Egzio

Buran (Egzio)

43 postów w tym temacie

jf0Y2cY.jpg

    Lindha Schwarz

 

Wzięli tyle mięsa ile udało im się na mrozie odkroić od kości gdyby mieliby więcej czasu zapewnie zostawili by same kości i flaki. Zresztą niektóre organy zabrali, jak wątrobę i serce. W końcu to też da się zjeść. Lindhu zwracała uwagę żeby najbardziej tłuste kawałki też zabierać i trzymać oddzielnie.

Kiedy byli gotowi Kent wskazał im drogę powrotną, Frigga wspięła się za zwiadowczynią, były umówione, że w połowie dnia sie zmienią. Możliwe, że Lindhu doceniła by tą bliskość i poczucie bezpieczeństwa i komfortu jaki wywoływało u niej objęcie drugiej kobiety,  gdyby oczywiście nie ta piekielna pogoda i ich ciężkie położenie które kierowało ich myśli w mroczne części umysłu, gdzie rodzą się przemyślenia o beznadziei o niechybnej śmierci z mrozu albo z ręki goblinów. Ciągle rozpamiętywała noc bez wart i jak się to mogło stać, że zostali bez jedzenia. Jaki popaprany imbecyl który nie umie narysować porządnej mapy został przyjęty do wojska i skazuje ich na wyziębienie i śmierć.” Śmierć Śmierć Śmierć….” kołatało jej się z tyłu głowy i zaczynało przybierać rytm jakiejś upiornej dziecięcej piosenki. Zmeiniła sie wtedy z Friggą na miejsca i Lindhu nie miała co robić po za nieprzeszkadzaniem jeźdzcowi, trzymaniem się i wsłuchiwaniem się w rytm jazdy, do którego w jej głowie przewijała się martwa piosenka.” Śmierć Śmierć Śmierć….” .  

Nagle znalazła się z resztą na ziemi    w śniegu była tak zagubiona w myślach że nie usłyszała rozkazu sierżanta ani nie dotarł do niej fakt że Frigga wciągnęła ją w śnieg wraz z koniem i trzymała by ta się nie wychyliła. Kontakt ze śniegiem podziałał jak kubeł zimnej wody i wyrwał ją z umysłowego odrętwienia. Niestety przyniósł zimno i do końca jazdy Lindhu walczyła z odruchem szczękających zębów.

 

Postanowili rozbić obóz być może ich ostatni. Lindhu odruchowo robiła co do niej należało, szukała pocieszenia w rutynie i żołnierskich procedurach. Gówno to pomogło ale pchało ją do przodu “Dalej dziewczyno nie tylko tobie jest zimno, a robotę trzeba wykonać” wydawała sobie rozkazy w głowie. Bułan na którym jechałą wydawał się podzielać jej uczucie beznadzieji. No tak nie tylko oni potrzebują komfortu, nawet jeśli nie dane jest im przywiązywać się do koni nie znaczy, że nie mogą ich traktować z szacunkiem. Jakimś cudem znalazła w sobie jakieś pokłady współczucia i czule poklepała konia po szyi.

- No, mała nie możesz tak się zachowywać wszystkim nam ciężko. - Przeniosła rękę z szyi na nos konia. - Musisz jeszcze pociągnąć a najlepiej wziąć się w garść bo skończysz jak kary, bierz przykład z Friggi i mnie. - W tym momencie Frigga, zmęczona padła na śnieg co zwróciło uwagę Lindhu. - No dobrze bierz przykład ze mnie. - Poklepała jeszcze raz ostatni bułana i ruszyła pod drzewo by pomóc drugiej żołnierce. Przewróciła ją na plecy by ta nie udusiła się, i rozłożyła ognisko już koło niej, było to łatwiejsze niż prosić resztę by pomogli przenieść norskę bliżej ognia.

Kolacja minęła w trupich nastrojach, nikomu nie szło poprawiać humoru reszcie jakąś opowieścią. Lindhu wybudziła towarzyszkę na tyle by ta przynajmniej napiła się tłustego wywaru a może zjadła trochę mięsa jeśli będzie wstanie.

 

- Widzicie tego kota?! - Spytała resztę która była przytomna. Upewniając się, że nie ma zwidów. Kiedy ci potwierdzili że widzą to samo zastanowiła się czy właśnie nie mają zwidów jakiś omamów wywołanych zimnem i głodem. “Jak jest prawdziwy to powinien być namacalny prawdą?” Pomyślałam i zaczęła go przywoływać. - Hej, kici kici, chodź do mnie. - Zaczęła gadać so zwierzęcia kiedy to nie przyniosło skutku próbowała go skusić jedzeniem, jakiś głos w jej głowie wrzeszczał na nią że marnuje ich jedzenie na zwide. W końcu zmęczona brakiem reakcji ufności zwierzęcia po prostu rzuciła mu ten kawałek mięsa.

 

Sierżant ustalił warty, zaszczyt trafił się jej, miała ochotę mu powiedzieć gdzie może sobie ten rozkaz wsadzić, ale była zbyt zmęczona być niesubordynowana. Całą swoją watrę przesiedziała koło Friggi od czasu do czasu sprawdzając czy nie dostaje ona gorączki czasami też gładziła kobietę po głowie jak robiła matka Lindhy kiedy ta chorowała.

    Kiedy nadeszła zmiana warty, zwiadowczyni prawie, że padła koło norski, półprzytomna tuliła się w nią egoistycznie szukając ciepła drugiego ciała i spokoju jakie to ciepło ze sobą niosło. Jakby Lindhu nie była już wykończona tą zimą mogłaby usłyszeć karcący głos swojego dziadka, “Żołnierzom takie zachowanie nie przystoi

Edytowane przez Obca

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Prowadził grupę najlepiej jak potrafił i jakimś cudem doszli mniej więcej do terenu, w którym postanowili udać się za śladami goblinów. Choć rankiem wydawał się przytomny na umyśle, jego ciało robiło się coraz słabsze. Czuł, że coraz trudniej mu się skoncentrować. Gdy usłyszał rozkaz sierżanta o kryciu potrzebował sekundy więcej niż zazwyczaj niż zawsze. Resztkami sił zsunął się z konia i ściągnął go do siedzenia, a następnie położył. Chwycił łeb konia i przycisnął jak najniżej potrafił. Na tyle ile jeszcze miał siły. Młody strzelec wychylał się przelotnie, żeby ocenić niebezpieczeństwo. Otóż gobliny, których tak szukali, przyszli do nich. "Prawdopodobnie zwiadowca" pomyślał widząc samotnego zielonego na wilku. "To cud, że wilk nie zwietrzył naszego zapachu" dokończył myśli, widząc, że zwiadowca zaczął się wycofywać. "A może nas zauważył? Musimy czym prędzej opuścić te miejsce!". Ruszyli dalej i zatrzymali się prawdopodobnie na ich ostatni wspólny obóz. Kent zszedł tylko z konia i pierwsze co zrobił to usiadł pod drzewem. Pomimo chłodu, który panował miał wrażenie, że jest bardzo rozgrzany od środka. To było głupie uczucie. Siedział tak chwilę i miał wrażenie, że świat zaczyna się rozmywać i dziwnie kręcić. Pokręcił głową i zmusił się do utrzymania jasności umysłu. Wpatrywał się w swoje rękawiczki i usłyszał głos koło siebie: 

 

- Co robisz ? 

 

Odwrócił się w stronę głosu i zobaczył swoją młodszą siostrę Biankę w prostej, acz ładnej, zielonej sukni. Popatrzył na nią tak jakby się jej spodziewał: 

 

- A jak myślisz ? Patrzę na rękawiczki i oceniam, czy czuję jeszcze palce.

 

- No prosie, jaki mądrala się znalozł. Czyli się kapke coś naumioł w tej szkole wojoków, co? 

 

- Coś tam się nauczyłem siostro. Jak rodzice? 

 

- Muti ciągle sie zastanowio, kiedy ino przyjdziesz na zot, a tatko to mówi, że już dawno Cię wilce jakieś zjadły czy inne pierzyństwo. Martwią się kapkę, wiesz jako to z eltern jest. Ale jo wiem, że wrócisz. - uśmiechnęła się do niego tak pięknie, że aż go wzruszenie wzięło. - nie poddawej się, dobrze? - po czym wstała i w podskokach pobiegła od ich obozowiska niknąc w powietrzu. 

 

Zwiadowca obudził się jakby ze snu i nieprzytomnie oczami widział swoich towarzyszy, którzy powoli krzątają się przy obozowisku. Zrozumiał, że znowu miał urojenia. Ostatnio miał je tak często, że czasem już nie był pewny, który świat jest prawdziwy. W chwilach wątpliwości przypominał sobie jak się tu dostał i w ten sposób upewniał się co jest rzeczywistością. Chociaż im częściej je miewał tym bardziej gubił się w tym cholernym świecie. Obiecał sobie, że wróci do domu i nic go nie powstrzyma, żeby wyściskać całą jego rodzinę. Resztkami sił przybliżył się do paleniska i wyciągnął manierkę z wodą. Czuł wielkie pragnienie. Pociągnął łyka i jadł powoli dzisiejszy prowiant. Niedługo później przysunął się do najbliższej osoby i zasnął nie zważając na nic.

 

                                                                                                                                        * * *

 

Obudził się kolejnego dnia. Popatrzył na towarzyszy. Widział tylko żywe trupy. Stwierdził głośno, że jeśli dzisiaj nie dostaną się do Stanicy to już będzie koniec ich ekspedycji. Widział jakiegoś czarnego kota kręcącego się po obozowisku, ale stwierdził, że znowu ma zwidy, więc przyśpieszył z rutynowymi czynnościami i ruszyli dalej. Kent nie wierzył własnym oczom, gdy zobaczył strażnicę. Z radości nawet nie zauważył, że coś jest nie tak. Frigga zauważyła i pokazała maszt, i zwłoki leżące koło wejścia do garnizonu. Weszli przez bramy w ponurym nastroju. Obeszli krótko strażnicę i nie zastali nic żywego, ani nic do jedzenia. Ale przynajmniej mieli dach nad głową. 

 

- Jakie rozkazy sierżancie? - zapytał gdy dowiedzieli co wykończyło tutejszego dowódcę. Miał nadzieję, że sierżant każe im wypocząć po podróży i nabrać sił. Kent już widział prycze w wieży i już nie mógł się doczekać, że by przykryć się podwójnym kocem z garnizonu i najzwyczajniej się tylko położyć. Tak na chwilkę. Tylko na chwilkę. 

 

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

jf0Y2cY.jpg

    Lindha Schwarz

 

Rankiem, zjedli śniadanie ale grobowa atmosfera z dnia poprzedniego nadal panowałą a morale były niskie. Wszyscy byli zbyt zmęczeni by się tym przejmować po prostu parli do przodu w biel. Czarny kot z poprzedniej nocy szedł za nimi, teraz wydawał się Lindhu niczym padlinożerca czekający aż jedno z nich padnie i będzie miał co zjeść.

 

“W końcu! Jest! Ich wybawienie. Dom. Ratunek. ?Dzięki ci Sigmarze!!!”  Kobieta cieszyła się w myślach i gdyby nie zimno może by się nawet popłakała ze szczęścia, że udało im się dotrwać i wszystko już się poprawi. Rzeczywistość okazała się niestety równie okrutna co zima. Frigga jako pierwsza zwróciła im uwagę że coś jest nie, tak nagi masz, nikogo na straży. No nikt raczej nie będzie się czepiał że żołnierze w taką pogodę nie chcą sobie odmrozić dup na mrozie. Wtedy dopiero go zobaczyła, zamarznięte ciało. “Nie, nie, nie, nie ….” Powtarzała w myślach kiedy popędziła konia do przodu. Strażnica była pusta i zimna. Okna pootwierane temperatura jak na dworze, tak naprawdę mają jeszcze więcej roboty z tym wszystkich niż z zamarzaniem na mrozie.

Zwiadowczyni była zła i zmęczona nie wiedziała co bardziej.” Trzeba się zorganizować, gobliny nadal są na zewnątrz, a my nadal jesteśmy sami.” Na poziomie pomieszczeń mieszkalnych usiadła na pryczy i schował twarz w ręce. Pytanie Kenta wybiło ją z rozmyślań. Wzięła oddech i przedstawiła propozycję.

 

- Nie jesteśmy w stanie utrzymać całej strażnicy w cieple. Musimy, ograniczyć się do jednego budynku, Dietger jest do niczego w stanie jaki jest, niech on i dwie osoby które będa na warcie jeśli taką bedziemy wystawiać pójdą spać, dwie kolejne ogarną pomieszczenia. Pozamykają okna, bramę zrobią, nagrzeją w pomieszczeniach i przeszukują jeszcze raz pomieszczenia jedzenia nie znajdziemy, ale może w kuźni jest węgiel, a w jakiejś skrzyni jakieś medyczne zapasy które się ostały, może jakieś zioła albo resztki alkoholu. Trzeba także zdecydować czy konie zostają w stajni i liczymy, że sobie poradzą czy przenosimy je na parter w części budynku w jakiej będziemy urzędować. Później zmiana z osobami które miały wypoczynek.- Cały plan był wypowiedziany monotonnym tonem a ostatnie słowa włąściwie wychrypiała nie miała siły a właściwie nie chciała podnosić głowy do reszty.

Edytowane przez Obca

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e1HPb7y.jpg

 

Frigga

 

Końskie mięso gdy zapasów nie było zawsze stanowiło porządną dawkę energii. Dobrze przyrządzone w takiej ilości gwarantowało im żywność na dłuższy czas, zwłaszcza że nie powinno się zepsuć w tej temperaturze. Gdy wszystko zaczęło się obracać przeciw nim – natura, ślady, szczęście.  I wyglądało na to, że to nie oni, ale to ich śledzili ci na których mieli zapolować. Nawet ona sama  traciła siły, mimo że była lepiej zaprawiona niż reszta do takiej pogody.  A nie mogła sobie pozwolić na to, zwłaszcza że pojawiły się wilki w oczekiwaniu na sposobność do ataku.

Gdy dotarli do strażnicy dostrzegła to, co znała aż za dobrze. Poczuła, usłyszała to samo uczucie, które już kilka razy sama napotkała albo zostawiała. Śmierć i ciszę jej towarzyszącą. Strażnica upadła i jak się dowiedzieli przez zwykłe szczury, które pożarły zboże.

 

***

„… - Borg, nie wiem co wykombinowałeś ale ta osada już przepadła. Zwierzoludziom chyba nie przeszkadza tak bardzo ten mróz jak nam. Możemy tutaj zostać i zginąć lub przenieść się w lepsze miejsce, gdzie coś zdziałamy. – warknął jednooki norsmen do swego przywódcy. Frigga spoglądała na kłócących się mężczyzn popijając alkohol z butelki gdy cyrulik opatrywał jej ranę i unieruchamiał ramię. Zwierzolud zdołał ją dosięgnąć samym końcem glewii i tylko dzięki szczęściu ostrze nie sięgnęło głębiej. Zginął tuż po tym, ale tym jednym ciosem wyłączył ją z walki. Nie mogła poruszać prawą ręką teraz unieruchamianą i nie mogła już unieść broni, przynajmniej do czasu wyleczenia się. Mutanci wykorzystali zamieć i uderzyli na odsłoniętą osadę, wycinając połowę mieszkańców nim wojownicy zdołali ich odepchnąć i wyciąć niedobitki. Ciągle jednak pozostawali w okolicy, czekając kolejnej sposobności. Ten rajd zaskoczył norsmenów, przez co stracili inną osadę na północy a teraz ten sam los czekał również tą. A ci, którzy tutaj jeszcze żyli byli jedynymi świadkami tej napaści. I nie można było tego odpuścić napastnikom, musieli zapłacić cenę krwi za to co uczynili.

- Nie zostawię tej osady na pastę mutantów Wolf! Ale ty zabierzesz niezdolnych do walki, kobiety i dzieci, wsiądziecie na drakkara i popłyniecie do twierdzy najbliższego jarla. Przekażesz mu co się tutaj dzieje i ściągniecie ludzi do rozprawienia się z nimi. Reszta zaś pozostanie walczyć. – słowa Borga niosły jedno przesłanie, a jego głos nie dawał żadnej możliwości negocjacji. Nie było na to szans, nie z Borgiem Miażdżycielem Czaszek. Frigga sklęła przeklęty los, chciała zostać ale to co usłyszała jasno wskazywało że trafi na okręt. Spojrzała w niebo, które zasnuwały znów ciemne chmury. Zbliżała się kolejna zamieć…”

***

 

Nie było jedzenia, ale były drewniane części wyposażenia, były futra i koce a to już było coś. Do tego mieli konie zatem mięso.

- Do palenia i na ogniska warto wykorzystać wszystko co da się palić. Skrzynie, meble, łóżka których nie będziemy używać. I niech każdy weźmie dodatkowe ciepłe okrycia stąd, przydadzą się. – mówiła z trudem, ciągle żyła i nie miała zamiaru umrzeć z powodu zimna. A potem dodała kolejny pomysł samemu też zabierając się do jego wykonania. - I wybierzmy pomieszczenie, które będzie dla nas najlepsze by wszystkich pomieścić oraz też najlepsze do ewentualnej obrony. Ściągnijmy do niego wszelką broń, którą znajdziemy i wszystko co może się przydać. Odzyskamy siły a potem ruszymy dalej. Nie możemy tutaj zostać. Może znajdą się jakieś mapy, które będą lepsze niż to co dostaliśmy. A gdy wrócimy osobiście sobie pogadam z tym, który dał nam ten skrawek papieru. Przy pomocy tępego noża.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

Cyrulik czuł się trochę lepiej ale dalej był pogrążony w czarnych myślach. Nie spodziewał się, by gdziekolwiek dotarli, chciał krzyczeć, że powinni się zatrzymać, zakończyć tą szaleńczą podróż, że to i tak nie ma znaczenia. I tak zginął. Kłótnia nie miała jednak sensu. Dlatego pozwolił się wieść na koniu. Apatycznie, pozbawiony woli życia. Dopiero gdy sierżant kazął im paść w zaspy coś się w nim obudziło. "Teraz jest okazja."  Sięgnął po rusznicę. "Nie muszą ginąć tą bezsensowną śmiercią. Wystarczyłoby wymierzyć w goblina. Strzelić. Nawet jeśli nie trafi przyciągnie resztę. Zginą w walce, a przynajmniej zabiorą paru wrogów ze sobą. Może nawet zdoła zastrzelić szamana jak się w pojawi. Bez niego gobliny umrą na mrozie. Misja zostanie wykonana. Jego śmierć nie będzie bezsensowna." Dietger mocniej zacisnął ręce na rusznicy. Podjął decyzję, zaraz wychyli się i strzeli zanim ktokolwiek zdoła go powstrzymać... Nie zdążył jednak, wilczy jeździec się oddalił. Młodzieniec stracił swoją szansę. Poczuł się jeszcze gorzej.

 

Rankiem Dietger nie miał już sił na nic. Nie wiedział nawet czy zmusi się dziś do wstania. Tak łatwo byłoby po prostu nie wstać. Po co dalej ma walczyć, kiedy nie ma szans na ratunek? Mimo wszystko gdy sierżant wydał rozkaz, wstał. Zostanie też nie miało sensu. A jak wstanie może jeszcze trafią na gobliny. Uczepił się tej myśli. Nawet jeśli są zgubieni wciąż mają szansę zabrać ze sobą wroga. Poczuł się z tym odrobinę lepiej.

 

Gdy dostrzegli stanicę nie wierzył własnym oczom. Niemożliwe czyżby byli uratowani? Chciał zerwać się do galopu, ale sierżant trzymał dyscyplinę. Dlatego jechali powoli w jej kierunku, a w sercu młodzieńca zaczęła odradzać się nadzieja. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, jednak, że tylko się łudził. Stanica nie była ratunkiem. Odroczyła tylko nieuniknione. Paradoksalnie ta sytuacja sprawiła, że nieco się otrząsnął. Zawsze był praktyczny, a skoro wyznaczył sobie już cel pozostawało już tylko do niego dążyć. W ten sposób mógł nadać swej śmierci cel. Ta myśl napełniła go ponurą determinacją.

 

Mimo wszystko dalej milczał. Przeszukał tylko zwłoki oficera ciekaw czy zdoła znaleźć coś przydatnego.Zabrał dziennik pióro i atrament by go odmrozić. Jutro może sam coś dopisze do dziennika zmarłego. Perspektywa zostawienia czegoś po sobie choćby tylko dziennika, dodała mu otuchy. Resztę dnia spędził na przeszukiwaniu stanicy i odpoczynku. Szukał wszystkiego o czym wspomniała Lindha. Do tego odezwał się pierwszy raz od dłuższego czasu.

 

-Lepiej zabrać konie na parter. Będzie cieplej zarówno nam jak i im. A w stajni mogłyby nie przeżyć nocy. Po za tym przeczytam dwa ostatnie wpisy, które mogą tłumaczyć w pewnym stopniu stan stanicy. Pierwszy wpis sprzed czterech dni:

,,Cała podłoga pokryta szczurami, biegną obok muru, jakby przed czymś uciekały, ukrywamy się na drugim piętrze. ''

A drugi sprzed trzech:

,,Tchnienie Ulryka. Derhim był na zewnątrz. To koniec. Pieprzone szczury. Nie zostawiły nawet ziarnka. Nie ma nadziei. Pozwoliłem żołnierzom iść. Ja zostaję, Keil Keiser. Sigmarze, zmiłuj się nade mną. Zwykłe szczury''.

 

-Nie wiele to mówi, ale myślę, że powinniśmy się rozejrzeć, za jakimiś śladami tych szczurów. Jeśli zostały na dworze, to zapewne zamarzły, ale jeśli zdołały się schronić w jakiejś dziurze, to część z nich może jeszcze żyć. W każdym razie mogą być dobrym źródłem mięsa... A skoro już o mięsie mowa, Kent masz potrzaski może udałoby się nam upolować jednego z tych wilków? 

 

Edytowane przez franekfrog

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

Kiedy ognisko zostało rozpalone o z lasu wybiegł kot. Początkowo sądził, że ma omamy, ale kiedy po chwili Lindha zadała pytanie o kota nie było już wątpliwości, że kot jest prawdziwy. Póki co jeszcze w zbiorowe halucynacje nie wierzył. Nieco później podczas własnej warty dostrzegł wilki, które niestety kręciły się poza zasięgiem światła. Gdyby udało mu ustrzelić przynajmniej jednego wilka mieliby jedzenie na kilka dni. Może przeżyliby choć dzień dłużej, ale sfora odbiegła. Widocznie uznała, że to jeszcze nie czas na atak, ale wiedział, że wilki wrócą.

 

Kiedy nastał ranek wszyscy zdali sobie sprawę, że jeśli dziś nie odnajdą stanicy, to z nimi koniec. Spojrzał w płomienie. Wyglądało na to, że jego marzenia nigdy się nie spełnią, a dzisiejsza noc będzie ostatnią nocą oddziału. Pochłonęły, go ponure myśli, ale po chwili się z nich otrząsnął. W końcu mieli jeszcze iskierkę nadziei, że uda się im odnaleźć stanicę.

 

Po przejściu pewnego odcinka dalszej drogi, rzeczywiście ujrzeli strażnicę. Poczuł się jakby wstąpiła w niego nowa siła. Skoro się tu znaleźli, to znaczyło, że nie wszystko stracone i być uda im się przeżyć. Niestety po bliższych oględzinach stanicy okazało się, że nie jest tak różowo jak by chcieli, ale i tak byli w lepszej sytuacji niż byli wczoraj.

- Pierwsze piętro wydaje się najodpowiedniejsze. Kent pozamykasz okna i zajmiesz się je drewnem na rozpałkę, ale na razie nie bierz pod uwagę łóżek. Mogą się jeszcze przydać, ewentualnie spalimy je później. Frigga przeszukasz drugie i trzecie piętro stanicy oraz szczyt wieży. Jak skończycie zajmiecie się ogrzaniem pomieszczeń. My z Lindhą zamkniemy bramę i przeszukamy pierwsze piętro, dziedziniec oraz kuźnie. Jeśli znajdziemy jakąś przydatną broń zdeponujemy ją na parterze. Później uszczelnimy piętro, obijając ściany kocami i ubraniami. Później pewnie i tak je zabierzemy.

Po cichu liczył, że poszukiwania, które zarządził przyniosą choć umiarkowany sukces.

- Tak jak mówiła Lindha szukamy przede wszystkim leków i innych medykamentów. Alkohol też się przyda. Znalezienie jedzenia jest mało prawdopodobne, ale z drugiej strony żołnierze opuścili stanicę w pośpiechu. Może czegoś nie zdążyli zabrać. Nawet głupia paczka sucharów byłaby dla nas na wagę złota. I tak jak wspomniała Frigga poszukajmy też bardziej aktualnej mapy. Dietger jeśli czujesz się na siłach możesz pomóc w poszukiwaniach, jeśli nie odpocznij.

Uznał, że oddział stacjonujący tu powinien taką dysponować. Choć żołnierzy, który opuścili teren strażnicy mogli ją zabrać ze sobą.

- Jak skończymy pozostałe czynności Linda i Frigga zabiorą konie na parter. Dodatkowe ciepłe okrycie w postaci futra zawsze się przyda, zwłaszcza podczas warty. Na pierwszej warcie stanę ja, a na drugiej Kent.

On i Kent trzymali się teraz trochę lepiej niż reszta oddziału. Zastanawiał się w prawdzie czy nie zaniechać warty, ale ostatnio kiedy jej nie było stracili całe jedzenie. Teraz w stanicy coś takiego raczej nie groziło, ale kto wie co nieprzyjemnego mogłoby się wydarzyć gdyby znów jej nie wystawili. Na warcie okryje się futrem i będzie mu cieplej niż poprzedniej nocy. Także ta warta powinna minąć lepiej niż ta ostatnia.

- Możliwie Dietger, ale raczej  dawno już ich tu nie ma. To chyba wszystko jeśli chodzi o rozkazy, ale jeśli o czymś zapomniałem, to przypomnijcie.

Był zmęczony, także uznał, że możliwe jest, że o czymś zapomniał. Pamiętał jeszcze, że musi przenieść tego zamarzniętego człowieka przed bramą na teren stanicy. Teraz są zbyt zmęczeni, ale kiedy odpoczną i nabiorą sił powinni pochować znalezionych tu żołnierzy. To było jednak zadanie na później. W prawdzie Frigga powiedziała, że nie mogą tu zostać, ale jaki mieli inny wybór. Dojście do najbliższej wioski zajęłoby im prawie dwa tygodnie. To byłaby samobójcza podróż. Już większe szanse na przeżycie mieliby zostając w stanicy do najbliższej odwilży lub wiosny żywiąc się koniną i złapaną zwierzyną. Najskuteczniejszym ratunkiem na, który mogli po cichu liczyć była odwilż, ale jak na razie się na nią nie zapowiadało.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

W pierwszej kolejności zajęli się sprawdzeniem parteru i piwnicy. Chcieli upewnić się, czy nie ma jeszcze żadnych szczurów. W piwnicy było pusto, po zmrożonej podłodze walały się puste, dziurawe worki. Po szczurach ani śladu. Chwilę potem zwiadowcy zajęli się zabezpieczeniem stanicy i przygotowaniem sobie odpowiednich warunków. Było to znacznie bardziej czasochłonne niż przygotowanie obozowiska, ale nadzieja która się w nich rozpaliła, sprawiła że działali wszyscy bez wyjątku. Chodziło tu przecież o ich życia, być albo nie być. A w obliczu tego nie było miejsca na zmęczenie ani użalanie się nad sobą. Kent zamknął okna, Frigga zajęła się rąbaniem drewna na drobne kawałki, wykorzystała biurko, wszystkie skrzynie i stoliki, wszystko co nie było im niezbędne, poza łóżkami. W stanicy znaleźli do woli narzędzi i ubrań, co znacząco ułatwiło im zadanie. Lindha obiła ściany kocami i ubraniami, a Dietger grzał wodę. 

Czym dłużej działali, tym bardziej poprawiało się ich samopoczucie. Apogeum radości miało miejsce, gdy Ardern z przyniesionego przez Friggę drewna rozpalił ognisko. Wreszcie od tak dawna mogli poczuć się swobodnie i choćby na chwilę zapomnieć o zimie i niebezpieczeństwach czyhających w lesie. 

 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Ardern ruszył wraz z Lindhą, aby przeszukać dziedziniec. Zdawało się chwilę, że nie znajdą już nic wartościowego. Dopiero po pewnej chwili zwiadowczyni wypatrzyła przez otwartą bramę, że na zewnątrz, łagodnym skłonem pagórka, w dół, gdzie między dwiema odnogami znajdowała się zaspa. Lindha wskazała miejsce Ardernowi, i oboje wyszli na zewnątrz. Przyjrzeli się zaspie, przez chwilę nie wierzyli własnym oczom. Los zdecydowanie się do nich uśmiechnął. Zamarznięty sarniuk....

Chwilę później usłyszeli za sobą kroki, zbliżał się Kent wraz z Dietgerem, obaj wyszli na zewnątrz aby rozłożyć potrzaski. Podeszli do nich, ujrzawszy sarniuka również nie mogli uwierzyć własnym oczom. Zrozumieli że zatem w końcu mają swoją szansę aby dotrzeć do cywilizacji.

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Wieczorem była kolacja, Ardern i Lindha wnieśli Sarniuka do stanicy, gdzie już go opatroszyli, w środku było ciepło, był ogień i uśmiechy. 

Jeszcze kilka godzin temu byli przekonani że oto zbliża się koniec.  Zebrali się przy drewnianym stole, jedynym który się ostał, czuli się do siebie przywiązani bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie chcieli by tamten wieczór kiedykolwiek się kończył. Było ciepło, jedzenie, i śmiech. Zima wreszcie przestała w ich świadomościach istnieć.

 

Kent był już zmęczony, gorączka choć opadała, majaki przestały się nasilać, nadal pozostawał chory. Śnieg, zimno, czarne drzewa, niebieskie niebo, powykręcane gałęzie, trupy - tak, trupy i wiatr, płatki śniegu, zmęczenie. Ogarnęło go zmęczenie, ogarnęła senność, nagłe, przytulne ciepło bezczasu, zabrał mróz, zabrał głód, Kent odpłynął w wieczne falowanie, w trzaskający na kominku ogień, sztandar trzepocący nad pustym placem musztry, koszary... Most nad jakąś rzeką, roześmiana dziewczyna, przeszłość? Śnieg. Nad białą połacią zimna i konania, nad bezkresem bieli i czerni, nad nieskończonym lasem, który jakoś porósł cały świat, w jedną noc, gnany złośliwym tchnieniem, nad lasem, nad rzeką jeden zły duch, jeden upiór, jeden śmiech. A drzewa maszerują, idą przed siebie, zajmują już cały świat, ich czarne konary zrzucają w dół nagłe obsypy śniegu. To one, to one sprowadziły zimę, one wreszcie zapragnęły odzyskać to, co z dawna było ich własnością i teraz na świecie są tylko drzewa, tylko czerń i biel. Buran.... drzewa.... może jeszcze elfy, złe istoty, co kradną ludziom dzieci z kołysek, aby chować je na matkobójców, albo składać w ofiarach, drzewa je lubią... zły świat, źli ludzie, złe duchy, Kent odejdzie, odejdzie gdzie nie ma zimna, gdzie nie ma drzew, odejdzie na pusty plac musztry... konnica w galopie... most nad rzeką, ciepło, upragnione ciepło, umknie zły Buran, śmiech, bijący do głowy jak gorzałka...

 

Pozostali szybko zwrócili uwagę że Kent nie czuje się najlepiej, Ardern i Frigga zanieśli go wspólnie do łóżka na pierwszym piętrze. Miał gorączkę. Przykryli go ciepłymi kocami i pozwolili mu wypocząć, następnie wrócili do stołu, gdzie zapanowała niezręczna cisza. Stan Kenta przypomniał im, jak bardzo byli bliscy śmierci. 

 

 

DgYJun7.png

 

Z samego rana wypoczęty Dietger wdrapał się na wieżę, po spokojnej i ciepłej nocy czuł się znacznie lepiej niż do tej pory. Wszystkich zwiadowców przepełniła nowa energia, szczególnie po znalezieniu zmarzniętego sarniuka i uzupełnieniu zapasów pożywienia. Ale spokój nie mógł trwać długo, Dierger wpatrywał się w białą, śnieżną pustynię, gdy nagle ujrzał TO. Spod dalekiego okapu oderwała się mała, czarna plamka. Potem druga, trzecia, piąta, dziesiąta, piętnasta, jeszcze więcej... Zielonoskórzy. Chyba zielonoskórzy, nie było widać dokładnie. Wolnym, swobodnym krokiem zbliżały się w kierunku stanicy. Zwiadowca zerwał się, zszedł wieży i natychmiast ruszył ostrzec resztę. 

Sierżant Ardern poinformował ich, że do najbliższej osady mają z dwa tygodnie drogi. Daleko. Cholernie daleko. Oczywistym było, że wyruszyć trzeba było natychmiast. Zaraz. Temperatura nawet trochę wzrosła. A zielonoskórzy? Gobliny to śmierć możliwa, pozostanie tu to śmierć pewna. Musieli się stąd wynosić, nie stać w miejscu, zabrać mięso i spróbować dotrzeć gdzieś, gdziekolwiek. 

 

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

 

jf0Y2cY.jpg

    Lindha Schwarz

 

Lindhu, była bardzo zmęczona, mimo że jej upór pchał ją do przodu to wycieńczone ciało robiło każdą nawet najprostszą czynność dwa lub trzy razy dłużej niż normalnie. Zamykanie bramy było dla niej katorgą której nawet znaleziona sarna nie umiała jej zrekompensować. Jej mozolność tylko napędzała jej złość, złość na siebie, złość na to że nic przydatnego nie znaleźli, złość i niemoc dwie główne emocje jakie odczuwała sprawiały, że robiła rzeczy jeszcze wolniej. Kiedy w końcu skończyła i powłóczyła nogami do reszty ci zasiadali właśnie do posiłku. Usiadła przy stole na krześle i dziękowała w myślach Kentowi się opanował i nie porąbał krzeseł. Nie spodziewała się jaki luksus będzie kiedyś dla niej oznaczało usiąść przy stole na krześle.

Jedna mała rzecz która sprawiła, że poczuła się jak człowiek, ale za mała by wyrwać ją z melancholii. Kent dostał gorączki i musieli położyć go spać. Ona czuła, że powinna zwrócić uwagę, że Kent nie powinien spać sam, bo szybciej wypoci gorączkę dzieląc ciepło, ale koniec końców nie odezwała się, dojadła swoją porcję sarniny i popiła ciepłym bulionem. “To twój problem sierżancie sam zacznij wymyślać plany działania.”

W ciszy wstała od stołu i bez słowa poszła zająć jedno z łóżek. Spać poszła w samej koszuli zakopana pod kocami i futrem zasypiała z myślami złośliwymi i niegodnymi żołnierza. “Arden pewnie znowu o czymś zapomniał, nie wydał jakiegoś rozkazu i pewnie jutro przyjdzie nam umrzeć z jakiejś głupoty.”

 

Rankiem obudziła się, ale zamiast wstać jeszcze długo wpatrywała się w sufit pomieszczenia i wsłuchiwałą w odłosy śpiacych żołnierzy, wiatru na dworze oraz dogasającego ogniska. Kiedy w końcu wstała i się ogarnęła zeszłą do koni sprawdzić czy któryś z nich nie zmarniał przez noc. Kasztanka i gniadosz nadal się trzymały w dobrym stanie, a bułan nadal był osowiały, po za tym nie wyglądał jakby coś mu dolegało. Lindhu poklepałą go po szyi i wróciła do swoich zajęć.

Rewelacje Dietera o zielonoskórych wywołały u niej ironiczny uśmiech “No jak nie pogoda to wróg.”  Nie komentowała tego na głos, niczego. Oczekiwała rozkazu. Sama uważała, że łatwiej się zabarykadować i bronić ze środka strażnicy, mając proch i kule i narzędzia do rozstawienia pułapek.


Czekała na rozkaz od Sierżanta Arderna Rindenberka.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Kent ostatnimi siłami zaczął wykonywać czynności polecone przez sierżanta. Z oknami poszło mu szybko, a z pomocą Friggi szybko pozyskali drewno z mebli i w końcu mógł się położyć. Nie mógł jednak uleżeć słysząc, że inni jeszcze pracują, więc wziął swoje potrzaski i wyruszył w towarzystwie Dietgera poszukać kolacji. Niebawem wrócili z znalezioną sarniną, dzięki czemu strzelec miał dzień wolnego od polowania. Przyrządzili na ile mogli dziczyznę i z niejaką świętością zasiedli do wspólnego stołu. Niesamowite uczucie. O to zwiadowcy, którzy przeżyli wieczorne śnieżne burze siedzieli żywi przy jednym stole. Wszystkie żale, bądź negatywne uczucia względem siebie zniknęły. Przy tym stole byli sobie równi. Przeżyli bowiem to samo i dzięki wspólnej współpracy mogli przetrwać i mieć nadzieję na lepsze jutro. Zaczęły się wieczorne opowieści, pełne śmiechu i dające atmosferę bezpieczeństwa. 

 

- Nie pamiętam kiedy jadłem ostatni raz sarninę. - powiedział na głos wpatrując się w gulasz, który wspólnie zrobili - ostatni raz był chyba, jak jeszcze służyłem w Ostermarku. Podczas ochotniczych naborów do wojska przenosili nas z fortu do fortu, gdzie odbywaliśmy odpowiednie szkolenia. Poznawało się różnych cudaków. Niedaleko Hellenfegen, miasta znanego z dobrych koni, wysłali nas na patrol do tamtejszych lasów. Miałem ze sobą kilku towarzyszy. Ale najbardziej zapadł mi w pamięci jeden. Nazwaliśmy go Burza. Był nowy i uczył się dopiero przetrwania na odludziu. Miał ze sobą zapasy śmietany, które popijał częściej niż wodę. Raz połączył tłustą śmietankę z przypaloną dziczyzną i zaczęła się burza. Ciągle pierdział i nie mógł przestać. To były takie głośne bąki, że martwiliśmy się, że przywoła do naszych obozów zwierzoczłeków czy inne pierzyństwo. Już był tak tym chłopak speszony, że jak się spierdział, to ściemniał, że burza idzie. I stąd ten przydomek skubaniec miał. Dobrze, że nie mamy tutaj śmietanki, hehe, bo byśmy mieli kolejną burzę, nie? Haha.

 

Zjadł spokojnie kolejne kęsy i nagle przeszły go dreszcze. Czuł, że lekko się poci i rośnie mu temperatura. Dodatkowo znów zaczął mu się rozmywać świat i tracił poczucie świadomości. Starał się wysiedzieć do końca wieczerzy. W końcu od dawna nie mieli takiej sielankowej kolacji. Ale po pewnym czasie zaczął mamrotać i kiwać głową. Całe szczęście towarzysze zauważyli jego zły stan i pomogli mu się położyć oraz zapatulić kocami. 

 

******

 

Następnego poranka Kent obudził o wiele lepszym stanie. Nie pamiętał kiedy tak dobrze mu się spało. Odgarnął od siebie dodatkowe koce i lekko się przeciągnął. Nie pamiętał jak zasnął oraz jak się znalazł w łóżku. Pamiętał tylko wczorajszą kolację. Wstał cicho i powąchał swoje ciało. Przydałaby mu się w końcu kąpiel. Nie mył się już od 2 tygodni. Poszedł powoli w stronę wieży zobaczyć rozpościerający się widok i akurat spotkał Dietgera, który schodził z wieży z niemiłą wiadomością. 

 

- Ile ich jest i gdzie zmierzają? - zapytał chirurga i po wysłuchaniu jego odpowiedzi, powiedział: - daj znać reszcie. Ja pójdę na wieżę obserwować ich ruchy. Może nie idą w naszą stronę.

 

Pobiegł na wieżę i stanął tak, żeby go nie było widać, a tak żeby mógł swobodnie obserwować zbliżające się kreatury. Będzie siedział na wieży dopóty nie ustali jak wielu jest goblinów i w jakim kierunku podążają. Jeśli będzie miał te obie informacje schodzi z wieży zameldować sierżantowi raport z obserwacji.

 

 

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

W prawdzie nie udało się im znaleźć leków czy mapy, ale znaleźli za to zamarzniętą sarnę. Przy obecnych okolicznościach, to byłby całkiem spory sukces, który każdemu trochę poprawił humor. Kiedy wszystko było zrobione zasiedli do wspólnie do kolacji, która mijała w całkiem miłej atmosferze. To był najlepszy wieczór od tej zamieci, która zepchnęła ich prawie na skraj śmierci.

I tak wyszedł obronną ręką. Mógł przylgnąć, do niego znacznie gorszy przydomek, a tak zawsze będzie powiedzieć, że zdobył go w jakieś bitwie.

Wszystko było dobrze, ale Kent znowu się źle poczuł. Gorączka niestety wróciła. Zanieśli go zatem do łóżka i przykryli kocami. I to właściwie był koniec kolacji humory wszystkich znów się uległy pogorszeniu. Nic nie można było, na to poradzić. Być może morale oddziały podniesie się trochę następnego dnia. 

 

Nie był pewny czy morale się podniosło, ale widać było, że wszyscy czuli się lepiej. Także Kent wyglądał lepiej niż wczorajszego wieczoru kiedy kładli go do łóżka. Wyglądało na to, że sytuacja przynajmniej częściowa się stabilizowała, ale los bywa złośliwi kiedy tylko o tym pomyślał. Dietger zbiegł z wiadomością, że w stronę stanicy zmierza grupa goblinów nie wiadomo jak liczna. Ta wiadomość na twarzy Lindhy wywołała uśmiech. W sumie się, to się jej nie zdziwił w prawdzie on się nie uśmiechnął, ale w duchu uznał, to za zabawne, że nawet jeśli coś im się uda, to niedługo później są brutalnie sprowadzani na ziemię. Niestety nic nie mogli poradzić, że ich los tak szybko się zmienia.

- I koniec naszego spokoju. W zależności od liczebności wroga trzeba się będzie bronić albo stąd uciekać. Dietger sprawdź na ile dni wystarczą zapasy paszy dla koni. Linda, Frigga sprawdźcie na ile dni wystarczy zapasów dla nas. Ja z Kentem sprawdzimy ruchu wroga.

Udał za Kentem na wieże. Stanął obok tak tak by nie było go stąd widać i mógł obserwować ruchy nieprzyjaciela. Niestety stąd nie wiedział dokładnie czy są, to gobliny.

- I jak Kent, jeśli celem wroga jest stanica, to jak sądzisz kiedy najwcześniej tu dotrą?

W prawdzie nie widział z tej odległości nieprzyjaciela, ale dostrzegał, że wróg miał znaczną przewagę liczebną. Do tej pory naliczył już trochę czarnych plamek. Jeśli, były to gobliny, a ich celem była stanica, to niedobrze, to wyglądało.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

e1HPb7y.jpg

 

Frigga

 

Stanica należała do nich, przynajmniej w tej chwili. Wszelkie przygotowania, sprawdzanie zapasów, urządzanie odpowiedniego dla nich miejsca pod nocleg. To wszystko w końcu brzmiało pięknie i wygodnie na przekór temu co było na zewnątrz. Sprawdziła jak stoją z zapasami jak sobie tego życzył osłabiony sierżant. A potem przyszedł czas decyzji, gdy na horyzoncie pojawiły się gobliny. Przez dłuższą chwilę Frigga rozważała zostać tutaj i walczyć, wybić zielonoskórych do nogi. Ale potem przyszło inne myśli i misja, jej własna misja, która pchnęła ją w te strony. Nie mogła zatem walczyć tutaj i polec w bitwie przeciw byle goblinom. To dorwanie szamana było jej celem, a tutaj go nie mogła osiągnąć.

 

- Zostając tutaj dajemy większe szanse goblinom. Otoczeni i odcięci na dłuższą sprawę nikomu się nie przydamy. Zwłaszcza że mamy zadanie do wykonania. Poza tym ktoś musi przekazać wiadomość o upadku tej strażnicy. - mruknęła wypowiadając swoje zdanie, choć nie do końca była zadowolona że tak ostatecznie należy zrobić. - Jestem za tym aby opuścić stanicę, pozostawiając po sobie najwyżej trochę pułapek na gobliny i ruszyć dalej.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

 

Kent wpatrywał się w pojawiające się kulki na horyzoncie i po chwili usłyszał za sobą głos sierżanta: 

 

- Jak nie zmienią tempa, to prawdopodobnie przybędą tu za godzinę, a może nawet trochę wcześniej - odpowiedział rzeczowo dowódcy - zawsze pod wiatr co nie, panie sierżancie?

 

Po odpowiedzi zaczął na nowo skupiać wzrok i starał się oszacować siły przeciwnika oraz kierunek w którym podążają.

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenerk

 

Po słowach Kenta zdał sobie sprawę, że ma mało czasu na decyzje.

- Niestety, Kent. Schodzimy na dół. Skoro zostało tak mało czasu, to nie ma sensu już obserwować.

Schodząc na dół usłyszał kobiety. W tym przypadku Frigga okazała się głosem rozsądku.

- Zgadzam się z Friggą. Dodatkowo mają nad nami sporą przewagę liczebną i wkrótce tu dotrą. Mielibyśmy zatem zbyt mało czasu by przygotować skuteczną obronę. Dlatego zdecydowałem, że opuścimy stanicę i udamy się najbliżej wioski. Droga nie jest krótka, ale mamy mapę, zapasy i w razie czego możemy zjeść konie.

Szanse na dotarcie w miejsce przeznaczenia mieli, ale jeśli zmieniła się by pogoda, to szanse również by się zmniejszyły, ale uznał, że musi zaryzykować. Zostanie tu i obronna stanicy z walce z przeważającymi siłami goblinów oznaczałoby pewną śmierć i tak jak powiedziała Frigga gdyby przegrali nikt nie mógłby donieść upadku stanicy, a tak będą mieć przynajmniej szanse, to zrobić. Ponadto obawiał się gobliny mogłoby zwyczajnie podpalić stanicę i spalić ich żywcem.

- Dietger, Frigga, otwórzcie bramę. Ja, i Linda przygotujemy konie do drogi. Trzeba zabrać zapasy mięsa dla nas i zapas paszy dla koni. Weźmiemy też po jednym futrze i jednym kocu na każdego członka oddziału.

Obawy przed zostaniem spalonym podsunęły sierżantowi pewien pomysł.

- Ten zielony pomiot kiedy dostanie w swoje ręce stanice splugawi ją albo wykorzysta w niecnym celu. Dlatego też spalimy ją przed naszym odjazdem, jeśli zdążymy. Kent zajmiesz się tym. Frigga, Dietger jak otworzycie już bramę pomóżcie Kentowi z podłożeniem ognia. No, to do roboty. Powinniśmy opuścić, to miejsce jak najszybciej.

Gobliny kiedy by dotarłyby do stanicy mogłoby ruszyć ich śladem, ale gdyby zobaczyli, że stanica płonie być może zaniechali podróży w tym kierunku i wtedy być może nie mieli by na głowie ewentualnego pościgu. Jednak, to nie były pewne. Pewne było jedynie, to że jeśli spalą stanicę, to nie wpadnie, ona w łapy goblinów.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

kQTm8pX.jpg

Dietger Ross

Cyrulik czuł się znacznie lepiej . Odzyskał siły i zaczął mieć nadzieje, że może jednak mają jakąś szansę. Potem jednak dostrzegł armię goblinów i wątły promyczek nadziei przygasł. Mimo wszystko nie chciał się znów poddawać rozpaczy czekała ich bitwa i młody żołnierz zamierzał umrzeć godnie. Rozkazy sierżanta jednakże go zaskoczyły. Choć z drugiej strony, śmierć z ręki goblinów w jakiejś zapyziałej stanicy nie byłaby wiele lepsza niż śmierć z morzu. Może lepiej naprawdę byłoby próbować wracać. W końcu pogoda zawsze może się poprawić... Skoro jednak zdecydowali się uciekać, musiał się upewnić jedną rzecz.

 

-Sierżancie, czy jesteście pewni, ze musimy spalać stanicę? O ile nam wiadomo gobliny mogą jeszcze nie wiedzieć o naszej obecności, a tym bardziej o naszej dokładnej lokalizacji. Jeśli podpalimy stanicę możemy zwrócić na siebie niepotrzebną uwagę.

 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenerk

 

Po wydaniu rozkazów, otrzymał pytanie od Dietgera.

- Nawet jeśli nie wiedzą, to teraz i tak nie ma znaczenia kiedy kierują się w naszą stronę, bo lada chwila i tak wpadliby na nasz trop. Poza tym możliwe, że widok płonącej stanicy zatrzyma je przed nią. Kto wie może pomyślą sobie, że ludzie widząc nadchodzącą bandę goblinów popełnili samobójstwo ze strachu przed nimi i zdecydują się nawet zawrócić. Stanica nie była silna broniona także, to racjonalne rozwiązanie, które być może zaświata w ich zielonych łbach. W każdym razie gdy gobliny tu dotrą i zobaczą płonącą strażnice nas nie powinno już tu dawno być. Także jeśli zdążymy, spalimy stanice, a teraz do dzieła. Musimy się szybko uwinąć jeśli mamy zdążyć z naszą ucieczką przed przybyciem goblinów.

Szkoda mu było, że nie mają trochę więcej czasu, ale niestety nic na to nie mógł poradzić.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Kent zgodnie z rozkazem sierżanta zdecydował się wszcząć pożar, nie miał żadnych oporów przed wykonaniem rozkazu, zdawało się nawet - że w pełni rozumie punkt widzenia Arderna. Natychmiast zebrali resztki pozostałych drewnianych elementów pod jedną z belek, Kent wykorzystał część swoich zapasów oliwy. Kiedy wszczęli już ogień, który obejmował stanicę powoli, a Kent po raz ostatni wszedł na wieżę aby zobaczyć, ile pozostało im czasu, zielonoskórzy zniknęli z horyzontu. Po prostu wyparowali. Ale było już za późno aby zmienić decyzję, stanica przepadła. 

Odchodząc zostawili za sobą płonący budynek, otworzyli bramę i po raz kolejny wyszli na zewnątrz. Obejrzeli się za siebie. Ogień zaczął się rozprzestrzeniać, obejmując już dach. Znów wielki, bezkresny biały horyzont. Nic, tylko biel i czerń. I gęsty, czarny dym unoszący się znad płonącej stanicy. W ponurym nastroju ruszyli w podróż. Aby po raz kolejny stawić czoła Mroźnemu Bogowi. A może nawet po raz ostatni. Podróżować mieli tak przez najbliższe dwa tygodnie, byli przepełnieni nową energią, po opuszczeniu stanicy wierzyli nawet przez jakiś czas, że może im się udać. Czarny kot podróżował za nimi, stając się obiektem ich żartów i uśmiechów. Kent zaczął powoli dochodzić do siebie, nie miał już gorączki, choć częściowo był fizycznie osłabiony.

Nie było także tak mroźno jak dwa dni temu, a zdobyczne mięso dawało im nadzieję. Mimo zmęczenia poruszali się mocno do przodu, mimo bólu i mrozu dawali z siebie wszystko. Zwiadowcy stawali się coraz bardziej zdeterminowani. 

 

2QNsYBr.png

 

Muzyka

 

Minęło kilka dni odkąd porzucili stanicę. Od tego czasu nie napotkali żadnych poważnych problemów, kilka razy musieli czy to przeprawić się przez rzekę przechodząc po wąskim moście, czy zejść ze stromej skarpy. Sprawiało to pewne trudności, ale nie było niczym, co mogłoby podkopać ich morale. Wszystko spierdoliło się w pizdu rankiem, Lindha zauważyła na horyzoncie dym, z daleka płonęła jakaś strażnica. Jasne chyba jest, że strażnice nie zapalają się same. Z oddali zauważyła gobliny, patrzyły w jej kierunku. Jeden z nich przyciągnął palcem po swoim gardle. Dawali jasny sygnał ,,Ruszamy waszym tropem. Już nie żyjecie ludzie. Już po was''. Najrozsądniejszym wyjaśnieniem było, że paląc stanicę zwrócili na siebie uwagę. Teraz mieli za sobą pościg.

Do wioski zostało im niecałe dziesięć dni. Gobliny były na ich tropie cały ten czas, jasne było, że nie pozwolą im tam dotrzeć. Pozostali również się obudzili, pierw Kent który dostrzegł Lindhę wpatrującą się w horyzont, potem Ardern, Dietger a następnie Frigga. Wszyscy stanęli obok siebie, wpatrując się w dal. Dziesięciu jeźdźców wilków pędziło w ich kierunku. Temperatura spada, nagle, natychmiast, jak gdyby ktoś wymierzył cios, policzki piekły, z ust buchała para, ponowny ból i skrzypienie śniegu. Wszystko... cały koszmar zaczynał się od nowa. Zaczynała się nierówna walka. Od strony strażnicy formowała się śnieżyca. Wkrótce miała dopaść i ich. 

Nie mieli większego wyboru. Gobliny i śnieżyca pędziły wprost na nich, musieli zwinąć obóz najszybciej jak tylko potrafili, przygotować się do walki albo uciekać, ale nie zdążyli jeszcze nawet obmyślić strategii. Wyłonili się zielonoskórzy. Gobliny zbliżały się, mknęły w ich kierunku, tnąc śnieg, opuszczone włócznie mierzyły w zwiadowców. Musieli podejmować szybkie i gwałtowne decyzje. Wilków dziesięć, konie trzy. Jeden osowiały, ledwie żywy. Co zrobią? Staną w kupie i zrobią jeża, czy padną na kolana? Sto metrów, osiemdziesiąt, pięćdziesiąt, a to już tylko kilka sekund, jeszcze trzy, jeszcze chwila i TRACH. Nie zdążyli zareagować. Świat wywraca się do góry nogami, huk, trzask, co jest? To śnieg? Zwiadowcy wraz z dwoma wilkami spadali w przepaść, runęli, spadali w dół.... 

 

To niewiarygodne jak los z nich kpił. Jak wciąż rzucał na kolana, by po chwili ruszyć do przodu. Spadli głęboko w dół, długą rynną pokonali kilkadziesiąt metrów. Koniec. Nie zdołali dotrzeć na czas, zginęli głupią śmiercią. Może gdyby wcześniej od razu ruszyli do stanicy... może gdyby jej nie spalili. Ale było już za późno. Wzrok był zamglony, świadomość powoli ulatywała. Wszyscy byli martwi. A przynajmniej tak im się zdawało. 

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Biel. Wszędzie biel. czarne kolumny drzew wybijają z niej w górę, niczym filary nieba. Wielkie, prześliczne płatki śniegu spadają w dół, wirując, tańcząc z boku na bok. Biel. Zimno. Ani jednego śladu na śniegu. Czarne kolumny drzew rozcapierzają się w górze paluchami konarów, małe zaspy otaczają ich podstawy, wszystko w czerni i bieli, jeden czarno biały koszmar. Krajobraz jest obcy, całkowicie obcy. Nie ma życia. Nie ma ludzi. Nie ma nic.... Cisza... Biel... Zimno. Tak bardzo zimno.... 

 

TXd1fV4.png

 

Dźwięk - potykając się, z lasu wychodzi zakutana w ciężkie zwoje szmat postać. Brnie powoli, boleśnie przed siebie. Człowiek nic nie słyszy, brnie przed siebie od linii lasu odrywają się następne sterty łachmanów. Pochyla się, pomagając pierwszemu wstać na nogi, była to Frigga. Potknięcie, marsz, zataczają się, brną, w każdym boleśnie wysilonym kroku rozpacz, kurczowe trzymanie się umykającego życia. Trzymała ją kobieta odziana w prześwitujące przez zwoje szmat barwy Ostlandzkiej armii. Nie było nigdzie koni. Nie było broni, była za ciężka. Nie było nic. Frigga ponownie zacząła powoli tracić przytomność...

Znalezione obrazy dla zapytania skull winter png

Raychel Wood zjawiła się w wiosce na polecenie komendanta. Doszły ich słuchy o obecności porywających dzieci bandytów, ruszyła sprawdzić te pogłoski w towarzystwie żołnierza Liebwina Sattlera, ten z kolei zamarzł na szlaku. Po drodze spotkała jednego z wieśniaków z wozem, który pomógł jej przeżyć, dał jej jedzenie, ciepły płaszcz i w końcu zawiózł do wioski. Po drodze oboje spotkali grupę umierających, wycieńczonych zwiadowców. Raychel nie wahała się - przede wszystkim również byli z Ostlandzkiej armii, z samej przyzwoitości nie należało zostawić ich na pastwę losu. A co ważniejsze, Raychel wiedziała że wysłanie dwójki żołnierzy aby poradzić sobie z bandytami, był przejawem totalnego braku kompetencji ze strony komendanta. Albo strategia nazywająca się fachowo chujmamwyjebane. Wsparcie mogło się przydać, a wieśniak zaoferował im wszystkim nocleg w swoim domu. Wykurować potencjalnych żołnierzy, a następnie wspólnie zająć się sprawą. Taki plan wydał się rozsądny nawet wieśniakowi, bo widząc rannych sam zaproponował, że ich zgarnie i w chałupie dokarmi.

**

Zwiadowcy obudzili się. Poczuli zim... nie, właściwie to brak zimna. Drewno, wszędzie drewno. Czuli zapachy, powoli otwierali oczy, pierwszy był Dietger, w kotle nad ogniskiem rozchodziły się zapachy gulaszu, leżał na podłodze przykryty kocami. Przy stole po lewej stronie siedziała kobieta, żołnierka w barwach Ostlandzkiej armii. Pozostali zaczęli budzić się powoli, na początku nie pamiętając niczego. Świadomość wracała bardzo powoli, ale wkrótce wszyscy już się przebudzili. Po wnętrzu krzątała się jakaś stara baba, mieszając w kotle, polewała ich raz na jakiś czas gorącą wodą, widząc że się przebudziła, lała w nich gorzałkę, czy tego chcieli, czy nie. Ostatnie rezerwy energii wpłynęły w ciała zwiadowców, pozwalając wstać, mówić i pytać, ale straszliwe, grożące kilkudniowym snem zmęczenie stało tuż na progu. Oczy wszystkich odmawiały posłuszeństwa, z trudem udawało im się zachować resztki świadomości.

Do pomieszczenie wszedł chłop, właściciel domostwa, spojrzał tylko porozumiewawczo na Raychel, a następnie skierował swoje spojrzenie na osłabionych zwiadowców. 

Nu panie, my wom życie uratował, a to nie hoho - wskazał podbródkiem na żołnierkę przy stole - A skoro żyjeta, to tera mnie słuchajta, bo ja gardło za was dać moge. No tak, ponad dwa tygodnie będzie, jak tu zbóje pszyszli. Zanim kto się pokapował co i jak i na widły wziął, dziecioków zabrali i zamknęli. Tom dziecioki trzymajom szystkie. A jest ich osiem i kużden wie, że jak na nich ruszy, to te niewiniątka w gardło dostanom. A muj tyż tom je. To ja wam mówię, psie syny co wieczor przychodzą do kogoś coby żarcie brać a i do innych chat zajrzo. Te kiejby was tu znaleźli, ja gardło dam, moja mać tyż a i cere moją, co mi jedna po żonie nieboszcze została na gardle pokarzom. Tedy ja wam tu zostać nie pozwole, chyba rzebyście raszem ze mną poszli i ich narżnęli. Bo mi się widzi, że jak ciepło przyjdzie, to uni i tak dzieciaki zarzno, a sami czmychno, a i tak możem ich uratowac. Rzecz cało cza zrobić dziś i to w ciągu dwóch mszy, bo później to się możem wydać, że wy tu. To gadać tera prendko jak jest, bo jak nie chceta, to możeta do fortu iść, jezd na zachodzie.

 

Podobny obraz

Edytowane przez Egzio

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
qEaVkGd.jpg

Ardern Rindenberk

 

Rozkaz została wykonany, a stanica podpalona. Kent zdecydował się wejść po raz ostatni na wieżę by zobaczyć jak daleko od nich znajdują się gobliny. Okazało się, że zniknęły. Przez chwilę poczuł się jak głupiec, ale po chwili zdał sobie sprawę, że z jakiegoś powodu gobliny zawróciły.

- Dobrze. Z tamtej odległości pewnie już zauważyli, że stanica płonie i zdecydowali się zawrócić, a po części o to nam chodziło.

Cel, który sobie założył został zrealizowany, ale szczerze mówiąc nie sądził, że gobliny, aż tak szybko zawrócą. Pewnie uznały, że ludzie popełnili samobójstwo albo inna bandyta goblinów puściła stanicę z dymem. Teraz nie miało, to już znaczenia.

- Na jakiś czas pozbyliśmy się goblinów. Jeśli szczęście nam dopiszę być może nie spotkamy ich przez całą wędrówkę do wioski albo chociaż przez parę dni. W drogę.

Teraz nie musieli się spieszyć, ale pozostawanie, tu nie miało już najmniejszego sensu. Żałował, że nie mieli pod ręką jeszcze jednej stanicy, wtedy poświęcenie tej byłoby, mniej bolesne, ale niestety nie jest w stanie wyciągnąć następnej stanicy z kieszeni. Spalenie strażnicy oznaczało, że do tego miejsca już nie powrócą. W pewnym sensie było, to dobre, bo niektórzy mogliby uznać, że lepiej zawrócić niż ryzykować nadal z nieprzewidywalną pogodą, a tak mieli mieli przed sobą jasny i konkretny cel by dostać się do wioski, bo tylko dotarcie do niej oznaczało, że przeżyją. Mimo spalenia stanicy, to kiedy gobliny odeszły poczuł w sobie taką wewnętrzną pewność, że do wioski uda im się dotrzeć. Okazało się też, że czarny kot, którego wcześniej spotkali stał się ich towarzyszem wędrówki.
 
Pierwsze trzy dni odkąd opuścili stanicę minęły względnie spokojnie. Dopiero czwartego ranka Linda zauważyła, że jakaś strażnica płonie. Zdziwił się bardzo kiedy się obudził i to zobaczył, bo mapa wspomniała tylko o jednej. Pal licho mapę zwykle była tylko jedna. Po chwili dostrzegł gobliny. Zatem szczęście znów ich opuściło w tej kwestii omijania goblinów, ale w okolicach kręciło się trochę zielnoskóych, także podczas tak długiej podróży jaką planowali spotkanie się z nimi było raczej nieuniknione. Chyba, że by mieli naprawdę wielkie szczęście by ich ominąć, ale nie mieli. Starczyło go tylko na trzy dni. 
 
Dziesięciu jeźdźców wilków pędziło w ich kierunku. Wewnętrzne przekonanie, że mimo wszystko dotrą do wsi wciąż go nie opuszczało, także mimo wszystko pozostawał spokojny. Nagle usłyszał huk i trzask, jego wzrok stał się zamglony, a po chwili poczuł, że spada, a zatem wewnętrzne przekonanie było błędem, to jest ich ich koniec. Świadomość Arderna powoli uleciała.
 
Ardern obudził się w jakimś domu. Nie były, to zaświaty. Zatem przeżył. Pozostali członkowie oddziału również. Trafili do jakieś chałupy, a zatem wewnętrzne przekonanie, się nie myliło. Udało się im dotrzeć do jakieś wsi. Mniejsza, o to w jaki sposób. Ważne, że dotarli i wszyscy byli żywi. Ardern dostrzegł kobietę w w barwach Ostlandzkiej armii. Przez chwilę nawet pomyślał, że znaleźli ich żołnierze i tu zanieśli, ale po chwili ich gospodarz wyprowadził go z błędu. Dotarcie do wsi zatem nie okazało się końcem ich problemów. Byli wycieńczeni i poobijani. Być może mieli jakieś złamania. Podejrzewał, że sam złamał lewą rękę. W tym stanie nie przetrwali by podróży do fortu. Nie było takiej opcji, ale walka ze zbójami w takim stanie też była karkołomnym zadaniem, ale chyba nie mieli innego wyjścia. I będą mieć do pomocy jednego żołnierza więcej, który nie jest w tak fatalnym stanie jak oni. Także jakąś tam szanse na wygraną ze zbójami mieli. Chociaż nikłą.
- A ilu jest tych zbójów?
W tej chwili wydało się mu, że to najwłaściwsze pytanie. Ich gospodarz powiedział, że zbiry porwały ośmioro dzieci, ale zapomniał im powiedzieć ilu też jest samych zbirów z którymi mieliby walczyć.

Edytowane przez Shartan

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

OxxNVP4.jpg

Kent Bergsohn

 

Kent paląc strażnicę nie miał z tym problemu. To była ich strażnica. Fort zbudowany przez ludzi. Nie mogli pozwolić, żeby te zielone pomioty wykorzystały go jako swoje schronienie. Nie po tym, jak ocaliła życie jego drużynie. Chociaż wiedział, że woli ją puścić z dymem niż zostawić goblińskiej chołocie, to jednak ręka mu zadrżała gdy rozpalił ogień w wieży. Pobiegł szybko na szczyt zobaczyć jak bardzo zbliżyli się zielonoskórzy. Brak goblinów na horyzoncie trochę go zaskoczył. Właściwie to zszokował. Nie bardzo wiedział jak to zinterpretować. Zbiegł szybko z wiadomością do sierżanta i po drodze zobaczył, że ogień bardzo szybko się rozprzestrzenił. Wiadomość o zaniknionych przeciwnikach nie napawała nikogo dumą. O to spalili swój dom z obawy przed przeciwnikiem, a tu okazało się, że powód dla którego podpali ogień, zniknął. Wyszli z fortu w ponurym nastroju i skierowali się do najbliższej wioski pokazanej na mapie. 

 

***

 

Szli przez trzy dni. Podróż szła nawet przyzwoicie, dopóki nie pojawiły się gobliny z zawieją. Wilczy jeźdźcy na nich szarżowali i Kent tylko czekał na rozkaz wystrzelenia strzały do szarżujących. Ale zamiast rozkazu usłyszał trzask, po czym wpadli wszyscy w jakiś dół. I tyle pamiętał Kent, gdy obudził się w jakieś drewnianej chałupie. Wyglądało na to, że znowu uciekli śmierci. Ale pamiątka została. Strzelec odczuwał, że coś jest nie tak z jego prawą nogą. Czuł ból gdy nią poruszał. Spojrzał pod narzutę i widział ją całą, bez rany, ale coś było nie tak. Nieprzytomnym wzrokiem popatrzył na resztę towarzyszy. Wszyscy wyglądali na wykończonych zarówno psychicznie i fizycznie. Zauważył nową kobietę w żołnierskim odzieniu. Patrzyła na nich i nic nie mówiła. Po chwili przyszedł gospodarz tego domu, który zaczął wyjaśniać kto wyratował jego drużynę od śmierci. Następnie powiedział jaki jest panuje tutaj problem z bandziorami i wyczekuje pomocy od zwiadowców.

Kent wysłuchał słów chłopa. Współczuł mu, ale czuł, że jego prawa noga wcale nie ułatwi mu zadania. Nie odzywał się zbytnio i poczekał, aż wypowie się najpierw sierżant. W międzyczasie natchnęło go zapytać o ich ekwipunek. Przecież wpadli w jakiś dół. Znając ich szczęście to pewnie wszystko jest teraz przykryte śniegiem.

 

- Co z naszym ekwipunkiem i z końmi? Udało się coś przy nas znaleźć? - zagadał do żołnierki i chłopa.

 

Po odpowiedzi kiwnął spokojnie głową tak jakby się tego spodziewał. Zamyślił się na chwilę pozwalając na wymianę zdań między pozostałymi. Po czym kiwnął na Dietgera:

 

- Możesz zobaczyć moją nogę? Coś jest z nią nie tak. 

 

Ogólnie Kent chciałby pomóc chłopom z wioski, ale fizycznie, a przede wszystkim psychicznie chyba nie był gotowy na kolejne wyzwanie. Musiał wypocząć. Przysłuchiwał się dalszym rozmowom i miał nadzieję, że ich chirurg będzie w stanie naprawić jego prawą nogę, zwłaszcza, że niezależnie od decyzji zwiadowców, Kent nie był pewny czy będzie mógł im dalej towarzyszyć z jego obolałą kończyną. 

 

 

Edytowane przez Kertiop

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz