
Rory nie miał na co narzekać. Światła Coruscant układały się w mozaikę przedstawiającą kwintesencję dzisiejszego świata. Śmigacze pędzące, jakby uciekały przed śmiercią. Wiecznie otwarte kluby, to zapalające się to gaszące swiatła mieszkań, których mieszkańcy pędzą przez życie nie patrząc się za siebie. Delikatny szum szeptów miliardów istnień koił go do snów niejednokrotnie i równie często nie dawał mu zamknąć oczy. Tutaj wiecznie coś się działo... Nuda nie spotkała go nigdy. Nawet, gdy był na misji.
- ... I dlatego Taris jest tak istotne, mistrzyni. Zyskamy wiele, musimy więc dobrze dbać o kontakty z nimi - pulchny senator uśmiechnął się szeroko, patrząc na mistrzyni Vizzal Shalę, młodą mistrzynię Jedi. Korelianin rzadko kiedy widział ją tak zaciętą, jednak doskonale pamiętał, że twi'leczka nie przepadała za politykami.
- Nie musi mi pan tego tłumaczyć - odpowiedziała pogodnym głosem, chociaż minę miała nietęgą - Ale to też swego rodzaju zielone światło dla mandalorian. Wiedzą, że nie zdobędą tam wpływów. Będą atakować.
- Nie można być takim czarnowidzem! Zresztą plotki o mandalorianach są przesadzone. Nie odważą się na wojnę na pełną skalę. Republika liczy tysiące światów i...
- Rory, która godzina?
Padawan spojrzał na chronometr. Późna. Dziesiąta wieczorem czasu lokalnego, ambasador Taris z który miał spotkać się senator Palathin spóźniał się pół godziny.
- Może wejdziemy do środka? - zapytał senator, a Shala nie czekając na odpowiedź wzruszyła ramionami i ruszyła do "Nocy Coruscant", jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w tej części Coruscant.
- Rory, poczekaj tutaj, mam złe przeczucia - powiedziała Jedi, uśmiechając się do swojego padawana. Był to mimo wszystko uśmiech pogodny, wesoły, pocieszający. W końcu... To była tylko rutynowa misja. Kiedy mistrzyni ruszyła do środka, Korelianin otworzył umysł na otoczenie i...
Usłyszał to, tak wyraźnie, jakby ktoś powiedział mu to do ucha.
Zemsta
***
"Noce Coruscant"... Ekskluzywna knajpa. Klasyczna. Jego ostatnie zadanie na Coruscant było banalnie proste. Miał być "uchem" jak nazywał to jego mistrz. Było to zwykle dość proste zadanie, polegające na obserwacji eskorty z daleka, bez jej świadomości. Takie czujki często wykrywały więcej, lub mogły wkraczać niespodziewanie nawet dla napastnika. Banał? Zbyt banalne. Czemu nie mogliby wysłać jakiegoś młodszego padawana z mistrzem, a wysłali akurat jego? Nie miał pojęcia.
Ale widział co innego. Widział ludzi i nie-ludzi. Obserwował z dachu pobliskiego wieżowca wszystkich, którzy się tutaj znajdowali i była to niemała śmietanka towarzyska. Erlin Mawena, młodszy senator Duro i jeden z udziałowców durosiańskich stoczni. Piekielnie bogaty i wpływowy koleś, można było się nawet spierać czy nie ma więcej do gadania niż sam senator. U jej boku Thahila Hep, żona Griona Hepa, głowy HepTrans. Kochanka? Kto wie. Nie słyszał wcześniej o tym, by miała ona skłonności do rozwiązłości, ale i ta dwójka nie była zbyt blisko siebie. HepTrans... Przypomniał sobie, jak niedawno w HoloNecie coś o nich mówili. Jedna z bogatszych kompanii handlowych w przestrzeni Durosów. Prowadzona przez rodzinę, arystokratyczny wręcz ród. Teoretycznie rzecz biorąc wpływów na politykę wielkich nie mają... Ale pieniądze owszem. To wystarczy. Kto dalej... Mila Greevo. Rodiańska aktorka. Przypomniał sobie holovid jaki oglądały młodziaki kilka dni temu. Komedia romantyczna "Binarny zachód". Mało ambitne dzieło, ale mila jest dość sławna. Ponadto ostatnio reklamowała nową linię UniPerfum. Zeltroni lubili bawić się feromonami, ale czasem zastanawiał się, czy przypadkiem takie uniwersalne dla wszystkich ras zapachy nie chowają za sobą czegoś więcej niż zwykłych kombinacji zapachowych... Nie, to nie był dobry moment na takie rozważania.
I on. Wieczny padawan. Rory Drayson. Miał go obserwować, pilnować, ale... Coś przyciągnęło jego uwagę, ale nie było na platformie "Nocy...", ale...
Uniknął ciosu w ostatniej chwili. Vibroostrze wbiło się w barierkę, ale długo tam nie siedziało. Zakapturzona postać odskoczyła, zakręcając swoim ostrzem i klnąc pod nosem. Byłą ubrana w kruczą czerń, a twarz miała zasłoniętą chustą. Płeć szybko została zidentyfikowana przez Jedi - kobieta. Fioletowe oczy patrzyły na niego z chłodną determinacją, po czym nagle zabójczyni wyskoczyła na niego. Lecz jej ostrze zderzyło się z odruchowo zapalonym mieczem.
***
Zabrak patrzył na szary stół, zastanawiając się jak długo będą go tu trzymać. To już trwało zdecydowanie zbyt długo. Całe pomieszczenie, jednolicie szare, z lustrem na jednej ścianie dobijało go jeszcze bardziej. Czas jakby zatrzymał się w tym miejscu. Szum klimatyzacji nie dawał żadnego znaku upływu czasu, a był jedynym dźwiękiem, poza dzwonieniem kajdanek, jakie miał na nadgarstach. Wyrwano go w środku nocy z aresztu domowego i przyprowadzono tutaj. Posadzono i zostawiono. Nie był pewien gdzie był, gdyż transportowano go bardzo głośnym śmigaczem. Równie dobrze mógł być na pokładzie statku...
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł jeden mężczyzna, starszy już nieco o krótkich, wojskowo przystrzyżonych włosach i twarzy ozdobionej blizną, szybkim krokiem stając przed nim. Wyglądał, jakby ledwo co wrócił z misji. Nie czekał długo, nie przedstawił się. Zapytał od razu.
- Zennal Adakal. Co o nim wiesz. Kiedy miałeś z nim ostatnio kontakt. Co wiesz o nim i o organizacji o nazwie "Świt Alderaan".
Arkanianin... Wydawało mu się, że po procesie wysłano go do innej placówki. To było cały miesiąc temu.
***
Mesa "Zaślepionego" była dość dobrze zaopatrzona, jak zdążyła zauważyć Yen. Ale o dziwo - pusta. Chociaż domyślała się czemu. Ta jednostka nie była wielka, robiła bardziej za punkt wypadowy dla góra dwóch szwadronów. A z tego co wiedziała, w hangarze nie było teraz żadnego statku poza przydzielonym jej na krótki czas myśliwcem. Do tego statek szykował się do inspekcji dowódców, więc wszyscy byli na pozycjach. Jedynie kilku późniejszych zmienników siedziało w kątach jasno oświetlonego, przestronnego pomieszczenia. Oczywiście była także obsługa mesy, która znając wszelkie plotki obsłużyła dziewczynę bez wahania. Miała tu przybyć, ze względu na nagłe przeniesienie. Dowództwo kazało jej wylecieć od razu po dostaniu wiadomości... Sprawa była pilna. Ponoć było ryzyko jakiejś tajnej misji dla wywiadu...
- A co my tu mamy... - nagle drzwi do mesy otworzyły się. Twi'lek o atletycznej sylwetce, ubrany w nieco zmodyfikowany mundur oficera marynarki wkroczył nonszalanckim krokiem, kończąc przy Yen. U pasa miał blaster, ale także ozdobne wibroostrze, charakterystyczne odznaczenie wysokiego stopnia dla oficerów floty.
- Wróciłem z gwiazd, a tutaj gwiazda przyszła do mnie - uśmiechnął się szarmancko do dziewczyny.
***
Leith, jak każdy pilot, nie lubił bezczynności. Nawet, jeśli znajdował się on na bezpiecznym terytorium z dala od linii frontu. Jednak... To było dziwne. Skoro tak daleko od frontu, skoro nie na terytorium piratów - co oni tu robili? Siedział w kokpicie swojego myśliwca, zastanawiając się nad tym i obserwując resztę szwadronu, trwającą teraz w kluczu nad planetą, której nazwy nie pamiętał. Trudno jednak było to nazwać szwadronem. Ot pięć myśliwców na krzyż. Innych pilotów nawet nie znał po imieniu. Przyjął propozycję i teraz musiał mierzyć się z tym, że podobnie jak on - propozycję przyjęli losowi ludzie z losowych oddziałów.
- Więc... Chyba tu trochę posiedzimy - odezwał się dziwnie zniekształcony głos innego pilota. Pamiętając ich z widzenia, Leith uznał że to musiał być ten kel dor.
- Pomyśleć, że nasze tajne misje będą opierać się na siedzeniu na tyłku i ochronie jakichś oficjeli z orbity, z wyłączonymi skanerami dalekiego zasięgu - westchnął jakiś młodziak. Mały rudzielec, na którego Leith rzucił okiem... Ale teraz rzucił okiem na coś jeszcze. Od strony planety coś się zbliżało... Niepokojąco szybko. Wydawało się jednak, że tylko on to dostrzegł. Pamiętał też, że wieża kontroli wymagała od nich wyłączenia skanerów dalekiego zasięgu... Zrobienie tego mogłoby zaważyć na sukcesie misji ambasadora, jaki był teraz na planecie.
***
Nehrit spojrzał w niebieski, gęsty płyn w jego szklance. Dobijała go jego bezczynność, nawet jeśli myślał, że będzie inaczej. Gdy wrócił do domu, traktowano go jak bohatera. Bolące do tej pory żebra, które przebite były przez kadłub jego wiernego myśliwca nie były jednak dla niego dobrym medalem. Ranny bohater równał się w oczach wielu niczym kaleka. Weteran. Im dłużej tu siedział, tym bardziej wydawało mu się, że w młodym wieku zostanie skazany na emeryturę. Tylko przez co? To było irracjonalne, ale bezczynność... Piloci nie lubili bezczynności.
- Poruczniku? - usłyszał za sobą głęboki głos i naturalnie odwrócił się. Człowiek który za nim stanął był bardzo wysoki, dość potężnej budowy. Miał krótkie włosy i na twarzy malowało mu się niemałe zmęczenie. Wyraźnie czekał na jego odpowiedź.

Pomoc


















