilion Avenue. Zapisz tylko gdzieś ten numer rejestracyjny zanim zapomnisz. - 

Heh znowu to samo miejsce, normalnie jakieś fatum nad nim ciąży. 

Łatwo jest zapomnieć w tym miejscu, szczególnie jak się ma jakiś ciężki przypadek. - rozgadał się, jadąc pod podany adres.

Właściwie komu zostawiłem swój prywatny numer, ale za dużo razy tam byłem żeby dokładnie pamiętać.

- Pamiętasz sprawę małej Jess? A nie, ciebie wtedy nie było. - kontynuował nie czekając na odpowiedź partnera - Dostaliśmy zgłoszenie od jej matki że mała bardzo źle się czuje. Po dojechaniu na miejsce okazało się że nikt nie chce nas wpuścić do środka, dobre 5 minut dzwonienia i walenia w drzwi zanim kobieta nam otworzyła. Mała była w swoim pokoju i wyglądał niezbyt wyraźnie więc Melany zaczęła z nią rozmawiać a matka jak gdyby nic wróciła do oglądania sitcomu. Kiedy powiedziałem że musi się zbierać powiedziała "Pojadę jak tylko skończy się ten odcinek". Jess w międzyczasie wypłakała co się naprawdę stało, mi to normalnie serce prawie stanęło. Matka nie zwracała na nią uwagi wiec młoda połknęła parę igieł. Matka zdecydowanie odmówiła udania się do szpitala, wezwaliśmy więc policję i powiadomiliśmy służby socjalne o zabraniu Jess do szpitala. Na szczęście udało się ją uratować, ale nie wróciła już do matki.

- O popatrz dotarliśmy na miejsce - zaparkował karetkę przed domem o numerze trzydzieści dziewięć. Wzięcie torby lekarskiej, podejście do drzwi i naciśnięcie dzwonka. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

yVodTYb.png

Steven Morley

 

Przyjrzał się liście, którą mu wręczyła - Mam nadzieję, że z resztą pójdzie lepiej. Zawsze marzyłem o własnej drużynie - powiedział z uśmiechem. Tak naprawdę nie zależało mu na samej grupie, ale dzięki niej mógł się wybić. Zajść dalej i wyżej. Jak w teatrze, monolog po pewnym czasie może zacząć nudzić. Tutaj natomiast... tu właśnie czekał na niego blask reflektorów. Nie, żeby go potrzebował przy swojej mocy.

- I jak? Odpowiedział coś? - dopytywał, nie czekając nawet aż skończy "rozmowę" przez telefon.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz