Egzio

Buran (Egzio)

47 postów w tym temacie

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak cudowny może był płatek śniegu. Olbrzymi, roziskrzony, błyskający tysiącem odcieni bieli. Johan nie zdawał sobie dotąd sprawy, że biel może mieć jakieś odcienie. Płatek był światem, wszystkim co istniało, jego rozcapierzone ramiona zapraszały, wabiły obietnicą ciepła, świata w którym już nigdy nie będzie zimno, świata iskier, białych i błękitnych, tańczących w rytmie kryształowej muzyki, mgła, wszechogarniająca mgła, biel, szarość, cisza.... Zamykające się oczy wilka. Cisza. Cisza. Cisza. 

-.... leży, zasnął na warcie! Sigmarze, jest sztywny jak pieprzony kloc!

- .... debilu, jest martwy, zamarzł na kawał mrożonego mięsa, to jest tru...

-.... mknij się! Zamknij się! Zamknij się! Zam....

- .... płej wody! No gotuj tę wodę! Ognisko! Kretynie, rozpal ognisko, no pomóż mi go ruszyć do cholery!

 

 

PcZe0vy.png

 

Muzyka

 

 

Rozkaz był następujący, wyruszają na swój ostatni patrol, a potem mają przezimować w forcie Grunbaum, dostali raport o bandzie zielonoskórych grasujących w okolicy, i prosty rozkaz - nie wdawać się w walkę. Zielonoskórzy mają przewagę liczebną. Należało podejść ich sprytem, wywabić ich przywódcę, zarżnąć, a reszta pewnie rozpierzchnie się sama. To był formalnie główny cel ich misji. 

To był już jedenasty dzień od wyjścia z fortu. Człap, człap, noga z nogą, kłus, cwał, człap, człap. Napadało trochę śniegu, ale co rusz temperatura skakała na tyle, że zaczynał się topić, a potem znów spadała. Rezultatem był mokry śnieg, idealny do lepienia kulek, albo bałwana, leżący cienką warstwą lub zebranymi w zagłębiach łachami. Chłodno, czasem zimno, jednak aketony na ubraniu i grube płaszcze dobrze spełniały swoje zadanie - ot patrol, jak patrol. Żadnych śladów zielonoskórych. Żadnych, nawet najmniejszych. 

Oddział wyruszył pod wodzą sierżanta Arderna Rinderberga, który zasłynął ze swojej determinacji, został przeniesiony kilka miesięcy temu do oddziału zwiadowców lekkiej jazdy w nagrodzie za swoje wcześniejsze dokonania. 

Na misję oddelegowano następująco: Dietgera Rossa, żołnierza z wykształceniem cyrulika. Z uwagi na wzmożone ryzyko złapania chorób, które było następstwem ciężkich warunków pogodowych, był to niewątpliwie as w rękawie oddziału. 

Kent Bergsohn natomiast doskonale znał się na przetrwaniu, posiadał świetną orientację w terenie. W dodatku idealnie radził sobie w walce dystansowej. Cechy te sprawiły, że w trakcie patroli takich ja ten, był dla oddziału niemal niezastąpiony. 

Konkurować z Bergsohnem mogła tylko Lindha ,,Szał'' Schwarz, urodzona zwiadowczyni, która w przeciwieństwie do większości oddziału, część swego życia służyła Imperium. Najpierw jako Strażniczka Dróg, następnie jako zwiadowczyni. Swoim wojskowym doświadczeniem nie ustępowała nawet sierżantowi. Na wypadek śmierci sierżanta, była następną w hierarchii do objęcia dowództwa. 

Frigga stanowiła największą tajemnicę, najemniczka która z oddziałem była od niedawna, nie dała się jeszcze bliżej poznać. Jedynie jej norsmeńskie pochodzenie mogło świadczyć co nieco o jej przydatności, zima była bowiem jej niestraszna, a cechowała ją ponadprzeciętna siła. 

 

Podobny obraz

 

Jedenastego dnia po zmroku rozpalili ognisko. Choć ani razu nie stracili czujności, nie spodziewali się tego, co miało niedługo nadejść. 

Między drzewami przeszedł mroźny wiatr, ognisko załopotało. Oddział spogląda w górę, nie ma gwiazd. Potem cisza. Ardern wychował się na północy, wiedział na co się zanosi. -Służyłem kiedyś z takim jednym, Wolf mu było, czy jakoś tak, podobnie. Był wtedy w słynnej 2 kompanii III Ostlandzkiego Reigmentu Piechoty, wracali z wyprawy na wschód. - zaczął swoją opowieść sierżant - Byli już blisko, zarys Środkowych Gór przesłaniał cały horyzont, jeszcze tydzień, a może więcej, i byliby wrócili cali i zdrowi. Ale życie to suka, naszła ich zamieć. Nagła, ostra. Tak jak teraz, wpierw było cicho, tak cicho jak nigdy wcześniej. Nie poruszała się ani jedna gałązka, nic, tylko śnieg skrzypiał pod butami. A potem rozpętało się piekło, tak mówił Wolf, widoczność spadła niemal do zera, wichura porywała oddech, rzuciła nimi, wirowała w szalonym tańcu śmierci. Podobno to nie była zwykła zamieć, to Buran, demon zimy we własnej osobie. Przeraźliwy powiew zdzierał skórę i mięso aż do kości, ponad gwizd wiatru, ponad śmiech demona, przedzierał się potępieńczy wrzask ludzi. Krew w jednej chwili zastygała, zmrożona wirowała wraz z drobinami śniegu, uderzała w twarze. Wichura z potworną siłą zatoczyła się przez oddział pozostawiając przy życiu mniej niż dziesiątą część, reszta żołnierzy padła martwa, skostniała, odarte z wszystkiego szkielety leżały okryte szalem śniegu, przysypane kryształami własnej krwi. Upiorny widok. Żaden z tamtejszych żołnierzy już nigdy nie ruszył w teren.

 

Takie nagłe, znikąd się biorące zamieci middenlandczycy nazywają ,,Tchnieniem Ulryka''. Chwilę później temperatura zaczęła gwałtownie spadać. W jednej chwili oddech znaczył się kłębem pary, potem w nosie przy wydechu zaczynają się tworzyć zmarznięte płytki. Czuli pieczenie skóry. Czuli się, jak gdyby coś rozdzierało ją, niby igły. Śnieg nagle stał się ostry, twardy jak kamień. Konie przywiązane do drzew parskają, wiercą się niespokojnie. A w lesie nadal trwa cisza. Ponura cisza, zwiastun nadciągającej katastrofy. 

Cisza. Zjawisko w lesie właściwie nieznane. Zawsze słychać szum, szelest w poszyciu, klekot ocierających się o siebie gałęzi. Lecz nie tym razem. Jedyne odgłosy to dźwięki wydawane przez konie, ludzi i ognisko. 

Każde trzaśnięcie płonącej gałązki jest jak grom, oddech świszczy, jak wiatr w górach, odgłosy końskich kroków brzmią, niczym uderzenia w bęben.

 

Ciszę przerywają dopiero drzewa, pnie zaczynają trzeszczeć, gdzieś słychać grom pękającej gałęzi, jakieś jęki, stęknięcia, tuż poza zasięgiem światła odprawiały się nieznane korowody Boga Zimy. A potem znów cisza. Wszystko się powtarza. Cisza trwa zdaje się, godzinami, choć mija zaledwie kilka minut.

Powoli spomiędzy konarów opada wielki płatek śniegu, topiąc się nad ogniskiem. Drugi ląduje komuś na nosie. Śnieg. Na początku rzadki, a potem więcej, coraz więcej!

Po chwili widoczność spada do kilku metrów. płatki wirują w powietrzu, ognisko syczy. Lekki podmuch wiatru, powietrze porusza się i natychmiast wszystkich przejmuje ziąb. Na krótką chwilę cisza, następny powiew - mocniejszy, jeszcze mocniejszy, powoli przedzierając się przez tłumiącą dźwięki kurtynę śniegu, rodzi się szum wiatru, coraz mocniejszego, rozdzierane nim płatki zmieniają się, nie są już wielkimi, potulnymi kawałkami śniegu - są teraz mniejsze, zaczynają ciąć policzki, wiatr nasila się, zaczyna huczeć, gwizdać, coraz mocniej i mocniej. 

 

Konie zerwały się! Przerażone wierzgają, kopią, wiatr niemal przygasza ognisko, rozrzuca szczapy, uderza ścianą śniegu. Zgina się ku ziemi, przewraca, wyrywa z płuc ostatni oddech. Wierzchowce próbują uciec, trzeba je schwytać! Bez nich czekać mogła ich tylko biała śmierć. Ognisko gasło, nie mogli na to pozwolić. Zbyt długo je rozpalali. Śnieg miał zaraz zasypać cały ekwipunek. Trzeba było działać. Jak najszybciej.

Tym razem przeciwnikiem była zima. Nic nie robiąca sobie z ostrego miecza, umiejętności walki, z odwagi, szału bojowego. Nic. 

 

Podobny obraz

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach


 

jf0Y2cY.jpge1HPb7y.jpg

 

Lindha “Szał” Schwarz, Frigga

 

Lindhu rzuciła się do koni by je powstrzymać przed ucieczką złapała swojego szaraka i stojącego obok gniadosza. Biedne zwierzęta były przerażone. Chciała sprawdzić czy da się je uspokoić zarzucając im koc na głowę, tak jak podczas wyprowadzania ich z płonącej stajni.

- Frigga pomóż mi do cholery! - Zawołała drugą żołnierkę, próbując przekrzyczeć wiatr, je siła bardziej się przyda pomagając przy szarpiących się koniach niż przy zbieraniu ekwipunku. Potrzebowała żeby norska potrzymała oba konie żeby Lindhu mogła sięgnąć po koce do ekwipunku.

 

Frigga dołączyła do oddziału jako ochotnik, ale też najemnik. By wesprzeć ich swymi umiejętnościami i siłą, którą przewyższała wielu mężczyzn z południa. Zimowe warunki nie były dla niej niczym nowym i nadzwyczajnym, ale dla tych nowych musiało stanowić niezłe wyzwanie. W teren, który temu nie sprzyjał wydzielili oddziałowi konie i teraz był z nimi spory problem gdy rozpętała się śnieżyca. Żałowała, że jest jedyną z północy przez co musiała się borykać z dodatkowymi opóźnieniami w działaniach wymagających przetrwania jak rozpalenie ogniska czy zabezpieczenie ekwipunku. I teraz była właśnie ta chwila, gdy przyroda uderzała w nich z pełną siłą. Frigga miała zatem okazję zobaczyć resztę oddziału w pierwszej akcji, ocenić które z nich nadaje się do zadania a które tylko będzie przeszkadzać.

Teraz też gdy zawierucha się rozpętała ruszyła czym prędzej ku spanikowanym koniom, chwytając je za uzdy, przywiązując do grubszych drzew i trzymając by nie uciekły.

-Osłaniajcie ogień! Wykorzystajcie śnieżne zaspy by zasłonić ognisko przed wiatrem. Tak jak ekwipunek! - rzuciła przy okazji do reszty.

 

Kiedy do Lindhu dołączyła norska poszło sprawniej, zwiadowczyni zarzuciła koce na łby koni, jednocześnie poklepując je uspokajająco po szyi. Normalnie mogła jeszcze do nich mówić ale w ten wiatr i tak by jej nie słyszały.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Młody żołnierz nie przepadał za śniegiem. Żałował, że zgodził się na zmianę garnizonu. Wichura, która się rozpętała tylko go upewniła w przekonaniu, że pieniądze nie są najważniejsze. Nie miał jednak więcej czasu na rozkwilanie się nad sobą. Wiatr zaczął nieźle ścinać śniegiem, a Kent nawet nie zdążył rozpakować namiotu. Może i lepiej, bo teraz by pewnie odleciał z wiatrem. Widział, że zwiadowczynie zaczęły ogarniać sprawy z końmi. Rozkazy od ich dowódcy jeszcze nie zabrzmiały, a nie było na to już czasu. Postanowił zająć się ogniem. Zbyt długo te pieruństwo rozpalali, żeby teraz to zgasło. Słyszał sugestię od Friggi, ale nie nie umiał sobie wyobrazić tworzenie zasp z śniegu, który ucieka z rąk pod wpływem mocnego wiatru. Podbiegł do ogniska ze swoim ciężkim workiem, w którym trzymał swoje wszelkie akcesoria. Położył worek obok siebie, tak aby zasłaniał jedną stronę ogniska. A sam zajął miejsce koło ogniska, klęcząc i niejako obejmując palenisko swoim futrem, tak aby główna siła wiatru napierała na niego, a nie na źródło ciepła. Czuł mocny wiatr na swoich plecach, ale musiał wytrzymać. Starał się czasem lekko poprawiać kawałki drewna, tak aby żar był zasłonięty przed wiatrem i miał się na czym rozpalać. Miał nadzieję, że to wystarczy, a reszta towarzyszy da radę sobie z końmi.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

To co teraz się aktualnie działo przypominało mu właśnie opowieść, którą przed chwilą podzielił się z oddziałem. Jeśli, to był Buran, a nie tylko podobne zjawisko pogodowe, to znaleźli się w poważnych opałach. Nawet jeśli uda im się utrzymać konie i nie pozwoli ognisku zgasnąć. Linda natychmiast rzuciła by się powstrzymać przed ucieczką konie, a po chwili dołączyła do niej Frigga. Dziewczyny wykazały się inicjatywą nim zdążył wydać jakiekolwiek rozkazy. Właśnie gdy miał wydać rozkazy Kent ruszył zająć się ogniskiem. 
- Dietger pomóż Lindzie i Friggdze utrzymać konie. Ja razem z Kentem osłonimy ognisko i ekwipunek.

Obawiał się, że dwie osoby nie utrzymają 5 koni. Nawet pomimo siły Friggi. W prawdzie zastanawiał się przez chwilę czy nie kazać Dietgerowi albo samemu nie zebrać ekwipunku, ale uznał, że rzeczy w ekwipunku jest zbyt dużo i lepiej po prostu spróbować je osłonić. W najgorszym razie go odkopią jeśli przeżyją. Pomysł Kenta w workiem nie był taki zły, ale niestety nie rozwiązywały, to sprawy zasłonięcia ekwipunku. W prawdzie obawiał się trochę czy silny wiatr nie sprawi, że śnieg zacznie uciekać mu z rąk, ale w dzieciństwie zawsze dobrze wychodziło mu lepienia konstruktów ze śniegu. Zabrał się zatem za tworzenie zasp by osłonić ognisko i ekwipunek z tych z stron, których nie osłaniał ich Kent i jego worek. Jeśli stworzenie zasp uniemożliwi zbyt silny wiatr, to jedynie będzie mógł zasłaniać ognisko własnym ciałem tak jak Kent.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

 

Dietger kulił się z zimna i ze strachu gdy nadeszła zamieć. Nie miał pojęcia co to jest, ale to nie było naturalne. W jednej chwili pożałował nowego przydziału, całego pomysłu dołączenia do armii i zatęsknił, za nudnym życiem na wsi. Zaraz miał umrzeć i to nie w chwale jak to sobie wyobrażał, ale w jakimś nic nieznaczącym lesie. W tedy usłyszał krzyk dowódcy, który nieco przywrócił go do rzeczywistości. Zdołał nawet wstać i podejść w kierunku koni, nie zastanawiając się nad, że jego doświadczenia ze zwierzętami do niedawna sprowadzały się do kilku sekcji. Nagle zdał sobie sprawę jak szybko śniegu przybywa. Jeśli ktoś czegoś nie zrobi cały prowiant i ekwipunek może przepaść. Szybko rozejrzał się wokoło i zdał sobie sprawę, że nikt o tym najwyraźniej nie pomyślał. Chciał spytać dowódcy ale ten stał kilka metrów od niego nad ogniskiem więc pewnie i tak by nie dosłyszał. Dlatego Dietger zamiast tego ruszył po zapasy, a szczególnie po swoja torbę z bronią

i narzędziami. Zamierzał je przenieść w lepiej osłonięte miejsce. Ewentualnie oznaczyć miejsce ich spoczynku np. liną, by byli wstanie określić gdzie je znaleźć. Miał nadzieję, że w rzeczach znajdzie również jakiś dodatkowy alkochol na przyszłe odmrożenia. 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zwiadowcy podjęli desperacką próbę walki z żywiołem. Kent odpychany przez stale rosnący na sile wiatr próbował ratować ognisko, nic z tego. Choć zwiadowca robił co mógł, wiatr zmiótł je z powierzchni. W okół ciemność, w twarz biły zerwane przez zawieje gałązki. Konie z którymi desperacko próbowała uporać się trójka zwiadowców stawały się coraz bardziej nerwowe, jeden schwytany przez Lindhę zerwał się nim ta zdążyła cokolwiek zrobić, ruszył galopem przed siebie. Suche gałęzie spadły z trzaskiem na ziemię, a wówczas koń omal nie został przygnieciony. 

Dietger próbował ratować ekwipunek, ale potężna siła żywiołu skutecznie odpychała go od torby, gdy ognisko zgasło, błądził wzrokiem, z oczyma zmrużonymi w wąskiej sparze, nie mogąc wypatrzeć jej w ciemności.

W okół piekło, przez krótką chwilę przejaśniło się na tyle, żeby można było ujrzeć idący przez las śnieżny wir, jak wspomniany wcześniej przez Arderna Buran zasysający wszystko z ziemi i ciskający w łyse korony drzew, słychać było demoniczny chichot, wycie, gwizdy i jęki, wichura mamiła zmysły. Wichura uderza raz za razem, ciosy są coraz potężniejsze, jakby kto taranem walił o bramę miasta, nawet krzyk już nie pomaga, nie można się porozumieć, białe, bezkrwiste twarze, wargi poruszające się w półświadomej modlitwie błagalnej, niszczące tchnienie Ulryka przewala się lasem, Mroźny Bóg śmieje się...

Wieja cichnie bardzo szybko, w ciągu trzech ,,Sigmarze Królu'', znów z nieba spływają wielkie płaty śniegu. Ulga. Makabryczne zmęczenie, mięśnie rwą, wargi są popękane, w ustach sucho, trudno cokolwiek powiedzieć. Znów nastaje cisza. Wszyscy są straszliwie zmęczeni. Wichura ucicha. Chcieli tylko położyć się i usnąć, ale nie wolno im było spać, nadal było straszliwie zimno. Kolejne ognisko udało się rozpalić nadspodziewanie łatwo, pozostało tylko wyznaczyć warty, zebrać koce, i położyć się spać. Sen był jak śmierć.

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

 

Przebudzili się rankiem, a był to doskonały czas na zebranie myśli. Krótkie spojrzenie na mapę wystarczyło, by zasiać w nich niepokój. Do najbliższej ludzkiej osady pozostało jeszcze 11 dni drogi. Tym razem udało im się przeżyć, bo byli wypoczęci, najedzeni i w dodatku mieli za sobą łatwą podróż. Ale czy przeżyją następną taką wichurę? I jeszcze kolejną? 

Mapa wojskowa mówiła też, że dwa dni drogi na południe znajduje się pięcioosobowa stanica. Jej zadaniem było strzec połaci wzgórz - idealnej naturalnej kryjówki dla zielonoskórych, lub band zbójeckich. Takie stanice miały najczęściej w lecie załogę dziesięciu, do dwudziestu osób, na zimę redukowaną do pięciu, najmniej trzech, z zaopatrzeniem dla dziesięciu. Gdyby tam dotarli, załoga na pewno by ich przyjęła, że niby mało byłoby im jedzenia? Zawsze mogli ubić konie, mięsa z nich byłoby nie mało, jakoś by przetrwali do wiosny, albo przynajmniej odwilży, bo cel patrolu wziął przecie w łeb, nie sposób było ganiać za zielonoskórymi w taką pogodę. O powrocie do własnego portu lub Grundbaumu mowy być nie mogło. Ale gdyby spróbowali do jakiejś wioski? Taa, najbliższa jedenaście dni, dziesięć przy dużym szczęściu, a i to oznaczało jakieś cztery bez jedzenia, w taką pogodę.... a konie? Dla nich obroku też na styk... jak konie padną, to cześć pieśni, podziękowali.

Mróz wcale nie zelżał, a brak wiatru mógł być chwilowy, śnieg był suchy jak kurz, byle podmuch wiatru go uniesie...

Stanica jawiła się jako najlepsze z możliwych rozwiązań. Musieli zdecydować, co będzie dla nich najlepsze. Cel misji, czy ich własne życia?

 

4BWFGuR.jpg

 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

 

Trudno się oprzeć złowrogiemu pięknu krajobrazu. Wszędzie w okół czerń i biel, cały świat jest narysowany tymi kolorami. Śnieg padał coraz bardziej niemrawo, a powietrze było krystalicznie czyste. Konary i gałęzie dźwigały ciężkie kapy nawarstwionego śniegu, obsybuje się on od czasu do czasu nagłymi chmurami drobnych płatków, lub ciężkimi obwałami większej ilości puchu. Każda gałązka u spodu była czarna. u góry biała, wszędzie czerń i biel, bez jednej skazy. Cisza. Nieprawdopodobna, niesamowita, dzwoniąca w uszach. Powietrze stoi bez ruchu,  jakby umarło, jakby zabiła je temperatura. Nagły huk niczym grom - pękająca gdzieś gałąź. 

Powietrze jest zbyt mroźne, zbyt suche aby ktokolwiek miał ochotę poruszyć się, zaśmiać, opowiedzieć anegdotę. Temperatura najmocniej dawała się we znaki Kentowi i Dietgerowi, otuleni płaszczem nie byli w stanie wydusić z siebie ani słowa, a jeśli próbowali, mimowolnie jąkali się, próbując uporczywie sklecić jakieś sensowne zdanie. Nie czuli palców u stóp, Kent odkrył to, próbując kilkukrotnie nimi poruszyć. Nic z tego. 

Sierżant Ardern także niewiele mówił, nie słychać było nawet rozkazów. Wypowiadał się czasem, gdy sytuacja naprawdę tego wymagała, wykorzystując zwykle w tym celu krótkie i jak najmniej złożone zdania. Jego usta odmawiały mu posłuszeństwa. Podobnie było z Lindhą, która przez część podróży nie odezwała się ani słowem, a nawet gdyby chciała, przychodziłoby to jej z trudem.

Tylko Frigga nie dawała po sobie nic poznać. Choć jej twarz zbladła, a temperatura bez wątpienia dawała jej w kość, siedziała wyprostowana na swoim koniu. I odzywała się, gdy była taka potrzeba. Nieświadomie przejmując na ten czas rolę sierżanta, raz na jakiś wydając pozostałym krótki rozkaz. 

Podróż do stanicy wiązała się z dużym ryzykiem. Była praktycznie odizolowana od reszty świata, więc co jeśli osiedliły się w niej gobliny? Być może wilki... Dla zbójów również byłaby to świetna kryjówka, ubicie trzech czy pięciu członków załogi nie byłoby przecież zbyt dużym kłopotem dla zorganizowanej szajki bandytów. 

 

Po jakimś czasie wjechali na wzgórze, z którego rozciągał się widok hen, aż po widnokrąg. Zwiadowcy zorientowali się prędko, jak wiele jeszcze mil przed nimi, nie było widać nic, poza samą, rozciągającą się aż po bezkres bielą. Ponownie przypomnieli sobie, jak bardzo temperatura daje im się we znaki. Nadzieja na przeżycie malała z każdą minutą. 

Ich ręce grabiały, usta i policzki bolały, trzeba było je owijać szmatami, dłonie marzną nawet w grubych rękawiczkach jeździeckich, zimno - straszliwie zimno. Ruszać, koniecznie musieli się ruszać, inaczej śmierć, zejść od czasu do czasu z konia, pobiec obok niego. Głód, a przecież nie można było jeść, wszystko zmarznięte na kość, chyba, że włożyliby pod siodło? Stęp, kłus, odgłos kopyt końskich i skrzypienie uprzęży, to jedyne odgłosy na całym świecie. Wszystkie blaszane elementy na ciałach sprawiały, jakby ich właściciel był okryty rżniętymi kawałkami lodu, blachy są tak zimne, że dotknąć je gołą ręką, znaczyłoby stracić płat skóry, wionie od nich potwornym ziąbem, nawet przez akton. Z oddali słychać wycie wilka, głośne ,,auuuu'' które roznosi się echem po całej dolinie. 

 

Znalezione obrazy dla zapytania winter horizon

 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

 

Wkrótce zmarznięci zwiadowcy dotarli na polankę. Na jej środku znajdował się krąg z lodu, a w nim ani jednego płatka śniegu. Lód pokryty był namalowanymi przez szron kwiatami - byłyby idealnie takie, jakie tworzą się na szybach okien w zimie, gdyby nie ich symetria. Na całym obwodzie kręgu były takie same, rozwijające się ku środkowi. Były wmarznięte w lód, widać je przez grubą jak dłoń taflę. W okół kręgu wyraźnie widać było na trzy kroki ślady obutych stóp - które potem niknęły, jak nożem uciął.

Stało się. W okolicy byli zielonoskórzy. Nie było czasu na badanie śladów, jedynie Frigga która obecnie najlepiej radziła sobie z mrozem, wysiliła się na odczytanie śladów. Zielonoskórym przewodził najprawdopodobniej szaman, który najwyraźniej dobrze radził sobie z pogodą i chronieniem swoich wojowników przed zimnem. Było ich w sumie dziesięciu - czterech jeźdźców wilków i pięciu zwykłych wojowników, plus szaman. Nieszczęśliwym trafem dryfowali akurat w tym samym kierunku, co ich patrol. 

Nie mieli czasu aby pozostawać tu dłużej, poruszanie się było bolesne, ich ręce aby tracić mniej ciepła były zaciśnięte w pięści. Od ziemi ciągnął się śmiertelny mróz który przewiercał się przez buty, 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

jf0Y2cY.jpg

Linda Schwarz

 

Uspokajanie konie nie poszło po jej myśli, stracili jednego i pewni biedne zwierzę skończy teraz przygniecione spadającym konarem albo zostanie zjedzony przez wilki.

Na szczęście resztę udało im się uspokoić. Mimo śnieżnej trąby powietrznej, jakoś udało im się przetrzymać do momentu kiedy wszystko ucichło.

“Haha, dzisiaj Morze mojej duszy nie powitasz w bramie umarłych” Pomyślała kiedy zmęczona musiała oprzeć się na jednym z koni żeby odetchnąć. Wzięła głęboki oddech i ruszyła do Sierżanta. - Straciliśmy siwka, na szczęście był bez prowiantu i ekwipunku. Jeśli nie mamy jeszcze planów na warty mogę objąć pierwszą z kimś. - starała się zabrzmieć na mniej zmęczoną niż w rzeczywistości była. Okazywanie słabości wśród innych żołnierzy było niedopuszczalne.

Ktoś zabrał się w końcu za wzniecanie na nowo ogniska, ktoś inny rozbijał namioty.

Stanie na warcie było jeszcze bardziej wykańczające po tej wichurze, nawet jeśli mogła później z kimś się zamienić i zająć miejsce jego miejsce w namiocie i wtulić się szukając ciepła w śpiące ciała reszty oddziału.

 

Rankiem, była trochę niedospana, ale po rannym ciepłym posiłku poczuła się lepiej. Czekali na decyzje sierżanta co dalej. Liczyli że pojadą do stanicy, ale ostatecznie rozkaz to rozkaz, i jak zadecyduje o podążeniu w inną stronę to tak zrobią. Przed wyruszenie trze było jeszcze rozłożyć ekwipunek Kenta i jego samego na pozostałych jeźdźców.

 

Lindhu co jakiś czas popędzała swojego konia do szybkiego kłusa, zarówno dla dobra konia by się rozgrzewał w ruchu jak i dla niej. Niestety duża warstwa śniegu nie pozwalały jej na zbyt częste zmiany tempa.

 

Kiedy dotarli do polany, Frigga podzieliła się swoimi spotszerzeniami, Lindha popatrzyła na sierżanta oczekując rozkazu o przyśpieszeniu jazdy.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

Zastanawiał się w którym kierunku się udać by mimo wszystko jednak ukończyć misje z powodzeniem, ale też ją przeżyć. Bo, co mu by przyszło z powodzenia misji gdyby on i jego oddział jej nie przeżyli. Zdecydował by udać się stanicy. Chociaż trochę obawiał się, że załoga stanicy mogła zostać wymordowana przez gobliny, ale uznał, że to wyjście za najlepsze z najgorszych. Nie był pewien czy wytrzymaliby, aż 11 dni wędrówki do najbliższej osady. Jeśli szybko przyszłaby odwilż wciąż mieliby szansę wykonać zadanie i przeżyć tą misje. Kiedy zobaczył lód pokrytymi przez szron kwiatami i dostrzegł ich symetrię zdał sobie sprawę, że działa tu magię. Na domiar złego natknęli się na ślady goblinów. Żałował, że znaleźli ich przed tą nagłą zmianą pogody. Gdyby tak się stało teraz, byłoby już po misji i mogliby wracać do domu, ale teraz w takim stanie jak byli, nie mogli podjąć walki z goblinami. Niestety na razie muszą jej unikać. Martwiła go też strata konia. Gdyby nie ta pogoda mogliby go wytropić i odzyskać, a tak raczej nie mieli na to szans.

- Przeklęta goblińska magia. W chwilach takich jak ta żałuje, że nie mamy maga w oddziale.

Linda wspomniała o w wartach. Jak wszyscy była zmęczona, ale wcześniej podczas nagłego załamania pogody dobrze sobie poradziła i nie powinna teraz za to zostać nagrodzona wartą. 

- Nie możemy tu dłużej zostać. Ruszymy jak, tylko będziemy mieć taką możliwość do stanicy. Jest tylko dwa dni drogi stąd. Plan na warty już jest. Pierwszą obejmie Dietger, a drugą ja. Zmiany będą dwie byśmy niebyli zbyt zmęczeni.

Analizując wcześniejszą sytuacje uznał, że błędnie uznał by zająć się ogniskiem i niepotrzebnie starał się je uratować przed zgaszeniem. Zwłaszcza, że wiatr je zdmuchnął niemal chwilę później. Zamiast tego mógł pomóc Lindzie i Friggdzie utrzymać konie, a nie wyznaczyć do tego Dietgera, który wykazał się niesubordynacją. Być może gdyby Dietger go posłuchał nie straciliby konia, tak samo gdyby nie uznał, że zajmie się ratowaniem ogniska. Teraz już się tego nie dowiedzą. Jednak teraz razem z Dietgerem stając na warcie będą mogli się zrehabilitować za wcześniejszą sytuacje. Wyznaczyłby siebie na pierwszą wartę, ale obawiał się, że Dietger mógłby usnąć na drugiej, a na pierwszej powinien sobie poradzić. Zastanawiał się w prawdzie czy zamiast Dietgera nie lepiej byłoby wyznaczyć Kenta, ale uznał, że skoro to jego koń im uciekł, to nie będzie go teraz dodatkowo obciążać wartą.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Młody strzelec nie wierzył własnym oczom. Ogień, który tak chronił zniknął po dłuższej chwili działania wiatru. Widząc, że ogień zgasł, trzymał jak najwięcej kawałków drewna i żaru, żeby po wichurze mogli ponownie zapalić ogień. Jako, że wiatr mocno wył i ograniczał widoczność, to nawet nie zauważył, że jego ukochany Siwek pobiegł w otchłań ciemności. Dowiedział się o tym gdy burza śnieżna ich minęła. Rozpalił ogień i zgodził się na ochotnika na pilnowanie obozu. Był za bardzo przybity, żeby zasnąć. W domu zawsze troszczyli się o zwierzynę, ale nigdy nie mieli konia. Dopiero w wojsku otrzymał swojego pierwszego czworonożnego towarzysza. Dbał o niego jak najlepiej potrafił. Często go przekarmiał, bo lubił patrzeć jak przeżuwa marchewkę i inną zieleninę. Kochał te zwierzęta i było mu żal, że już go nie zobaczy. Poszukiwanie go nocą, bez widocznych śladów było głupotą, zwłaszcza, że koń pewnie biegł pewnie tak długo, aż stracił tchu w piersi lub spadło na niego drzewo. Widząc w wyobraźni, jak jego Siwek gdzieś samotnie zdycha z zimna, nie potrafił zamknąć oczu. Potrzebował jakiegoś zajęcia. Dlatego zaproponował swoją kandydaturę sierżantowi i czekał w namiocie, aż zacznie się jego warta. Miał wrażenie, że to wszystko jakiś zły koszmar, że cała ta misja porwie nie tylko konia w objęcia śmierci. Nad ranem czuł się wykończony psychicznie. Zjadł coś w miarę ciepłego i wyruszyli w dalszą drogę w ponurym nastroju. Oprócz zmęczenia i potwornego zimna, odczuł również, że nie czuje palców u stóp, ale szedł dalej. Nie mógł się teraz zatrzymać. Co jakiś czas wchodził na konia od towarzyszy, żeby trochę odpocząć za co im dziękował skinieniem głowy. Chociaż był wykończony, wolał chodzić. Przynajmniej wiedział, że jeszcze może chodzić, a na koniu zaczęły przychodzić czarne myśli: "co jeśli nie będę mógł już chodzić?". Dotarli to polanki i sierżant zadecydował o wyprawie do małego garnizonu w Stanicy. Kent tylko potaknął i cieszył się w duchu, że może jakoś przeżyją tą wyprawę. W garnizonie przeczekają paskudną pogodę i będą mogli wyruszyć za przeklętymi zielonoskórymi. Gdy będą rozkładać obóz zaplanował pierwsze dobrze się rozgrzać przy ogniu. Jeśli będzie trzeba pójdzie trochę naścinać trochę drewna swoim toporem, żeby zwiększyć palenisko. Będzie masował i nagrzewał przede wszystkim swoje stopy. Jeśli brak czucia palca nie będzie schodził, poradzi się cicho medyka czy to normalne. Gdy się rozgrzeje, rozłoży wnyki między drzewami, bynajmniej nie na zwierzęta, ale gdyby gobliny ze swoimi wilkami zwietrzyły w pobliżu ludzi. Stworzy tym samym mają barierę ochronną dla swoich towarzyszy. Oczywiście napomni towarzyszy, gdzie mają stawiać nogę, żeby nie zahaczyć o pułapkę. Dla towarzyszy nie będzie to niespodzianka, Kent nie po raz pierwszy wykorzystał w ten sposób sidła.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e1HPb7y.jpg

 

Frigga

 

Lodowata zamieć nie była dla niej pierwszyzną, parę ich już przetrwała w swym życiu zatem wiedziała co robić i jak działać. A to, że podczas tej zawiei stracili jednego konia tylko utwierdzało ją w przekonaniu jak kiepsko ten oddział był przygotowany do takich wypraw. Gdy nadszedł czas odpoczynku wydzielili między sobą warty, a później Frigga po prostu opatuliła się w swoje futro i zamknęła oczy by złapać te kilka godzin odpoczynku. Przynajmniej nie byli zagrożeni żadnym atakiem tych, których sami ścigali.

Ranek zastał wszystkich żywych, co można było uznać za sukces że nikt nie zamarł mimo wszystko z powodu zamieci i mrozu. Podróż do niedalekiego garnizonu zdawała się być najlepszym wyjściem niż cofać się i nie dotrzeć do wioski z której wyruszyli na początku. A potem natknęli się na ślady zielonoskórych i na twarzy Friggi pojawił się złowieszczy uśmieszek.

- Mam przed sobą tych, których mieliśmy ścigać. Ich ślad prowadzi tam, gdzie sami zmierzamy co sugeruje byśmy nie zmieniali nagle zdania, ale ruszyli dalej za nimi. Dopadnięcie zielonoskórych będzie dobrym zwieńczeniem naszej misji, zwłaszcza gdy zaatakujemy gdy tamci będą zajęci napadaniem na stanicę. - w jej głosie słychać było dziwną radość z tego planu, na przekór temu co się właśnie działo.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

Cyrulik jechał skulony w siodle. Nie wiedział, że zima może być tak sroga, gdy przebywa się z dala od ciepłego paleniska chaty. Cały czas poszukiwał u siebie pierwszych oznak odmrożeń. Jak do tego dojdzie, zamierzał łyknąć spirytusu z sakwy w celu uratowania kończyn, ale to byłby ostateczny krok. Jesli sięgnie po niego zbyt wcześnie może się to skończyć szybszym wyziębieniem ciała. Dla tego na razie całkowicie skupiał się na utrzymywaniu ciepła. Cieszył się tylko, że nie miał przy sobie żadnych metalowych części wyposażenia. W taką pogodę więcej by było z tym szkód niż zysków.

 

Kiedy został wyznaczony do warty nie oponował. Taki los bycia rekrutem, żółtodziobem. Zawsze wyznaczanym do najgorszej roboty. Najpierw musiał udowodnić swoja wartość. Nie zamierzał odpuścić. Nie podda się tak łatwo. Przed wartą ogrzał przy ognisku tylko swoją rusznicę, by uniknąć sytuacji w której mechanizm zamarzł. Chciał mieć pewność, ze broń będzie w stanie wystrzelić, w razie potrzeby.

 

Gdy dotarli do goblińskiego lodowego kręgu, Dietger poczuł dreszcz niepokoju. Nie lubił magii. Nie dało jej się określić, była czymś nienaturalnym, niepoznawalnym. Coraz bardziej żałował, że zgłosił się do tej misji. Ale nie było już odwrotu, pozostawało tylko iść naprzód.

 

- Nie zmienimy kierunku nawet gdybyśmy chcieli.  Musimy dotrzeć do stanicy nim zaczną się odmrożenia i choroby. -Było to tylko stwierdzenie. "Medyczna ekspertyza", jak mawiał jego ojciec. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Muzyka

 

Zdecydowali iść przed siebie, nie zamierzali zrezygnować z obranego wcześniej kierunku. Nie było czasu aby przyjrzeć się dokładniej śladom, wyczytać z nich coś wartościowego, ich ciała potrzebowały ruchu. Bez ruchu już dawno byliby martwi. A może już byli martwi? Z oddali ponownie słychać wycie wilka. Nie są bezpieczni, nawet tu, na tej białej pustyni.

Mała mapka otrzymana od komendanta, nie odpowiadała w żadnym stopniu rzeczywistemu ukształtowaniu terenu. Głupi kawałek papieru, nie mówiący zwiadowcom zupełnie nic wartościowego. na niej z jednej strony zapisane imię i nazwisko sierżanta ,, Ardern Rindenberk'' a pod spodem dopisek ,,Jakiś kretyn ze sztabu''. Musieli zdać się tylko i wyłącznie na siebie.

Konie rżały, Dietger zastanawiał się, czemu rżały? Tego nikt nie wiedział. Z uciechy może, rżą, rżą, rżą, słowo obracane w zdrewniałym umyśle traci znaczenie, krok za krokiem w kierunku koni, a one za każdym razem rżą, rżą, rżą, rżą.

Człap, człap, przez śnieg, wszyscy byli głodni. Bez wyjątku. Powietrze było jak kryształ, a niebo niebieskie, bez jednej chmurki, bez plamki oznaczającej ptaka. Żadnych śladów na śniegu, nie było nic, tylko nieskazitelna równina. Zwierzęta były martwe, świat był martwy, oni też są martwi, skazani na wieczne tułanie się po czarno-białej pustyni, martwi, martwi... zimno, zimno... zasnąć, oczy kleją się, powieki opadają, krok za krokiem. koń kołysze się spokojnym, znanym rytmem, ogarnia nagle jakaś błogość, zimno odchodzi powoli...

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

 

Wreszcie nadszedł wieczór, chwila której zwiadowcy tak długo wyczekiwali. Mogli wreszcie w końcu wypocząć.... albo nie. Przecież nie było ogniska, tylko zima, cholerny mróz, i otępiające zmęczenie. Nawet Frigga była już wyczerpana, co tym bardziej podkopywało ich morale.

Resztki sił poświęcili na zebranie drewna, sierżant Ardern widząc niechętne działaniu twarze pozostałych, podjął się zadania rozpalenia ogniska. Nie wydał rozkazu. Rozpaczliwie zmuszał palce do rozprostowania się, w dłoniach trzymał hubkę i krzesiwo które co rusz wypadały mu ze zdrętwiałych rąk. Może pozostali mogliby mu pomóc? Nic z tego, Frigga chciała go wyręczyć, ale jej palce również odmawiały posłuszeństwa. Z pozostałymi było jeszcze gorzej. Sierżant w pełnym rozpaczy szale który wkradł się w miejsce otępienia, próbował rozpalić ognisko, nagle mimowolnie z jego ust rozległ się krzyk, coś o roztrzaskaniu cholernej hubki i rozwaleniu jej w drobny mak. Palce ich nie słuchały.

W myślach Dietgera nadal rozbrzmiewało jedno słowo, ,,rżą'', a przecież musieli rozpalić ogień. A konie rżą - nie rżą, są cicho, ale słowo przyczepiło się, nie chce odejść, rżą, rżą, nie ma ognia. Ogień musi być, bo konie rżą, trzeba iść... nie, trzeba rozpalić ogień, nie da się, jaki ogień? Pozbawione znaczenia słowa krążyły mu po głowie, co chwila zamykały mu się powieki. Nie ma żadnego sierżanta, jest tata, tata, a konie rżą.... z tego stanu wyrwał go PŁOMYK! Zgasł? Nie, nie, nie....

Ale płomyk nie gaśnie, wysuszone mrozem gałązki zajmują się, powoli mały żywioł budził się do życia, jeszcze blady, pełgający. Ale w końcu, jest ogień! OGIEŃ! Sierżant Ardern podnosi się dumnie, teraz mogli wreszcie rozmrożyć jedzenie przy ognisku, zrobiło się ciepło, mogli zdjąć szmaty z twarzy, oddech przy ognisku przestał parować. Fala ciepła rozpełza się, śnieg zaczyna się topić. Kent śmieje się, wszyscy wyciągająca ręce w kierunku płomienia.

Suszone mięso ląduje w garze wrzucone przez Lindhę, konie garną się pod ogień, Frigga prowadzi je pod ognisko. Popręgi odmarzają, można odpiąć zapinki, rozkulbaczyć zwierzęta, szumi ogień, a zupa zaczyna bulgotać. Wraca czucie w rękach, najpierw był ból, ale był to dobry ból, bo oznaczał życie. Wszyscy siedzieli przy ognisku i rozmawiali. Wreszcie mogli rozmawiać. Udało im się przeżyć. Za nimi pierwszy ciężki dzień, zrozumieli że teraz muszą się zjednoczyć. Silniejsi muszą pomagać słabym. A dowódca musi stać się prawdziwym dowódcą. Nie było innej opcji, albo to, albo śmierć.

Tej nocy temperatura szła w górę, było całkiem przyzwoicie, można było nawet pożartować...

 

campfire-burning-at-night.jpg

 

 

tehpVsq.png

 

 

Dzień zaczął się od bardzo dobrej pogody. Z mapy nie za wiele dało się wyczytać, ale zgodnie z oczekiwaniami, tego dnia powinni byli dotrzeć do stanicy. Uczucie które zastąpiło wczorajsze poczucie beznadziei było nie do opisania, przepełnieni nową dawką energii spożyli posiłek, zabrali się za przygotowanie wierzchowców, a następnie ruszyli w dalszą drogę.

Ponownie droga i mróz, choć już nie tak ostry, jak zeszłego dnia. Mijała godzina nudnej podróży, potem druga. Zeszło słońce, delikatnie zaczął prószyć śnieg. A w końcu zła wiadomość, ślady dokładnie w poprzek kierunku jazdy. Cztery biegnące obok siebie wilki. I jeden, idealnie odciśnięty w śniegu ślad buta - tuż obok wilczego tropu. Trop był wczorajszy, świeży.

Sierżant Ardern miał wyraźny rozkaz - wyrżnąć zielonoskórych. Dzisiejszego dnia byli w lepszej kondycji, mieli szansę. Teraz musieli dokonać wyboru, ruszyć śladem wilków, a to przecież mróz, to oddalenie się od stanicy. A na końcu walka, walka szalona i być może bezsensowna. W ciszy i płaczu mogli zginąć ludzie. Ci, których mróz najbardziej osłabił.

Ale jednak, zlekceważyć trop, to zlekceważyć rozkaz. To tak, jak gdyby stać na straży i nagle zejść z posterunku. To pozostawić mieszkańców okolicznych osad na zgubę. To skazać ich na atak zielonoskórych. Ruszyć teraz do stanicy to sąd wojenny. Sąd cichy i - niemal - bez konsekwencji. Żaden z żołnierzy nie przyzna się przecież przed dowódcami że widział ślad. To sąd nad samym sobą, to płacz wieczorem i niespokojny sen, na wieść o ofiarach ataku zielonoskórych. To ból na wieść o kolejnych spalonych wioskach. To świadomość tego, że zawiedli. Że nie zrobili tego, do czego byli zobowiązani. Że musieli bronić wieśniaków przed atakiem.

Wszystko to za ucieczkę do ciepłej stanicy.... 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e1HPb7y.jpg

 

Frigga

 

Zima i zamiecie jakże typowe dla tych terenów. I przenikające zimno, przed którym na dłuższą metę nawet najlepsze ubrania nie dawały osłony. Potrzebowali odpoczynku i ciepła i na tym też skupili się tego wieczoru, gdy z uporem walczyli by w końcu rozpalić ogień, ogrzać się. W końcu mogli nabrać sił. Nawet Frigga poweselała, wyciągając butelkę zimnego napitku, który idealnie odwzorowywał ich sytuację. A gorzałka zawsze rozgrzewa i tym razem było tylko po łyku. Resztę norsmenka miała zamiar zachować na chwilę, gdy znów staną się bezbronni wobec pogody, bez ognia i możliwości rozgrzania się. Zaś gdy noc nadeszła Frigga rozłożywszy posłanie przytuliła się do drugiej kobiety, dla zachowania ciepła gdyby ognisko zgasło.

- Tak robimy u nas by nie zmarznąć. To jest coś czego wy też musicie się nauczyć, dzielić ciepłem własnego ciała. - rzekła do reszty, która mogła być zdziwiona takim zachowaniem. A to, że w nocy powoli robiło się cieplej mogło nawet sprzyjać temu pomysłowi. By zarówno nabrać sił jak i się zrelaksować. Dla Friggi liczyło się tylko tu i teraz, a kolejne dni przynosiły zawsze coś innego i nowego.

A czymś nowym kolejnego dnia była trochę cieplejsza pogoda, oraz ślady wilczych jeźdźców biegnące w innym kierunku niż poprzednio. To mogło wskazywać na zmianę trasy ściganych orków, albo pojawienie się kolejnej ich grupy, albo też podzielenie się oddziału. Spojrzała na tego, który im przewodził w oczekiwaniu na jego decyzję.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

Spoglądając na mapkę terenu przeszły mu przez myśl, że osobę odpowiedzialną za jej stworzenie należałoby wybatożyć. Kiedy później próbował rozpalić ogień na chwilę puściły mu nerwy i chciał nawet coś rozwalić w drobny mak, ale chwili jednak w końcu udało mu się rozpalić ogień. A kiedy tak się stało zaczął się powoli znów uspokajać. Nieco później okazało się ślady, które do tej pory prowadziły w tym samym kierunku do, którego zmierzali tak zaczęły prowadzić w poprzek kierunku jazdy, a to sprawiało, że ponownie trzeba było dokonać wyboru w którą stronę ruszyć.

- Frigga, Kent jak sądzicie jeśli zdecydowalibyśmy się podążać śladem goblinów, to mamy szansę dopaść ich jeszcze dzisiaj?

Wczoraj nawet nie rozważałby walki goblinami, bo zima dała im zbyt siwe znaki i walka z tymi stworzeniami byłaby z góry skazana na porażkę, ale dzisiaj sytuacja się zmieniła. Dziś mieli szansę wygrać tą walkę. 

-Jak widzicie trzeba teraz wybrać czy kierujemy się dalej do stanicy czy też ruszamy śladem goblinów, ale nim podejmie decyzje chciałabym wysłuchać waszych argumentów za i przeciw odnośnie obu opcji.

Uznał, że takie pytanie teraz okaże się pomocne. Będzie wiedział do, której z opcji jego bliżej jego żołnierzom i zawsze też w toku dyskusji może pojawić się argument, który ostatecznie przeważy szalę w jedną lub drugą stronę. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

jf0Y2cY.jpg

Linda Schwarz

 

Dzień przed kolejnym postojem był męczący zarówno dla koni jak i nich samych. Ich sierżantowi puszczały już nerwy przy zwykłym zapaleniu ogniska. Naszczescie w końcu mu się udało i reszta nie musiała intenwerniować. Jak to ludzie, wszyscy egoistycznie najpierw zatroszczyli się o swoje ciepło, dopiero jak sami poczuli się lepiej Lindhu w końcu wstała i podprowadziła zwierzęta bliżej ognia. Sam fakt że zebrało jej się na lekki epoczucie winny co do wieszchowców świadczył o poprawie ich sytuacji. Przynajmniej z jej punktu widzenia.

Między przyżądzaniem posiłku a ciągłym procesie rozgrzewania siebie, najżmudniejszym zadaniem które przeciągneło się jeszcze dla ludzi trzymających wartę było rozpuszczanie śniegu by można było napoić konie. Mając małe naczynia zajmowało to w warunkach polowych strasznie długo ale było wykonalne.

 

Po wypowiedzi Friggi, kobieta zachichotała, przypominając sobie pewną historię z czasów jak była świeżym rekrutem. - A pro po metod przetrwania niepogody. Jak byłam byłam świeżym rekrutem, wraz z czterema innymi trafiliśmy w czasie zimy pod rozkazy, Leha Drumna, mówili o nim ‘Serdeczny Sierżant”, jak ktoś nie słyszał co on kazał robić rekrutom to powiedzmy w skrócie, że lubił wkręcać nowych. Zabrał nas w teren i powiedział, że nauczy nas metod które “pomogą” nam w czasie niepogody - Słowo ‘pomogą’ zaakcentowała tak by brzmiało ironicznie.

- Skurwiel czekał 5 dni ciągnąc nas po lasach i czekał do momentu aż będziemy już dosyć mocno, jak na bycie rekrutem, zmasakrowani zimnem, a wiedzieliśmy, że jeszcze 3 dni mamy z nim jeździć. Ustawił nas rankiem w szeregu i uraczył wykładem o tym jak smarowanie skóry tłuszczem zwierzęcym pomaga chronić ją przed zimnem. I puścił po nas jakąś jego menażkę z takim przygotowanym już specyfikiem. Oczywiście, że wszyscy się wysmarowaliśmy nim jeszcze z pocałowaniem ręki. Oczywiście sama metoda,  działa i rzeczywiście mróz nagle zrobił się bardziej znośny, tyle że jak ten tłuszcz zaczął się ogrzewać na nas albo już wróciliśmy i przebywaliśmy w ciepłym pomieszczeniu okazało się że on dodał czegoś do tego tłuszczu że jak tylko byliśmy w cieple to zaczęło od nas Tak śmierdzieć, że przez następny tydzień kazano nam spać w stajniach ze zwierzętami bo nas oficerowie nie chcieli wpuszczać do pomieszczeń i jeszcze przydzielali same prace na zewnątrz na zimnie bo wtedy ‘magicznie’ ten odór ustawał. To taka historia z pierwszej ręki później jak już się reszta żołnierzy z nas śmiać przestała to dowiedzieliśmy się że my to akurat nawet łagodnie zostaliśmy potraktowani i że Drumna miał więcej wykonanych żartów na swoich podopiecznych.- Skończyła opowieść, i nie mogąc już się opanować, ziewnęła. Potem ustalono warty i Lindhu mogła w końcu pójść spać. Zwiadowczyni obudziła się następnego dnia wtulona w norske czuła się wypoczęta i nawet zrelaksowana jak na panujące warunki.

 

Następnego dnia pogoda bardzo się poprawiła. Wydawało się że uda im się dostać do stanicy, niestety ślady na śniegu popsuły ten plan. Lindhu bardzo się zdziwiła na pytanie sierżanta, ale zdołała się na tyle opanować żeby nie było po niej tego widać. “Dlaczego mielibyśmy świadomie zrezygnować z wykonania rozkazu, to tak jakby od razu zdezerterować.” pomyślała.

-Powinniśmy ruszyć po śladach, jest mniej niż wcześniej. Lepiej rozbić ich grupę pozbywając się jazdy. - powiedziała nadal nie dowierzając, że sierżant nawet rozpatrywał zostawienie tego śladu i pojechanie do stanicy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Kent cieszył się jak dziecko, gdy zaczął odczuwać szczypanie palców stóp. Ruszał nimi z takim zainteresowaniem jak dzieciak, który bawi się swoimi zabawkami. Humor się mu od razu poprawił, gdy zaczął smakować posiłku przy ciepłym ognisku. Widząc Friggę, która przytulała się do drugiej zwiadowczyni odczuł pożądanie. Dwie kobiety leżały obok siebie i obie nieprzeciętnej urodzie jak na żołnierki. Odwrócił wzrok, żeby pożądanie nie wzięło góry nad jego umysłem i wpatrywał się w ognisko. Parsknął śmiechem słysząc historię Lindy. 

 

- W garnizonie w Ostermarku też miewaliśmy takie dowcipy. Oficerowie się nie wydurniali, no wiadomo, trzymali powagę otoczenia, ale chłopaki z fortu co dzień coś wymyślali. Mieliśmy takiego jednego, nazywał się Berk. Zabawny człowieczek i bardzo cwany był. Mieliśmy takiego kaprala co myślał, że wszystko może, bo wielki pan. Wyżywał się na nas hu**k jeden. Haha to go Berk z chłopaki ucapił. Nie żeby bił czy coś, ale raz dodał do jego obiadu "parę" robaków z lasu. Koledzy zagadali kaprala przy stole, a Berk wykorzystał moment i dorzucił robaczków. Takich małych co rzadko się dostrzega, a tym bardziej jak się lekko nie dowidzi. Cały korpus patrzył jak je wcina z gulaszem. Po paru łyżkach musiał poczuć coś jak mu się rusza między zębami chyba, bo zaczął baczniej wpatrywać się w gulasz, ale że słabo widział to ich nie dostrzegł. Co niektórzy wychodzili zwracać swoje posiłki za barakiem widząc jak jadł ten gulasz. Mnie też było niedobrze - Kent skrzywił się z szelmowskim uśmiechem przypominając sobie te wydarzenie - musiał się jakoś kapral dowiedzieć co było w jego posiłku, bo później męczył nas bardziej niż zazwyczaj, ale już nie jadł gulaszu - dokończył uśmiechając się jakby, nie zjedzenie gulaszu przez kaprala było jakimś wielkim zwycięstwem.  

 

Pogadali jeszcze chwilę, po czym Kent zaczął odpływać i zasnął w namiocie. Obudził się kolejnego dnia, przygotował się do dalszej podróży i wyruszyli. Niestety w trakcie ich podróży dostrzegli ślady goblinów, ale tym razem idące w poprzek do kierunku, którego obrali. Na pytanie sierżanta przykucnął i zaczął dogłębnie się zastanawiać. 

 

- Panie sierżancie, poruszają się na wilkach, a ślady są wczorajsze. Mają co najmniej jeden dzień przewagi nad nami. Przy najlepszych wiatrach, może dotrzemy do nich dzisiejszego wieczora, ale zakładając, że ruszymy galopem i pogoda się nie pogorszy. 

 

Słysząc drugie pytanie oficera trochę zdurniał. Od kiedy to dowódcy pytają się swoich podwładnych o radę. Najchętniej poszedłby do garnizonu i przeczekał tą koszmarną pogodę, ale bał się to wyznać, żeby inni nie posądzili go o tchórzostwo.

 

- Panie sierżancie, proponuję najpierw dojść do garnizonu w Stanicy. Zwiększyć zapasy i dać odpocząć koniom.  - pominął odpoczynek dla drużyny, bo miał wrażenie, że mogłoby to odnieść odwrotny skutek niżby chciał. - Wszak mapa nie do końca się zgadza z tutejszym krajobrazem. Nawet jeśli zdążymy jakimś cudem do wieczora usiec tą goblińską chołotę, nie wiemy na pewno czy odnajdziemy ten garnizon w kolejnych dniach. 

 

 

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

Medyk cieszył się, że mróz trochę zelżał. Nawet pociągnał łyk czy dwa medycznego spirytusu i choć paliło jak diabli to cieszył się, z rozchodzącego ciepła. A bliskość ognia sprawiała, że nie musiał się martwić związanym z nadmiernym ochłodzeniem organizmu spowodowanym rozszerzeniem naczyń krwionośnych. Po za tym rozkoszował sięciepłem ogniska i możliwością odespania całej nocy. Gdy usłyszał metodę Friggy na utrzymanie ciepła uznał ją za logiczną i nieco zazdrośnie patrzył na kobiety. Ale nic nie powiedział. Zamiast tego ułożył się pod kocem i zasnął.

 

Następnego dnia gdy zobaczyli ślady Dietger się zmartwił. Nie mieli gwarancji, że dotrą żywi do stanicy, zaś zboczenie z drogi mogło się dla nich skończyć tragicznie, zwłaszcza jeśli znów przyjdzie mróz jak wczoraj.

 

-Dzień zwłoki powinniśmy wytrzymać, ale przy tak nieprzewidywalnej pogodzie to wciąż ryzyko. Po za tym jeśli gobliny się nie zatrzymują i mają szamana który chroni ich przed pogodą nie sądzę czy będziemy w stanie ich dogonić. Zwłaszcza, że nie mamy gwarancji, ze gobliny idą do wioski. Może też kręcą się bez celu, albo zamierzają zaatakować stanicę? Nawet zielonoskórzy muszą coś jeść prawda? W takim wypadku nasza zmiana kierunku tylko narazi nas na dodatkowe zagrożenie i może sprawić, że gobliny dotrą do stanicy przed nami. Jeśli zginiemy nikt nie powstrzyma goblinów. Jak to mówią, dobry ratownik to żywy ratownik. Martwi na nic się nie przydamy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg
Ardern Rindenberk

 

Po odpowiedziach członkach oddziału widział już kto ku jakiej opcji się skłaniał. W prawdzie Frigga jeszcze nie zdążyła się wypowiedzieć, ale widział po niej głód krwi tak samo jak u Lindy. Chociaż zdania członków oddziału było podzielone, to tak naprawdę cała trójka dostarczyła mu argumentów przemawiających tylko za jedną opcją. Trochę żałował, że oddział nie jest w tym przypadku jednomyślny, ale to była przeszkoda, którą jak najbardziej można było pokonać.

-Masz rację Kent mapa jest niedokładna, a pamiętajcie, że naszym pierwszym założeniem było, że gobliny kierują się ku stanicy by ją zaatakować. Możliwe, że oni wciąż kierują się ku niej, a my mamy ją po prostu zaznaczonym w złym miejscu na mapie. Oczywiście, to tylko moje przypuszczenie i może być błędne, ale możliwe też, że jest słuszne. Jak widzicie więcej rzeczy przemawia za opcją pierwszą. I pamiętajcie też, że naszą misją jest ubicie goblinów. Zdecydowałem zatem, że natychmiast ruszamy tropem zielonoskóych. Czas upuścić trochę goblińskiej krwi.

Miał nadzieję, że dzieląc się przypuszczeniem co do miejsca położenia stanicy sprawi, że Dietger i Kent będą mieli większą chęć zapolować na gobliny i przyjmą lepiej jego decyzje o tym by podążać za ich śladami. O Friggę i Linę nie musiał się martwić tak jak on miały ochotę przelać trochę gobliśnkiej krwi. Jeśli miał rację co do położenia stanicy, to możliwe, że nie będą musieli nawet zawracać po walce z goblinami. Liczył też, że dopadną gobliny jeszcze dziś, a najdalej nazajutrz. Zdawał sobie bowiem sprawę, że dłuższa pogoń może ich zanadto osłabić, a tego wolałby uniknąć.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Zwiadowcy zdecydowali wspólnie ruszyć za śladami. Choć zdania były podzielone, sierżant Ardern miał decydujący głos. Podążą za tropem. A nie trzeba było tropiciela, aby poprowadzić drużynę za wilkami, ślady były wyraźne. Ruszyli. Kent aby nie spowalniać reszty wskoczył na konia Lindhy. Minęło południe, jechali przez rzadki las, coraz bardziej oddalając się od stanicy. Czapy śniegu okrywające konary drzew stały na drodze słabych, delikatnych promieni słońca. Z każdą minutą robiło się coraz chłodniej i ciemniej, śnieg przestał padać, teraz trzaskał pod kopytami. 

Suchy, twardy, zwiastujący kolejną ciężką noc. A trop biegł i biegł. Wciąż coraz dalej od stanicy, odciągając ich od zbawienia, ostatniej deski ratunku.

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Zatrzymali się przed zmierzchem. W jednym z jarów leżały zwłoki mężczyzny. Przysypane śniegiem tworzyły zaspę spod której wystawał tylko sterczący pionowo kij. Zwiadowcy podjechali bliżej, gdzieś z góry spadła czapa śniegu uderzając z suchym trzaskiem w ziemię. Lindha zeskoczyła z z konia jako pierwsza, nachyliła się nad starcem. Skąd Lindha miała pewność że to starzec? Przecie to może być ktokolwiek, młody chłopak, może zbój, a nawet zielonoskóry? Kto wiedział co kryje się pod zaspą? Kto zmrożoną ręką trzyma, jak niegdyś Hakkar gruby kij. Słyszała tę historię... Hakkar, starzec nie był szczególnie bogaty, ani biedny, żył samotnie w małej, cichej osadzie na północ od Middenheim. Pewnej zimowej nocy pod osadą pojawiły się wilki, zwierzęta były duże i głodne. Krążyły w okół wioski i wyły. Łaknęły krwi, Hakkar w swym życiu słyszał wiele opowieści o wilkach, widział także nie jeden atak zwierząt na wieś. 

Zabijcie świnie i rzućcie na pożarcie zwierzętom, najedzą się i odejdą - mówił. Ale nikt nie chciał go słuchać. Wyciągnęli siekiery i widły. Niech przyjdą, niech tylko podejdą, mówili wskazując cienie na granicy osady. Hakkar bał się, bał się jak nigdy dotąd. Czuł że to nie są zwykłe zwierzęta. Jakimiś cudem wiedział że mieszkańcom osady przyjdzie zapłacić za swą głupotę. Ubrał się najcieplej jak potrafił, zabrał torbę z jedzeniem i wyszedł. Ruszył w las. Wilki nie zrobiły mu krzywdy, nie wiedzieć czemu puściły go i pozwoliły skierować się w stronę najbliższej osady. A potem zaatakowały wieś. Tej nocy w zmarzniętą ziemię wsiąkło wiele krwi. Żaden z wieśniaków nie ocalał. Wilki opętane niezrozumiałą furią rozszarpały wszystkich mężczyzn, a potem zagryzły kobiety i dzieci. Hakkar nie dotarł do sąsiedniej osady, zmarł nad ranem, z zimna. 

Legenda mówiła że starzec czasem pojawia się na drodze tych, którzy źle wybrali. Na drodze tych, którzy srogo zapłacą za swoją butę. Ale to tylko legendy, bajania, prawda?

Lindha odśnieża zaspę, okazało się że to tylko gruba warstwa śniegu okrywała kupę liści i gałęzi. Hakkar... też coś.

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Monotonia terenu zabiła czujność, równina przetacza się leniwym rytmem, po lewej i po prawej stronie wciąż gładka, wciąż bez skazy, równy, prosty ślad, znowuż ciągnie się przed oddziałem, jest chłodno, bardzo chłodno. Coraz chłodniej. 

W końcu dostrzegli pozostałości po obozie zielonoskórych. To dobry znak, byli coraz bliżej. W okół ogniska rozciągał się okrąg szeroki na kilka metrów, w którym nie było śniegu. Szara ziemia która nie jest skostniała, raczej zmrożona po całym dniu. Jakby ktoś rozpalił tu ognisko, olbrzymie, potężne, stopił śnieg, rozmroził ziemię, a potem odszedł. Tylko że wtedy po ognisku zostałyby ślady spalenizny. Tu w okół ogniska ich nie było. A w okół ogniska panowała wysoka temperatura, która stopiła śnieg w odległości kilku metrów. Czyżby gobliński szaman był aż tak potężny? 

Musieli ruszać dalej....

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Mijała godzina za godziną, zwiadowcy poruszali się dość szybko, a po drodze nie natrafiali na żadne kłopoty. Nie musieli tracić cennych minut na omijanie przeszkód, podążali prostą drogą, trop nadal był wyraźny i świeży. Minęli lodowy krąg, taki sam jak poprzednio, wiedzieli że są blisko, cholernie blisko.

Jeszcze mila, druga, w końcu na horyzoncie pojawił się tuman śniegu. Od północy uderzyło w nich zimne powietrze. Nie zimne, lecz mroźne. Zaniepokojone konie rżały, spadały pierwsze płatki śniegu. Pozostała im może godzina drogi. Ale pogarszające się samopoczucie i mróz, który był porównywalny do wczorajszego utrudnił dalszą drogę.

Ktoś osunął się z konia, jeden ze zwiadowców runął z głośnym hukiem na śnieg. Pozostali odwrócili się, cyrulik Dietger Ross, najbardziej osłabiony że wszystkich zwiadowców nie wytrzymał. Jego twarz była blada. Kent drżał, chciał zeskoczyć z konia i pomóc towarzyszowi, ale gdy spróbował, również runął na ziemię. Podniósł się z oporem, cała piątka była głodna, zmarznięta i pozbawiona sił. 

Frigga pomogła podnieść się Dietgerowi i usadziła go tuż obok drzewa. Lindha, Kent i Ardern drżeli. Lodowata, niewidoczna postać kładzie dłoń na ramieniu Kenta. 

Czujesz się już jak bohater? - pyta mrożącym krew w żyłach głosem, masuje go lodowatym uściskiem po ramionach. Mróz przeszywa jego ręce, nie jest w stanie nimi poruszyć. Pierwsze objawy majaków.  - Wyszkolony żołnierz, Kent Bergsohn, wielki zwiadowca, najlepszy z najlepszych. A wchodzę ci w dupsko i rozrywam wnętrzności, jak pierwszemu lepszemu pospolitemu wieśniakowi. - niewidzialna postać wybucha głośnym śmiechem, następnie milknie, przeszywający ciało i wnętrzności mróz nie odchodzi. Powieki Kenta powoli opadają, zwiadowca osuwa się niemal nieprzytomny na ziemię, choć zachowuje resztkę zmysłów. Drży, szczęka zębami tak głośno, że nie sposób go było nie usłyszeć. U sierżanta Arderna widać pierwsze objawy odmrożenia , czuje mrowienie, skóra drętwiała, a w kilku miejscach zdawało się, że ma bolesne pęcherze. Nie zamierzał tego weryfikować, był szczelnie otulony ciuchami, choć ból był niemal nie do wytrzymania. Lindha drżała oparta o drzewo ledwie mogąc się poruszyć, całe jej ciało przeszywały dreszcze. 

Nikt nie ma już sił by po raz kolejny zerwać się, na nic nie ma już sił. Ognisko rozpaliła Frigga, choć jej usilne starania przywodziły na myśl te z poprzedniego wieczora. Musiała dopilnować aby reszta przeżyła, na spółkę z sierżantem pomogła ledwie żywemu Dietgerowi, Lindcie i Kentowi zbliżyć się do ogniska. 

Najgorsze przyszło, kiedy zorientowali się, co wydarzyło się zeszłej nocy. Frigga szukała jedzenia niemal wszędzie, tego samego które wczoraj rozmarzało przy ognisku. Obmacywała wszystkie konie, przeszukała wszystkie torby, nawet tę na narzędzia Dietgera. Zostały tylko resztki. Albo ktoś okradł ich poprzedniej nocy, albo zapomnieli zabrać, nie sposób było tego zweryfikować, zwłaszcza że zapomnieli o warcie... To była najgorsza noc ze wszystkich, pełna krzyków, majaków i głodu. 

 

 

9h3nnDR.png

 

Po przebudzeniu wszyscy wiedzieli że wybrali źle. Nie należało ruszać tropem zielonoskórych, od początku pogoda sugerowała im, że należy zaniechać pościgu. Ale Lindha, Frigga i Ardern chcieli rozlewu krwi, nie dostrzegli tego, jak bardzo Kent i Dietger ucierpieli od czasu wichury. Gdyby nie ruszyli tropem zielonoskórych, daliby radę, zdążyliby na czas. Nie musieli by się martwić o jedzenie. Ale nie! Głupcy chcieli walki. Oto mają swoją ukochaną walkę! Przyjdzie im zginąć. Mróz wykończy ich bardzo szybko. Pragnęli też odpoczynku, wszyscy, bez wyjątku. Odpoczęli zeszłej nocy. Nie chcieli warty, nie było warty. Teraz wykończy ich także głód. 

Ani nie pojmą goblinów ani nie dotrą do stanicy. Co teraz? Ruszą dalej śladem zielonoskórych? Wybiorą tę drogę? Zdecydują się poświęcić życie dla rozkazu? Musieli dokonać wyboru. Wszyscy byli wyczerpani i głodni. Ale trop już dawno zniknął, nie wiedzieli którędy powinni iść aby dotrzeć do stanicy. Mogli spróbować zawrócić. Nie wiedzieli też, dokąd udały się gobliny. Śmierć nachylała się nad nimi, uśmiechając się prosto w twarz. Najsłabsi ze zwiadowców byli na skraju wytrzymałości. 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

jf0Y2cY.jpg

    Lindha Schwarz

 

Kolejny wieczór nastał, przyniósł też realizację tego czego Lindha nie zauważyła wcześniej. Brak wart, poprzedniego wieczoru “Ale jak to się mogło stać przecież sierżant zawsze wyznaczał?! Prawda?” Kiedy Frigga podzieliła się rewelacjami, Lindha nie umiała pojąć w jej zmęczonym umyśle zamkniętym w wykończonym zmarźniętym ciele jak mogło do tego dojść. Nie doszła, umysł miała ciężki nie potrafiła myśleć, potrzebowała jedzenia i ciepła. W odróżnieniu od poprzedniego dnia nie kojarzyła z kim dzieliła posłanie i ciepło. Pamięta jedynie uczucie, że przywarła do do drugiej osoby jakby jej życie zależało od tego,  oczywiście po części tak właśnie było. Wieczorem pamięta, zamiast jedzenia dostali ciepłej wody do picia.

 

Kolejnego dnia, zaraz po przebudzeniu Lindhu poszła obejrzeć konie skoro, zapomnieli wart czy pamiętali żeby je napoić albo nakarmić? Może ta pogoda sprawiała, że pamiętali już rzeczy które się nie wydarzyły? Jedzenie koni było na swoich miejscach nie naruszone.

Od razu rzuciło jej się w oczy że jeden koń był słabszy od reszty. Kary, koń Friggi. Obejrzała go dokładniej żeby mieć pewność. I wróciła do reszty.


- Kary osłabł, stawiam że padnie na szlaku w najbliższych dniach reszta się trzyma. - Najpierw dostarczyła zła wiadomość bo strata kolejnego konia nigdy nie jest powodem do dumy. Jej słowa słyszeli wszyscy ale zwrócone były głównie do sierżanta Rindenberka.- Ale jeśli ubije się go teraz będziemy mogli zyskać dużą ilość mięsa do jedzenia i reszta koni będzie miała większy zapas paszy. Niestety stracimy na to pół dnia o ile nie by zabrać wszystko co się da przerobić. - Przedstawiła za i przeciw ale dodała jeszcze jedno. - Istnieje też możliwość że truchło karego przyciągnie drapieżniki. Na przykład wilki, z goblinami. Możemy spróbować zastawić pułapkę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg
Ardern Rindenberk

 

Wczoraj byli tak zmęczeni, że nie wystawili nawet warty. Z resztą, kto miałby na niej stać jak wszyscy opadli z sił. Na domiar złego stracili zapasy. Szczerze mówił wątpił by ktoś ich okradł, bo przecież równie dobrze ktoś mógłby poderżnąć im gardła i zabrać konie. Więcej by na tym zyskał niż tylko kradnąc im zapasy. Raczej zapomnieli zabrać prowiantu albo byli tak głodni, że go zjedli i nawet nie zauważyli, że nie zostawili nic na później. Cóż, teraz, to nie miało znaczenia, ale miało konsekwencje. Linda zadała pytania czy ubić jednego z koni. To nigdy nie była łatwa decyzja. Brak konie osłabiała oddział, ale był już on osłabiony i musiał się wzmocnić.

- Zrób tak. Niestety, to chyba najlepsze rozwiązanie.

Nie był zachwycony tym, że musi poświęcić jednego z koni, ale w tej chwili nie wiedział lepszego rozwiązania. 

- Nie poszczęściło się nam z tą gonitwą, ale gdyby gobliny zeszły do wioski i wymordowały wieśniaków mielibyśmy do końca życia wyrzuty sumienia, a tak nie mamy sobie nic do zarzucenia zrobiliśmy wszystko co w nasze mocy by dopaść gobliny. Niestety, się nie udało. Nie grozi nam też sąd wojenny, a byłoby inaczej gdybyśmy zignorowali ślady. Wiem, że w tej chwili, to marne pocieszenie, ale kiedy już wrócimy do domu będziemy spać spokojnie z czystym sumieniem.

Miał nadzieję, że jego słowa choć trochę pocieszyły oddział. Raczej nikt nigdy by się nie wygadał, że zignorowali ślady, ale przecież zawsze ktoś mógł chlapnąć po pijaku językiem sprowadzając na wszystkich kłopoty, a tak nie musieli się o to martwić. Znaczy nie będę się musieli o to martwić jeśli przeżyją.

- Jako, że trop dawno zniknął zdecydowałem, że zawracamy. Tak wiem co mówiłem o mapie, ale mówiłem też, że mogę się co do niej mylić.

Sierżant spojrzał na Dietgera.

- Dzisiaj na warcie stanę ja i Lindha. Czy ktoś z was ma miksturę leczącą lub coś innego co mogłoby pomóc Dietgerowi?

Niestety on sam nie posiadała żadnej mikstury leczącej ani innego specyfiku, który mógłby pomóc cyrulikowi.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

jf0Y2cY.jpge1HPb7y.jpg

 

Lindha “Szał” Schwarz, Frigga

 

Lindhu po rozmowie z sierżantem zwróciła się do drugiej żołnierki. - Pomożesz mi? - Spytała, z jednej strony Frigga była w lepszej formie niż Lindhu z drugiej zwiadowczyni nie wiedziała jak bardzo norska była przywiązana do konia i czy chciała się pożegnać. Frigga nie wyglądała na tym sentymentalny, ale miała szacunek dla ich zwierząt pracujących z nimi. Najpierw rozjuczyły konia ze wszystkich rzeczy które nie będą mu już potrzebne. - Weź go dalej a ja dam reszcie jedzenie by się czymś zajęły. - Powiedziała i oddzieliła dla reszty po porcji na kolejny dzień po czym powłóczyła za norską i karym na druga stronę obozowiska.        

 

Spojrzała na Lindhu i pokiwała głową. Wyglądało na to, że ona jedna poza Friggą rozumiała znaczenie poświęcenia i walki o przetrwanie na tyle dobrze by sięgać po środki ostateczne.

- Wygląda na to, że nie idzie zbyt dobrze póki co. Ale po ciężkim dniu zawsze przychodzi lepszy. - uśmiechnęła się z przekąsem. Wyglądało na to, że znów przyda się jej gorzałka, a raczej jej reszta. Powinno wystarczyć po łyku na głowę nim opróżni się do końca. A do spółki z koniną powinno dać im przetrwać noc.

 

- Taa, nie umiem racjonalnie wytłumaczyć co się wczoraj stało. Przecież zawsze wystawiamy warty to taki tik zachowania żołnierskiego. Nie rozumiem tego i powoduje to u mnie dreszcze. - Odpowiedziała Friggu, zrównując się z nią i koniem. - Nie wiem jak bardzo się do niego przywiązałaś, chcesz to zrobić czy ja mam? - Zapytała w końcu zadając norsce pytanie które rozwiewało jakiekolwiek senne teorie o ich położeniu. Było źle, i jeśli chcieli z tego wyjść musieli wziąć się w garść i stać się bardziej bezwzględni niż pogoda która im towarzyszyła od początku.

   

- Ja to zrobię. Nie przywiązuje się aż tak do niektórych rzeczy jak by się mogło zdarzyć południowcom. - odparła gdy odprowadzali konia kawałek dalej. Gdy już stanęli Frigga wyciągnęła swój topór, po czym zważywszy go chwilę w dłoniach zamachnęła się straszliwie i wykonała cięcie na koński kark, oddzielając głowę od reszty. - Nie sądziłam że nasz sierżant jest aż tak nieodpowiedzialny i zapomni o wystawianiu wart. Jak tak dalej pójdzie to ktoś będzie musiał przejąć dowodzenie.

- Mam nadzieje że sytuacja aż tak się nie pogorszy. - Powiedziała, do kobiety, sama była stażem następna w hierarchii ale nie chciała zostawać dowódcą w takich okolicznościach.

 

Wzięła pierwszą porcję mięsa i zaniosła do ogniska, gdzie nadal stał kociołek z gotująca się wodą, pokroiła mięso na mniejsze części i wrzuciła je do środka. Dosypała też trochę śniegu by zrobiło się więcej wywaru i dołożyła do ognia. Zebrała puste worki z wyposażenia i wróciła do Friggi pomóc przy ćwiartowaniu mięsa i sztukowaniu go na porcję łatwe do rozdzielenia, po zamrożeniu. Śnieg dookoła martwego konia, był już cały czerwony i nadal parował od ciepłej krwi wypływającej z świeżego truchłą.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

Kent obejrzał się instynktownie na swoje ramię. Po ostatnich urojeniach miał wrażenie, że czuje tą lodowatą rękę ciągle na ramieniu. Był na skraju wytrzymałości i czasem łapał się na tym, że nie wie co jest prawdziwe, a co jest urojeniami. W końcu zrobili postój po bezsensownym pościgu za goblinami. Nie dogonili ich, a teraz wszyscy nie są w stanie się nawet poruszyć, oprócz Norsmenki, która sama zadbała o ich prowizoryczny obóz. Wkrótce doszła do niego wiadomość, że nie ma już żarcia. "W dupę chaosu, czy ten dzień może być gorszy?" Pomyślał, bo teraz miał siły tylko na myślenie, gdy dowiedział się o stracie prowiantu. W pierwszej chwili odczuł wielki gniew. Jak to jest możliwe, że nie było prowiantu. Przecież wczoraj jeszcze był. Ale był za zmęczony, żeby o tym teraz myśleć. Był zmarznięty, znacznie osłabiony, majaczył, a teraz nie mógł zaspokoić swojego głodu. Za wszystko obwiniał Lindę i sierżanta. Gdyby nie oni, byli teraz w cieplutkim garnizonie z gorącym jadłem. Przez ich krótkowzroczność czeka ich kolejna ciężka noc. To było wyjątkowa zła noc dla strzelca. Żegnał się w myślach ze swoją rodziną. Chwilami widział swoją młodszą siostrę: Bianke, która prosiła, żeby wrócił już do domu. Żeby tylko wrócił. Że wszyscy za nim tęsknią. Później widział Keerina, najstarszego z rodzeństwa, który z mocnym kuksańcem powiedział, żeby też wracał, bo ciężko mu wydzierżeć z siostrą, po czym się zaśmiał, gdy Bianka pacnęła go w tył głowy. Następnie pojawili się rodzice, którzy tylko patrzyli na niego z uśmiechem, a nie poruszające się usta zdawały się mówić, że o nim pamiętają i go kochają. Ale później te wszystkie obrazy zmieniły się w koszmar, w którym widzi swoich rodziców obłożnie chorych, Keerina często bitego przez pana włości, a siostra parała się najgorszym zawodem, żeby dorobić parę miedziaków na życie jej rodziny. A później pokazał mu się jego starszy brat: Karl, którego szczerze nienawidził. Ów pijaczyna zwracał się do niego szyderczym śmiechem jakby był w obozie i pytał: po co to mu było? Po co się zaciągnął i słuchał rozkazów głupców takich jak jego sierżant? Mógł z nim uciec od problemów i pić, jeść w najlepsze. Po tym szyderstwie Karl zaczął jeść przed nim pieczone mięso, ziemniaki popijając winem, a wszystko działo przy kominku w karczmie. Młody łowca miał wrażenie, że czuje aromat tego jadła i ciepło paleniska. Karl tylko się złowrogo uśmiechał gdy jadł, po czym wskazał za drzwi karczmy i powiedział: czeka tam Twój znajomy. Kent bezwolnie ruszył i otworzył drzwi, ale nikogo tam nie było. Pierwsze co poczuł to mroźny wiatr na twarzy oraz zauważył że nie ma już drzwi, ani karczmy. Był sam na polu pełnego śniegu i przeszywającego wiatru. A później poczuł lodowatą rękę na ramieniu i usłyszał niemiły, znajomy głos za plecami: 

 

- Tęskniłeś? - a później był tylko złowrogi śmiech zanikający w wietrze.

 

Kent zerwał się z krótkim okrzykiem i popatrzył z wolna na swoje ramię. Znowu miał urojenia. Była już noc i wszyscy spali lub pojękiwali nie dbając o warty. Również miał to wszystko gdzieś. Był za bardzo zmęczony, żeby przejmować się losem grupy. Następnie osunął się nieprzytomny na swoje legowisko i w końcu zasnął.

 

Obudził się następnego dnia i trochę się zdziwił, że jeszcze żyje. Później przypomniał sobie zeszłą noc i jego urojenia, i przysiągł sobie, że wróci do domu czym prędzej do domu z oszczędnościami, które już zdobył. Ale najpierw musi przetrwać. Z planem na dzisiejszy dzień poczuł się o wiele lepiej, przynajmniej na umyśle. Linda zaproponowała ukrócenie życia konia, a sierżant się na to zgodził. Choć ciągle ich obwiniał za aktualną sytuację, to niestety bez posilenia nigdzie nie dojdą. Zgodził się z nimi niechętnie, bardzo niechętnie, bo zabijanie tych wspaniałych zwierząt było dla niego w normalnych nie do pomyślenia, ale po dzisiejszej nocy był nawet gotów zatłuc, któregoś z towarzyszy, tylko żeby ta noc się znowu nie pojawiła.

Sierżant zaczął coś paplać o tym, że dobrze, że pojechali tropem bo przynajmniej będą mieć czyste sumienie. "Co on pierniczy?" Kent nie mógł już go słuchać.

 

- Weźmy się do tego jak najszybciej. Rozpalcie bardziej ognisko i chodźmy zdobyć...pożywienie - powiedział ponuro skrzywiając się na ostatnie słowo. Pomógł zwiadowczyniom przy odkrawaniu mięsa z konia, żeby szybciej to poszło, a Dietgera poprosił, żeby pilnował mięsa w kociołku.

 

Edit:

 

Przy krojeniu mięsa starał sobie przypomnieć drogę, którą tu przybili i doznał jakby natchnienia. Miał wrażenie jakby tą drogą przejeżdżał wiele razy. Nie wiedział czemu zawdzięczać ta pamięć: czy swojej woli, czy jakieś opatrzności z góry. Najważniejsze było to, ze był pewny w którym kierunku mają podążać, żeby wrócić do punktu z wczorajszego dnia. Poinformował resztę i jak będą gotowi będzie przewodził drużynie upewniając ich, że to właściwa droga.

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

Dietger czuł się niesamowicie słaby, miał problemy z logicznym myśleniem. Nie do końca ogarniał co się z nim dzieje. Pamiętał podróż mróz i serie obrazów. Czyżby spadł z konia? Było mu naprawdę zimno. Pamiętał, że dostał mięso i poszedł spać.

 

Dopiero nad ranem wrócił do rzeczywistości i zaczął żałować, że się obudził. Ich sytuacja stale się pogarszała, a ich szanse na przetrwanie malały z każdą chwilą. Utracili prowiant, kolejnego konia oraz byli coraz bardziej wycieńczeni. Dietger żałował, że nie wpadli na te gobliny. Wolałby zginąć w walce niż w ten sposób. Odmówił tylko modlitwę do Sigmara. Zawsze miał nadzieję, że zdoła dokonać czegoś większego w życiu niż umrzeć tak bezsensownie. Żałosne. Zaczął nawet tęsknić za swoim dotychczasowym życiem. Zachciało mu się przygód. Teraz zapłaci za swoją zuchwałość. Czuł już oddech Mora nad swym karkiem. śmierć zbliżała się nieuchronnie.

 

Od rana chodził ze zwieszona głową i robił tylko to co od niego oczekiwano.  Wczorajszy dzień odcisnął na nim swoje piętno. Od rana nic nie powiedział, zatopiony w ponurych rozważaniach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Nad rankiem Frigga zdecydowała się uśmiercić konia. Pierwszy cios w głowę toporem okazał się być bezskuteczny, kobieta była zdecydowanie zbyt osłabiona by jednym cięciem załatwić sprawę, rozjuszył tylko przerażone zwierzę, a wraz z nim pozostałe. Kary krwawił, wierzgał się, dopóki nie padł kolejny cios, Frigga nie trafiła w kark, ale wystarczyło by kopyta się pod nim ugięły. Głośny, koński wrzask rozdzierał się echem po całym lesie. Dopiero trzeci cios pozbawił go głowy. Choć uśmiercenie zwierzęcia pozwoliło zaopatrzyć im się w zapas mięsa na najbliższe kilka dni, po tym wydarzeniu ich stan psychiczny bez wątpienia nie poprawił się ani trochę. 

Kiedy spożyli posiłek Kent podzielił się z resztą swoim doświadczeniem, zdecydował się pokierować pozostałych z powrotem w kierunku stanicy. Ruszyli przed południem, Frigga z Lindhą na jednym koniu, Kent zdecydował się przejąć stery za koniem Dietgera, jego samego usadawiając z tyłu. Kent z Dietgerem jechali na przedzie, prowadząc resztę. 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

 

Zwiadowcy bardzo szybko przypomnieli sobie, jak bardzo do niczego nadawała się ich mapa. Szczególnie gdy po wielu godzinach, tuż przed zmrokiem dotarli do miejsca w którym miała znajdować się rzekoma stanica. Najwyraźniej zabłądzili. Według mapy teren powinien już zacząć się wznosić, zawszona stanica miała być na wzgórzach a tu płasko. Jak na stole. Było dla nich już jasne, że do żadnej stanicy dziś nie dojadą. Byli już wykończeni, nic do nich nie docierało. Byli w półśnie, zamknięci w sobie. Czas uciekał im między palcami, zbliżał się kolejny wieczór, a oni nawet nie wiedzieli kiedy minął dzień. Byli otumanieni, niemal nieprzytomni.

Rozumieli już że właśnie oto zbliża się koniec, nie dotrą do żadnej stanicy. Źle wybrali. Popełnili błąd. Koniec. Beznamiętny, cichy koniec. Temperatura znów spadła. Zaczęła iść w dół na dwie, trzy godziny przed zmrokiem. To miała być kolejna ciężka noc.

Wszystko było przeciwko nim, od niedokładnej mapy, po oddział goblinów gdzieś na plecach, a do tego pogarszający się stan zdrowia Dietgera i Kenta. Byli już pewni że przyjdzie im umrzeć, tutaj, na tej zawszonej, białej pustyni. Nagle na krawędzi widoczności pojawił się wilczy jeździec, instynkt samozachowawczy zwiadowców sprawił, że wszyscy bez wyjątku się ożywili. Sierżant wydał z siebie krótki okrzyk. - Z konia! W zaspę! Położyć konie! - wszyscy jak jeden mąż padli w zaspę, nie mieli pojęcia, czy jeździec ich zauważył, czy też nie. Drżeli z przerażenia i zimna, czekając aż postać się oddali. Po paru minutach Kent podniósł wzrok, jeździec zniknął pozostawiając za sobą tylko ślady, zwiadowca dał znak pozostałym żołnierzom że droga jest już czysta. 

 

DQF3yli.png

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Kiedy oddalili się znacznie od miejsca, w którym spotkali jeźdźca zdecydowali się rozbić obóz. Koń Lindhy zdawał się być osowiały, łeb miał spuszczony, nie wyglądał najlepiej. Makabrą samą w sobie było rozpinanie jego popręgów - zmarzły, niemal na drewno, straciły jakąkolwiek elastyczność. Poruszanie zgrabiałymi palcami sprzączki było dla zwiadowczyni męką, potem przywiązanie konia do drzewa, zawiązanie węzła na wodzach, jedna makabra, jakby grabiami próbowała radzić sobie ze sznurami zrobionymi z drewna, zmarzłymi na kij. To był koniec, to było pewne, to ich ostatni wspólny wieczór. Kent siedział przy drzewie, dopadła go gorączka, majaczył. Dietger zdawał się czuć lepiej niż poprzedniego wieczora, choć nadal był na skraju wytrzymałości. 

Wszyscy ledwie stali na nogach, tym razem nawet Frigga nie miała sił aby się ruszyć, padła zmęczona na śnieg tuż przed drzewem. W najlepszej kondycji pozostawał sierżant Ardern, przez te wszystkie trzy dni ani razu nie dał po sobie poznać zmęczenia, mróz również dawał mu się we znaki, głównie w postaci odmrożeń na ciele, ale nie miało to przełożenia na jego stan psychiczny. Tym razem ognisko rozpaliła Lindha, obóz rozstawiali niezdarnie i bardzo powoli. Pomógł jej Ardern i w miarę swoich możliwości Dietger. Wkrótce skończyli, kocioł że śniegiem nad ogniem. To tylko obóz trupów. Kolacja żebraków, posiłek straconych. A w okół biało, a dalej czarno. Ulryk raczył wiedzieć, co ukrywało się w tej oleistej nocy....  

Z lasu wychodzi kot. Jaki kot? Z jakiego lasu? Co za kot? Ano, zwykły kot. Zasrany felis catus. Cholerny, czarny dachowiec. Zadowolony z siebie, najedzony. Usiadł sobie w cieple, blisko ogniska. Owinął sobie przednie łapy ogonem i mrużył oczy patrzy sobie gdzieś w noc. Ignorował całkowicie osłupiałych zwiadowców. Cholerny czarny kot. Ten zdawał się być cholernie zadowolony z wywołanego przez siebie wrażenia. Po prostu sobie siedział, patrząc na wszystkich z klinicznym zainteresowaniem. Lindha próbowała podać mu jedzenie z ręki, ale kot nie zamierzał się zbliżać. Dopiero kiedy rzuciła mu odrobinę dalej, zdecydował się zjeść. Nie dawał się dotknąć, przez całą noc pozostawał nieufny. 

 

Znalezione obrazy dla zapytania black cat in winter

 

Nocą na warcie stanęła Lindha na zmianę z Ardernem. Kiedy przyszła kolej Arderna, ten usłyszał jakiś ruch w lesie. W okół była ciemność, tylko skrzypienie śniegu, gdzieś poza granicą widoczności. Ardern wyostrzył wzrok. Dostrzegł je. Wilki kręciły się poza zasięgiem światła, ale w końcu odbiegły. Badały teren. Ludzie byli jeszcze zbyt silni. Zaatakują jutro, może pojutrze...Jedno było pewne. Jeszcze wrócą. 

 

onthj1K.png

 

 

Obudzili się. Za nimi była kolejna, nerwowa i nieprzespana noc. Jedząc wspólnie śniadanie wspólnie stwierdzili następujący fakt - jeśli dziś nie dotrą do stanicy, koniec. Nie przeżyją kolejnej nocy. 

Ruszyli natychmiast, najszybciej jak tylko mogli. Temperatura lekko się już podniosła, lecz teraz to już nie było ważne. Teren zaczął się wznosić a las przerzedzać. Drzewa odpływały powoli w tył, zanikały, zaczynały się pagórki i łagodne wzgórza. Czarny kot szedł tuż za nimi, czasami pojawiając się w pobliskich krzakach bądź za drzewem. Po lewej i po prawej nieregularna ściana lasu uciekała w tył, równy, wyrżnięty w śniegu trop zaczynał się plątać przy konieczności wymijania małych skałek, w górę i w górę....

 

Przed oczyma ujrzeli strażnicę. Znad trzymetrowej wysokości muru wystawała w niebo wieża z masztem chorągwianym. A więc byli uratowani. Dotarli. Do cholery, udało się! Chędożyć gobliny, chędożyć rozkazy. Liczy się tylko życie, a oni żyją! W zwiadowców wstąpiła nowa siła, spięli konie i ruszyli w kierunku wzgórza. W pewnym momencie gestem dłoni zatrzymała ich Frigga, tylko ona zorientowała się, że coś jest nie tak. Przyjrzeli się, rzeczywiście. Maszt był nagi, nie było na nim chorągwi. Przed strażnicą leżał ledwie widoczny gołym okiem trup. Ciało było skostniałe, przysypane warstwą śniegu. Nie było widać śladów walki, ani żadnych obrażeń. 

Weszli do strażnicy - ani śladu życia, nic - w środku była taka sama temperatura jak na zewnątrz. Wiatr hulał między oknami, na parterze leżały ciężkie, okute skrzynie wypełnione ubraniami, futrami i kocami. Można było znaleźć też narzędzia - kilofy, siekiery, widły. Na pierwszym piętrze (piętra były połączone drabinami, przeprowadzanymi przez dziury w podestach) były pomieszczeniami mieszkalnymi. Były one całkowicie opuszczone. Na drugim piętrze znaleźli z kolei pomieszczenie dowódcy. Prycza, szafa, kufer z rzeczami osobistymi i sakiewką. 

Pośrodku było biurko. Przy nim siedział przykryty szronem człowiek w letnim umundurowaniu sierżanta Armii Imperialnej. Miał na sobie tunikę a przy pasie miecz. Jego sine ręce spoczywały na blacie, pióro było odłożone na miejsce a kałamarz równo ustawiony. Twarz była spokojna, zamarznięte oczy spoglądały surowo. Przed nim księga. Dietger nachylił się nad nią. 

Wpis był datowany, sprzed czterech dni.

,,Cała podłoga pokryta szczurami, biegną obok muru, jakby przed czymś uciekały, ukrywamy się na drugim piętrze. ''

I jeszcze jeden sprzed trzech dni.

,,Tchnienie Ulryka. Derhim był na zewnątrz. To koniec. Pieprzone szczury. Nie zostawiły nawet ziarnka. Nie ma nadziei. Pozwoliłem żołnierzom iść. Ja zostaję, Keil Keiser. Sigmarze, zmiłuj się nade mną. Zwykłe szczury''.

Wieża i okolony kwadratem muru (wieża wzrasta w niego z jednej strony) majdan ze stajnią na dwa konie i otwartą, przykrytą okapem kuźnią były puste. Nie było ludzi, nie było jedzenia, był tylko mróz. Miotali się, próbowali, walczyli, nic. Nic już nigdy. Koniec. 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz